Nie zamierzam bynajmniej pisać jakiejkolwiek satyry na feminizm, zwłaszcza że w mniejszym (lub większym, nie zdradzę) stopniu utożsamiam się z tą, no właśnie – ideologią? Pytanie chyba zasadne, bo obserwując kobiety ze swojego pokolenia, szumnie określające się mianem „feministek”, zaczynam się zastanawiać nad istotą tego ruchu i celami, jakie sobie stawia.
Abstrahując od bardzo dużej ilości odłamów w ramach feminizmu (wspomnieć należy chociażby „czarny” feminizm, feminizm socjalistyczny czy feminizm liberalny), trzeba zwrócić uwagę na ogromną ilość indywidualnych rozumień i odbiorów założeń feminizmu („idiofeminizmów”?). Założeń, które przecież nakładają na jednostkę określone zadania, wymagając pewnych wzorów zachowań, a odrzucając inne. A więc od osobistej egzegezy (bynajmniej nie uważam, że to słowo jest w tym kontekście przesadzone) zależy, jak dana kobieta będzie się zachowywać. A zatem – po owocach je poznacie.
Uniwersytet, jako miejsce wymiany myśli i poglądów, pozwala na obcowanie z kilkoma podstawowymi „typami” (przepraszam za ten wyraz) młodych feministek. Feministek, które, co należy podkreślić, z prawdziwym feminizmem mają często niewiele wspólnego, a które kierują się prymarną dla jednostki społecznej potrzebą przynależności do większej grupy o podobnym światopoglądzie, a więc także potrzebą tożsamości z innymi. Tym bardziej pożądana jest aktywność w ruchach aktualnie modnych, obecnych zatem w mediach, tudzież ruchach krytykowanych przez społeczności lub grupy im antagonistyczne. Nie chodzi bynajmniej o możliwość ucieleśnienia ideału cierpiętniczo-martyrologicznego, ale raczej o możliwość ujawnienia się, coming outu, mającego przysporzyć nam jeśli nie szacunku, to przynajmniej miana „bojownika o wolność słowa i przekonań” lub „jednostki niepokornej o wysokiej odwadze cywilnej”. Przymiotniki i określenia szczególnie przez niektórych pożądane. Przez kogo? A, nie powiem, tajemnica. Nie chciałabym ściągnąć na siebie wojowniczego gniewu tych na co dzień cichych i niczym niewyróżniających się niewiast.
Feminizm staje się więc dla niektórych przepustką do wyróżnienia się, tudzież zaistnienia i w efekcie podniesienia własnej samooceny lub przynajmniej ogólnego poprawienia sobie humoru. A to przecież bardzo przyjemne, zwłaszcza w pochmurne i deszczowe dni października.
Taki „pokazowy” feminizm ubrany w piękne pióra społecznego zaangażowania z łatwością odnajduje się w słownej i obrazkowej kulturze XXI wieku, niestety zatracając pierwotną argumentację. I tak na zajęciach dotyczących analizy dzieł literackich panny spod jego znaku dostrzegają wszędzie jedynie aspekt zniewolenia kobiet przez mężczyzn i ich wyzysku. Sztukę odnajdywania tego typu wątków opanowały do perfekcji, znajdując je tam, gdzie one wcale nie występują. I tak pół biedy, gdy w grę wchodzą Orzeszkowa albo Konopnicka, gorzej, gdy może chodzić o dzieła Emila Durkheima albo nawet postmodernistyczną prozę Marka Danielewskiego – wtedy nasze niewiasty muszą się już bardziej natrudzić, choć przecież już od dawna wiadomo, że dla chcącego nic trudnego i w końcu jakiś wątek mężczyzna-ciemiężca, dziewica-ofiara się znajdzie. Dziwne, że mój program do edycji tekstu podkreśla wyrażenie „mężczyzna-ciemiężca” jako błędne, nie mając przy tym żadnej możliwości jego poprawienia do zaoferowania. W każdym razie postuluję, by symbolem ruchu „Feministek-pokazówek” (lub „pyskówek”) stał się smok wawelski – idealna figura do zwalczania. W końcu kto jak kto, ale on na uciskaniu dziewic znał się jak mało który samiec w czasach późniejszych. I to bez sztucznego wspomagania, nieważne czy technicznego, czy chemicznego. A jaki piękny sztandar można by z nim zrobić na przyszłoroczną Manifę. Tyle że pewnie jakaś grupa feministek z Krakowa mogłaby się zbuntować przeciwko naruszaniu ich dziedzictwa lokalnego.
Z całą mocą można powiedzieć, że ten typ feministek też jest w społeczeństwie potrzebny. Pseudowalczących młodych kobiet, wciąż jeszcze pełnych zapału, z ustami pełnymi haseł, których może nie wcielają w życie, ale które za to głoszą swymi dziewczęcymi głosikami. A te razem zbierają się w całkiem głośny krzyk.
© 2010 Dominika Jędrzejczyk
verte.art.pl > Myśl > Felietony > I tylko dawnego feminizmu żal...
© 2004-2010 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSSAdministracja Monika Mohylowska