Wiem, nic tu do mnie nie należy
Nic prócz myśli, co z więcierzy
Ducha swobodnie się wyzwala
Nic oprócz chwili, z której błogi
Los pośród ziemskiej mojej drogi
Szczodrze korzystać mi pozwala.
J.W. Goethe
Poranna, niedzielna pobudka. Oczy jak zwykle ciężkie, pole widzenia rozmyte, nieco zamglone. Pierwsze, niepewne kroki. Potem pierwszy wybór, jakich każdy dzień przynosi dziesiątki. Tysięcy. Toaleta czy łazienka? Może to i to. Jednocześnie. Życie to sztuka wyboru, poszukiwania korzyści, najlepszej alternatywy. Rynek pracy wymaga umiejętności wytaczania alternatywnych sposobów postępowania. Wybiorę więc kuchnię – rekonfigurując plan dnia. Jestem przecież w nieco lepszej sytuacji niż ponad miliard ludzi na świecie, którzy komfortu jedzenia nawet czerstwego chleba nie mają. Ja mam nawet twaróg. Jest super. Zajebiście!
Czyli że co? Życie to przejażdżka na rollercoasterze? Raz na górze, raz na dole – w najlepszym wypadku do góry nogami. Za wstęp nie płaciłem, w zasadzie w kolejce znalazłem się zupełnie nieświadomie i jakby przypadkiem. Niestety, nikt mi nie powiedział, że podczas przejażdżki będę zmuszony słono płacić za sam tylko fakt, że się tam znalazłem. Atrakcje są wątpliwe, koszta niebotyczne. W dodatku, mało kto ze współpasażerów zdaje się dostrzegać rdzę, która grubą warstwą pokrywa konstrukcję. Prawa fizyki są nieubłagane, zmęczenie materiału dotknęło ludzkość. Czy może tylko mnie?
Człowiek to zwierze wyjątkowe. Czyż to nie paradoksalne, że ludzie, którzy odbierają nam niewinność, są uważani za wielkich? Freud, Darwin, Kopernik, Galileusz. Jestem nic nieznaczącym mieszkańcem nic nieznaczącej planety w nic nieznaczącej galaktyce. Małpą, która straciła tu i ówdzie włosy. Nie umiem kontrolować własnych popędów. Ile rzeczy zdarza się przypadkiem? Czyżbyśmy byli aż tak nieporadni? Perspektywa postrzegania rzeczywistości (czy tego, co z niej zostało) potrafi zmienić się w ciągu mrugnięcia okiem, jak w ruskim kalejdoskopie kupionym na pchlim targu.
Lecz jak tu w ogóle mówić o świadomości, skoro to świadomość dowiaduje się o wszystkim ostatnia – „jestem” zwykłym szeregowym Szwejkiem, wrzuconym w okopy własnego umysłu. Czekam, trzymając kurczowo broń, aż ukryta w głębinach nieświadomości generalicja wyda rozkaz. Dziś pokochasz, jutro znienawidzisz, pojutrze zrobisz coś, czego będziesz żałować przez całe życie, za tydzień zaś nie uczynisz nic, by to naprawić. Rozkaz będzie wykonany. Zawsze. Niesubordynacja grozi plutonem egzekucyjnym emocjonalnej anihilacji. Już Marek Aureliusz pisał, że życie to wojna i przystanek chwilowy w podróży, wspomnieniem pośmiertnym – zapomnienie. Cóż jednak o wojnie może wiedzieć cesarz? To, że lubię grać w szachy, nie oznacza przecież, że posiadam w sobie tyle empatii, aby wczuć się w rolę królowej zbijanej przez pionka. Gdybym potrafił, prawdopodobnie szachy byłyby dla mnie czymś nieludzkim. Gra to bowiem królewska, zupełnie jak wojna. Zupełnie jak życie. Lecz tylko takie, które nie jest na przemiał.
Plan bitwy jest prosty. Po pierwsze, praca. Tak, muszę mieć pracę. Kto nie pracuje, ten nie je. Praca to zajęcie logistyczne. Dostarczanie zaopatrzenia dla artylerii, którą następnie mogę bombardować umysły innych, przy okazji okopując własne pozycje. Stalowy chłód zasieków działa na mnie kojąco. Kolczasty drut zapewnia mi niezależność. Worki z piaskiem – dystans. Jak parasol odgradzający mnie od deszczu – zjawiska, które nieproszone, wdziera się w żywot, jakże ułożony i zaplanowany. To coś jak letnia burza psująca długo wyczekiwany sobotni grill za miastem. Równie niechciana, co nieubłagana.
Samo zaś życie, w wymiarze taktycznym podobne jest do doktryny bojowej armii czerwonej – byle do przodu. Straty są nieważne, ważna jest świadomość celu. Lecz znów! Jak można mówić o świadomości, skoro za plecami stoją wycelowane we mnie karabiny nieświadomości. Czuję na plecach pewny wzrok strzelców wyborowych. Wojowników elitarnych. Zaprawionych w boju weteranów bycia. Rhododaktylos Eos1 wykuta w paliwie spalanym przez pędzące w mroku życia rakiety. Oślepiający błysk przynosi nadzieję. Lecz przecież ten, który przynosi światło, jest również tym, który zabiera wszystko inne. Tak jak owoc z drzewa poznania przynosi śmierć. Świst kul układa się w melodię, która wczesnym porankiem zdaję się śpiewać, że uczucia nie istnieją. A wszystko to, co zostaje, to czysta mechaniczna precyzja. Wdech. Przytrzymuje powietrze. Palec spoczywa na spuście. Delikatny ruch, dłoń tańczy swój śmiertelny taniec na chłodnej konstrukcji broni. Oko mruga. Gaz uderza w pocisk. Strzał. Łuska z metalicznym brzękiem spada na ziemię. Śmierć.
Spudłować można tysiąc razy. Za tysiąc pierwszym kula sięgnie celu w najbardziej obscenicznie nieludzki sposób. Jak w ostatniej scenie „Na Zachodzie bez zmian”.
Cóż więc dalej? Ach, tak. Wiara.
Taki jest jednak zawsze pierwszy odruch beznadziejności: wiara, że w samotności cierpienie zahartuje się i wysublimuje jak w ogniu oczyszczającym. Mało ludzi potrafi naprawdę znieść samotność, ale wielu marzy o niej jak o ostatniej ucieczce. Podobnie jak myśl o samobójstwie, myśl o samotności bywa najczęściej jedyną formą protestu, na jaką nas stać, gdy wszystko zawiodło, a śmierć ma w sobie jeszcze ciągle więcej grozy niż uroku2.
Nadzieja.
Czasami wydaje nam się, że ludzie są loteryjnymi losami: że znajdują się obok nas, by urzeczywistnić nasze absurdalne nadzieje3.
Miłość. Byłbym zapomniał.
Prawda jest taka, iż nie istnieje rzecz zwana „miłością”. „Miłość” ogólnie rozumiana jest abstrakcją, rodzajem bogini, z którą kłopot polega na tym, że nikt jej jeszcze nigdy nie widział. (…) To, co ludzie nazywają miłością, jest w istocie rezultatem niewłaściwego użytku czynionego ze słowa, pomyłki, której celem jest ukrywanie realności braku miłości4.
Nic więcej, nic mniej. Zakończenia nie będzie, bowiem jak można skończyć coś, co jeszcze na dobre się nie rozpoczęło.
© 2009 Maciej Twardowski
2 G. Herling-Grudziński, Inny Świat, Kraków 2000, s. 86.
3 C.R. Zafón, Cień wiatru, Warszawa 2007, s. 382.
4 E. Fromm, Mieć czy być?, Poznań 2008, s. 94.
verte.art.pl > Myśl > Eseje > Człowiek na przemiał
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSSAdministracja Maciej Twardowski