Bez barbarzyńców – cóż poczniemy teraz?
Ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem.
Tymi słowami kończy się piękny wiersz Konstandinosa Kawafisa.
Dlaczego jakaś społeczność, nie wyłączając jej klas uprzywilejowanych i samego panującego, w odświętnych szatach, jak na wielką uroczystość, czeka na barbarzyńców, zamiast obawiać się ich nadejścia, przygotowywać się do obrony, do ich odparcia? A po stwierdzeniu, że na granicach nie czyhają żadni barbarzyńcy, dlaczego ta społeczność zamiast uczucia ulgi doznaje rozczarowania, smutku, rozpaczy?
Kim są barbarzyńcy? To niekoniecznie hordy dzikusów, niszczące wszystko i mordujące cywilizowane nacje. Barbarzyńca – łac. barbarus (gr. barbaros) to pierwotnie cudzoziemiec, mówiący obcym językiem, wyznający innych bogów, hołdujący innym obyczajom, noszący brodę. Odruchem narodu uważającego się za nosiciela nieporównanie wyższej kultury jest podbicie i ujarzmienie tych obcych, potem zasymilowanie ich, podniesienie do swojego poziomu, stopniowe włączenie ich do swojej społeczności. Ale zasymilowani barbarzyńcy przestają być barbarzyńcami, zatracają swoje cechy szczególne, wtapiają się w mieszkańców imperium. Ale może nadciągną jeszcze inne fale barbarzyńców? Czy i oni będą z czasem wchłonięci i zasymilowani?
Może lepiej, żeby istnieli prawdziwi barbarzyńcy, pod warunkiem, że świat cywilizowany będzie na tyle przewyższał ich potęgą, że nie będą groźni? Można by z nimi prowadzić handel, a nawet przyswoić coś z ich obyczajów, ich wierzeń, ich sztuki.
Zwłaszcza gdy nasza cywilizacja osiągnęła już swoje apogeum, taki stopień organizacji, że, bez impulsu z zewnątrz, grozi jej zastój i nuda. Administracja działa bez zarzutu, nic się już nie da poprawić. Nie ma sensu uchwalać nowe prawa, składać ofiary bogom, w których wiara już się wypaliła. Pozostaje czekanie na barbarzyńców. Oni narzucą swoje prawa, obyczaje, wierzenia.
I nagle okazuje się, że oczekiwania były daremne. Na nic się zdały przygotowania, na nic się
zdało pismo sławiące przywódcę barbarzyńców, które sam cesarz miał mu wręczyć, witając go u bram miasta. Posłańcy znad granic donoszą, że nie ma już żadnych barbarzyńców.
To oznacza, że nasza cywilizacja podbiła już wszystkich sąsiadów, zmieniła wszystkich w swoich poddanych. Staliśmy się nagle samotni, musimy nasze problemy rozwiązywać bez dopływu świeżej krwi, świeżych idei, dusimy się w naszej ciasnej rzeczywistości. Nie mamy nawet z kim walczyć, a przecież gotowość do walki utrzymuje obywateli w czujności, sprzyja waleczności, rozwija cnoty żołnierskie. Grozi zupełne zniewieścienie, apatia, beznadzieja.
Perspektywa braku zmian jest deprymująca. Dlatego taką straszną antyutopią jest „Nowy, wspaniały świat” Aldousa Huxleya, choć wiele osiągnięć tego świata stanowi przedmiot naszych pragnień – bezpieczeństwo, brak trosk codziennych, wieczna młodość i uroda, swoboda obyczajowa i pogodny stosunek do śmierci.
Wiersz Stanisława Balińskiego „Dom patrycjusza” wprowadza czytelnika w intymny świat przeżyć bogatej rodziny patrycjuszowskiej w wigilię spodziewanego nadejścia barbarzyńców. Przyjmują oni wieść o zbliżaniu się barbarzyńców z pełną rezygnacją, jak fatum, wobec którego są bezsilni. Ani nam walczyć z nimi, ani nam uciekać, mówi ojciec. Starszy syn nie dopuszcza myśli o możliwości obrony, do której namawia go młodszy brat, żywiący jeszcze pewne nadzieje.
Przyniosą swe oręże w gorejącym pyle,
Po stokroć od nas twardsi i nienasyceni.
Cóż możem przeciwstawić ich w s c h o d z ą c e j sile?
Wobec bierności mężczyzn jedynie kobiety wykazują pewną aktywność. Matka ukrywa bóstwa domowe, aby ich widok nie drażnił barbarzyńców, gasi lampy i modli się w ciemnościach. Przyziemna i myśląca tylko o sobie córka, lekceważąc stęsknionego kochanka, stroi się we wszystkie swoje klejnoty w nadziei, że „żałobą swoich bogactw” przebłaga barbarzyńców i ocaleje.
Lud nie czeka biernie, lud wypatruje barbarzyńców z utęsknieniem. Nie ma przywilejów, które mógłby utracić, prawa przyniesione przez barbarzyńców mogą poprawić jego los.
Tym większa jest rozpacz mieszkańców miasta na wieść, że barbarzyńcy dziś nie przyjdą, że ich nadejście odwleka się na nieokreślony termin, jest niepewne.
Groza pada na miasto. Wachlarze upału
Odsłaniają dno nieba głębiej i zuchwalej.
Ludzie kołują teraz po cichu, po mału,
Nie wiedząc, jak żyć dalej i jak czekać dalej.
I załamują ręce wśród trupich dziedzińców,
I powtarzają szeptem w upiornym rachunku:
Że nie ma barbarzyńców, nie ma barbarzyńców,
Ich jedynej nadziei, z g u b y i r a t u n k u.
Zazwyczaj pojęcia zguby i ratunku wykluczają się wzajemnie. Dla oczekujących nadejścia barbarzyńców dopełniają się. Zguba byłaby ratunkiem przed daremnym oczekiwaniem, zmiana dałaby nadzieję na inne życie.
Obraz trupich dziedzińców uosabia śmierć wyjałowionej cywilizacji, podobnie jak fatalistyczna bierność właścicieli pięknych patrycjuszowskich siedzib.
© 2010 Lidia Sujczyńska
verte.art.pl > Myśl > Eseje > Barbarzyńcy – zguba czy ocalenie?
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski