> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№55 styczeń 2009

Coraz bliżej święta… Maciej Twardowski

Święta zbliżały się wielkimi krokami. Do pewnego momentu świadomość nieuchronnego nadejścia tego wydarzania pozostawała niejako na uboczu mojej świadomości. Chociaż był dopiero początek listopada, miałem okazję zobaczyć pierwszy w tym sezonie udekorowany sklep. Zdałem sobie sprawę, iż grudniowe święta są pod każdym względem fascynujące. Szczególnie biorąc pod uwagę bogatą linię ewolucyjną, a w ostatnich dziesięcioleciach wręcz rewolucję związaną z dniem 25 grudnia. Mimo iż teistą nie jestem, chciałbym w poniższym tekście przedstawić swoją niechęć związaną ze zjawiskiem komercjalizacji Bożego Narodzenia. Święta, które towarzyszy nam od tysięcy lat (także w formach przedchrześcijańskich).

Nim przejdziemy do meritum, przedstawię pokrótce historyczny kontekst związany z popularną gwiazdką. Mówiąc o ewolucji, mam na myśli tradycję sięgającą bardzo głęboko w przeszłość. Pierwotnie święto miało związek z przesileniem zimowym przypadającym na 21-22 grudnia. Jest to najkrótszy dzień w roku, podczas którego Słońce znajduje się w zenicie w najdalej na południe wysuniętej szerokości geograficznej. Nasi przodkowie — Słowianie — obchodzili w tym czasie tzw. Święto Godowe związane z kultem solarnym (słonecznym). Obchody trwały od kilku do kilkunastu dni. W starożytnym Rzymie, od 17 do 23 grudnia miały miejsce obchody tzw. Saturnalii, związanych z kultem Saturna. Święto było w owym czasie bardzo popularne — kojarzone z radością oraz przekazywaniem podarków.

Około III wieku n.e., w schyłkowym okresie dominacji Cesarstwa Rzymskiego, wprowadzono nowe, specyficzne wyznanie — synkretyczne połączenie tradycji indoirańskiego mitraizmu oraz greckiego apollonizmu. Kult Sol Invictus (łac. słońce niezwyciężone) został oficjalnie zaakceptowany w roku 254 przez cesarza Aureliana (214-275 n.e.). Święto związane z tym wyznaniem obchodzone było również 25 grudnia. Znajduje to swoje potwierdzenie w tekstach źródłowych datowanych na rok 354, a więc przypadających na okres, gdy Imperium Romanum było pod panowaniem Juliana Apostaty (332-363 n.e.). Sol Invictus można określić mianem ostatniego (bezpośredniego) łącznika między religiami pogańskimi a chrześcijaństwem (w odniesieniu do tradycji świąt grudniowych). W IV wieku chrześcijaństwo uzyskało w Rzymie status religii państwowej. W miejsce obchodów związanych z kultami solarnymi wprowadzono celebrację Bożego Narodzenia.

Pisząc o genezie, chciałem nakreślić tylko pobieżny zarys. Odtworzenie pełnej linii ewolucyjnej byłoby niewątpliwie znacznie bardziej pracochłonne. Należałoby wymienić jeszcze kilka obrządków, ze szczególnym uwzględnieniem kultu perskiego bóstwa solarnego — Mitry, który według legendy miał narodzić się w dniu 25 grudnia. Ale nie o tym miała być mowa.

Przez kilkaset lat tradycja związana z Bożym Narodzeniem nie ulegała drastycznym zmianom. Nie licząc poprawek natury kosmetycznej. Bądź co bądź, święto miało w głównej mierze charakter religijny. W czasie ostatnich kilkudziesięciu lat wymiar celebracji zaczął ulegać bardzo intensywnym zmianom. Śmiem twierdzić, że na dzień dzisiejszy Boże Narodzenie ulega procesowi komercjalizacji. Aspekt religijny zaczyna powoli przechodzić do lamusa, stając się elementem bardziej folklorystycznym, niż realnie związanym z wiarą. Na poparcie tezy pozwolę sobie przytoczyć wyniki badań przeprowadzonych w 2007 roku przez Gemius SA (firmę zajmująca się badaniami w internecie). Badanie odbyło się na reprezentatywnej grupie 1983 internautów powyżej piętnastego roku życia. Pytanie brzmiało: z czym przede wszystkim kojarzą ci się święta Bożego Narodzenia? Najwięcej, bo aż 59 procent respondentów odpowiedziało, że z choinką. Co jest wyjątkowo dziwne, zważywszy, że zwyczaj ten jest stosunkowo młody — do Polski przywędrował za sprawą niemieckich protestantów na przełomie XVIII i XIX wieku. Na drugim miejscu uplasowała się odpowiedź: czas spędzony z rodziną. Trzecie i czwarte miejsce zajęły odpowiednio: święto religijne (35 proc.) oraz prezenty (32 proc.). Moim zdaniem, daje to do myślenia.

Przejdę do meritum — z mojego punktu widzenia Boże Narodzenie ulega laicyzacji — zjawisku w tym wypadku zrodzonemu na gruncie szeroko pojętej komercjalizacji. Kościoły zostały zastąpione przez gargantuiczne świątynie konsumpcjonizmu w postaci galerii handlowych i hipermarketów. Ludzie tłoczą się na parkingach, w niecierpliwym oczekiwaniu na partycypację w rytuale zakupów.

Świętą stają się jedną wielką kampanią reklamową. Jesteśmy bombardowani tysiącami reklam, mających za zadanie nakłonić nas do wybrania konkretnego produktu, a właściwie: konkretnego producenta. Marketing tańczący na grobie postreligijnego fantomu. Reklamy generujące pieniądze poprzez nakłanianie nas do otwarcia portfeli. Saturn pożerający własne dzieci. Na każdym kroku spotykamy się więc z brodatym św. Mikołajem ubranym w czerwone majtasy (ten najbardziej znany image poczciwego staruszka został podobno stworzony w latach 30. przez firmę Coca-Cola). Czy którakolwiek z religii związanych z kultem 25 grudnia wspomina o czymś takim? Daleko odeszliśmy od religijnych tradycji. Delikatny powiew hipokryzji.

Zanurzamy się w mroku doświadczenia parareligijnego, ograniczającego duchowość do formy prymitywnego popkulturowego folkloru. Dodatkowo, aby zupa niebyła za słona, nad wszystkim unosi się aura konsumpcyjnej potrzeby posiadania, wykreowana przez speców od marketingu. W wydanej w roku 1899 „Teorii klasy próżniaczej” amerykański ekonomista i socjolog Thorstein Velben zauważył: Konsumpcja na pokaz dóbr najlepszej jakości jest sposobem zdobywania prestiżu przez przedstawiciela klasy próżniaczej. Czyż oddawanie czci złotemu (zielonemu?) cielcowi konsumpcjonizmu nie jest faktycznym aktem próżniactwa: więcej i więcej?

Tuż przed świętami otwiera się przed nami prawdziwy raj konsumenta — zaspokajamy wszystkie swoje materialne pragnienia, nawet te, o których jeszcze nie wiemy. A co z duchowością? Chrzanić! Bez kampanii reklamowej, zniżek, promocji oraz roznegliżowanej baby na billboardzie codziennie mijanym w drodze do pracy duchowość powoli traci na znaczeniu. Kupione przez nas produkty świadczą o tym, kim jesteśmy. Rozpatrujemy setki kategorii w ciągu kilku sekund. Cena, wartość, data ważności, marka, producent, świeżość, opakowanie… Intensywne procesy myślowe — zakup wiążę się z wyborem. Wybór z opłacalnością oraz realnymi możliwościami finansowymi. Wszystko to w akompaniamencie irytującej muzyki oraz scenografii złożonej z wszechobecnych jaskrawych świateł, wszędobylskich statystów, miriad produktów i podświadomych podszeptów. Panie i panowie! Teatr absurdu otwiera swoje podwoje. Jako aktorzy pogrążamy się w dialogu wewnętrznym, stanowiącym niekończący się monolog pragnień i oczekiwań. Wobec zalewu produktów i bodźców z nimi związanych, mamy prawo czuć się malutcy. Umysł traci umiejętność logicznego myślenia. W wirze przedświątecznego szału zakupów toniemy niczym Titanic. Przeciętny człowiek, niczym łowca w dżungli (dzierżący listę zakupów zamiast łuku), oddaje się barbarzyńskiej ekstazie polowania. Czasu na refleksje nie ma. Ciekawe, czy podczas ostatniej Wigilii ktoś z was zobaczył jakiś „ciekawy” show — „Mikołaj tańczy na lodzie”? Jedno jest pewne — TV znów zaserwowała nam bogaty blok reklamowy, z fragmentami filmu w przerwach. Czy naprawdę należy sprowadzać wymiar świąt do setek dupereli pod choinką, zakupów i zmarnowanych resztek jedzenia na śmietniku? Wydaje się, że niektórzy zapominają o tym, co jest najważniejsze — o poczuciu wspólnoty. Czy może jest to tylko kolejny krok w społecznej ewolucji Bożego Narodzenia? Począwszy od politeizmu, poprzez monoteizm, aż po… konsumpcjoteizm? Nie mi oceniać, ale faktem jest, iż grudniowe święta wydają się czasem tracić na wartości kosztem przygotowań do ich obchodów. Jeżeli zaś chodzi o moją skromną osobę? Dziękuję, postoję. Bożego Narodzenia nie obchodziłem. Io Saturnalia!

© 2008 Maciej Twardowski

verte.art.pl > Myśl > Felietony > Coraz bliżej święta…

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski