Los chciał, że pojawiłem się na ziemskim padole w czasie, w którym obecna tu i ówdzie wolność pozwala mi spośród wielu form wybrać taką, z jaką najbardziej zapragnę się utożsamić. Przez kilka dobrych lat życia znajdowałem radość i spełnienie w przyjmowaniu różnych postaw światopoglądowych. Przeszedłem parę transformacji, dochodząc w końcu do momentu, w którym okazało się, że nie tyle wiem, że nic nie wiem, ale raczej zapomniałem, że kiedykolwiek coś wiedziałem. Tym samym skazując siebie na wieczną banicję w otchłani dys-dyskursji. Korzystając ze stylu używanego w omniscjentycznej Wikipedii – moja „dys-dyskursja” jest niczym więcej, jak tylko specyficznym zaburzeniem instrumentarium poznawczego, objawiającym się popełnianiem błędów myślowych, pomimo umiejętności obsługi kawałka padliny w głowie i odpowiedniej motywacji do poprawnego myślenia. Przede wszystkim zaś objawia się krytycznym nastawieniem wobec wszystkich dyskursów oraz każdej rzeczy, która ich jest.
Można powiedzieć, że intelektualne dziewictwo straciłem na spieraniu się o to, czy Bóg istnieje, czy nie. Niczym ostatni spartanin broniłem się przed atakiem wściekłych teistów, chcących obalić moje jakże oświecone argumenty. Dziadek z brodą to wszakże iluzja. Ludzie wyznając inne poglądy jawili mi się niczym głupcy. Wszyscy oprócz mnie, ma się rozumieć. Nie ma w tym nic dziwnego, zważywszy że pogląd odnośnie opóźnienia intelektualnego 95% społeczeństwa podziela co najmniej 95% bliźnich. Oczywiście zawsze wyłączając sobie. I swoją dziewczynę/chłopaka – dopóki nie znajdzie się lepsza/y. Miliony much nie mogą się przecież mylić.
Zaprawdę pięknym jest wpasować się w model ateisty – zawsze pięknego, młodego erudyty. Najgorzej, gdy nie jest to wyrazem refleksji nad kwestiami filozofii i teologii, ale… modą. Szalenie interesującym pozostaje również fenomen życia w skrajnie permisywistycznym społeczeństwie, które przy okazji wielkiej emancypacji mnoży w nieskończoność zakazy. Wolności mamy coraz więcej, praw jakby coraz mniej. Rację mógł mieć Slavoj Žižek, który trawestując Dostojewskiego, napisał: jeżeli Boga nie ma, wszystko jest zakazane.
Weźmy taki Internet, medium przesadnie często zubożające i tabloidyzujące wszelkie dyskusje. Właśnie ta perspektywa zdaję się bezpośrednio wpływać na okołoteologiczny dyskurs. Bowiem ani ateizm, ani wiara w transcendencję nie są niczym nowym. Światopoglądy te w mniejszym lub większym stopniu koegzystują od tysięcy lat. Równie długo przedmiotem dyskusji była kwestia istnienia Boga. Jednak w przeszłości związana była raczej z płaszczyzną intelektualnej debaty – tytani intelektu w postaci najświatlejszych umysłów w historii spierali się o ten fundamentalny temat, posługując się argumentami, które znamy po dziś dzień. Tego rodzaju uczciwa dyskusja, choć pomniejszająca rolę Boga do funkcji pionka na szachownicy intelektu, prowadziła często do wyjątkowych wniosków, które z kolei świadczyły o wysokim poziomie mądrości i inteligencji wypowiadających je osób. Dziś szala dyskursu przechyla się w stronę dyskusji na internetowych forach, z wszechobecnymi teoriami spiskowymi, pseudonauką, prawdziwymi Polakami, Żydami, lewakami, masonami i cyklistami. W między czasie można sprawdzić, czy ma się wyższe IQ niż Doda. Wystarczy wysłać SMS.
Do czego więc śmiem dążyć? Li tylko do tego, iż przekonanie o (nie)istnieniu Boga zdaję się mieć więcej wspólnego z termometrem za oknem niż rzeczową debatą. Spór o istnienie Boga, zataczając coraz szerszego kręgi, zaczyna bowiem przypominać kłótnię o to, czy 10 stopni to już ciepło, czy jeszcze zimno. Żaden racjonalny argument nie przechyla szali na którąś ze stron. Wypracowanie opinii może być wynikiem osobistych przemyśleń lub (o zgrozo!) mody, perswazji czy podstawy kulturowej. Czy gdzieś istnieje wobec tego prawda? Nie wiem.
Swego czasu byłem nawet w stanie uwierzyć, że w Polsce istnieje polityka. Uważałem wręcz, że własną opcję mieć zwyczajnie wypada – bezpieczną kołderkę, która bronić będzie mnie przed poglądami innych. Gdyż inni to przecież, wiemy, piekło. Ktoś w końcu chyba mówi prawdę. Cóż się jednak okazało? Tyle tylko, że polityka umarła niczym Bóg Nietschego. Zostawiając cały plac zabaw dla swych nieślubnych dzieci – polityków. Nie byłoby w tym może nic złego, gdyby nie to, że koszty związane z płaceniem alimentów spadają na społeczeństwo. Bowiem kto przy zdrowych zmysłach, karmionych w lumpeksie McPoglądów, ujrzałby, że polityki nie ma, zaś tym, co zostało, są sami politycy. Cóż o nich rzec – jedzą, piją, lulki palą; Tańce, hulanka, swawola; Ledwie Sejmu nie rozwalą, a i w piłkę nawet grają. Tacy swojscy się zdają – niektórym zapewne zdarza się oglądać płatne strony porno popijając vin de Champagne (piwo i DVD zostawmy proletariatowi).
Z jakiej to okazji zrodziła się owa szarlataneria politycznej dekonstrukcji? Z dniem wybuchu wojen kaczorów. O ile w przypadku „Gwiezdnych wojen” dość szybko stało się jasne, kto jest czyim ojcem, o tyle nad Wisłą nie wiadomo nawet, czy wakat imperatora zajmuje Lech II Mały, czy może Kaczor Donald. Przede wszystkim zaś nie wiadomo, czyj jest ten przeklęty statek kosmiczny… Mała wojna, mała sława; wielka wojna, wielka sława. Szkoda tylko, że nad wszystkim w swej złowieszczości zawisła gwiazda kryzysu. Czas zabawki zabrać i uciekać z piaskownicy. Pytanie tylko, dokąd? W Anglii nas już nie chcą, w USA zaczyna brakować namiotów, a wredni Niemcy wraz ze swoim obrazoburczym „Die Welt” najchętniej by Rzeczpospolitą zrównali z ziemią. Za te wszystkie samochody…
Mówiąc o samochodach, warto skusić się na założenie, że gdyby Baudrillard żył, mógłby co najwyżej czyścić felgi w maluchu polskiej polityki. Symulacje i symulakry mnożą się bowiem na naszym poletku zupełnie nieskrępowane jakimkolwiek doborem naturalnym. Gdzieś tam ponoć jest jakaś lewica i prawica. Wysokie stężenie CO2 w powietrzu doprowadziło do powstania istnych mutantów. Doskonałym przykładem takiego gatunku są np. antykomunistyczne prawicowe partie prokościelne o socjalistycznych programach. Oczywiście istnieją też ugrupowania posiadające konkretny program. To się chwali. Rozumieją to doskonale rządzący, którzy postanowili objąć bezbronne partyjki swym ochronnym ramieniem, niczym tarczą antyrakietową. Gdyż gdyby np. do mediów częściej trafiały osoby, które mają coś do powiedzenia, mogłaby stać się komuś krzywda. Tak więc mamy wspaniałą możność oglądać wciąż te same twarzochorągiewki. I spadochroniarzy zobaczymy dużo więcej niż podczas ataku na Normandię.
Mówiąc o symulakrach, trzeba koniecznie wspomnieć o tzw. programach politycznych. Ktoś tam kiedyś wspominał o jakiejś dekomunizacji, potem jakaś liberalizacja mi się obiła o uszy. W efekcie mamy pseudofaszystę w TV, pseudobiskupa w pseudoliberalnym rządzie i Nelly Rokitę. Cóż ja jednak mogę? Skoro Heideggera nigdy nie umiałem zrozumieć, uważam, że Jan Paweł II małym poetom był, a Balcerowicz musi odejść. Ceterum censeo Carthaginem esse delendam.
Jeżeli komukolwiek bliska jest teza o politykach jako bękartach modernistycznej polityki, niechybnie mógłby dojść do wniosku, że w owej patologicznej rodzinie media spełniają rolę dobrej cioci. Życie w zgodzie przynosi wiele profitów, kłótnia prowadzi do wykluczenia i sprowadzenia do pozycji czarnej owcy. Kimże byliby bowiem politycy bez mediów? Politologia powiedziałaby, że nikim. Przypomnijmy sobie pokazywane w telewizje twarze nowo wybranych posłów, którzy gęsiego zwiedzają sejmowe kuluary. Patrząc zagubionym wzrokiem po rzędach ław w parlamencie, zdają się żywic nadzieję, iż znajdzie się dobra wróżka, która dzięki mocy magii zamieni ich z profanów w członków elitarnej kasty rządzącej krajem. Ową wróżką są właśnie media. Bliżej jej jednak do iluzji Davida Copperfielda niż czarów biblijnych egipskich magów.
Media, z założenia mające ułatwić życie, stały się zdegenerowanym orężem reklamy. Deifikacją pretensjonalnych teleturniejów oraz niekończących się telenoweli. Włączając nasze kochane pudełko, stawiamy się świadomie w pozycji ofiary, na którą rzuca się stado wygłodniałych młodych wilków marketingu. Czyż telewizor nie jest wymarzonym narzędziem propagandowym? Siedząc wygodnie przed ekranem, zapadamy w swoistą hipnozę, oddając się biernej rozrywce prania mózgu. Jedyne, co przyjść może mi do głowy, to Orwell i jego teleekrany.
Paul Lazarsfeld i Robert Merton przedstawili w 1948 koncepcję dysfunkcji narkotyzującej. Termin ten odnosi się do istnienia negatywnych skutków związanych z długotrwałym oddziaływaniem mass mediów na odbiorcę. Koncepcja opisuje postępujące uzależnienie widza od mediów, kreujące przy tym sztuczne przeświadczenie, że pozyskiwanie bieżących informacji powoduje pełniejszy i bardziej świadomy udział w życiu społecznym. Nic bardziej błędnego – uzależnienie od mediów prowadzi do pasywnego odbioru rzeczywistości oraz zaniechania wszelkich form działania – „zastępcze przeżywanie rzeczywistości”. Tym sposobem dochodzi do zjawiska atomizacji społeczeństwa – z jednej strony dzięki mediom jesteśmy niejako bliżej siebie, choć koszt tej bliskości to rozluźnienie więzów społecznych. Niby bliżej ludzi, a jednak dalej od świata rzeczywistego. Poglądów nie trzeba wypracowywać, wystarczy włączyć TV albo odpalić Neostradę.
Gdzie w medialnym dyskursie znajdziemy prawdę? Po raz kolejny uderzając się w pierś powiem, że nie wiem. Nie umiem nawet próbować sobie wyobrazić, że konflikt w Palestynie zrozumiem dzięki dwuminutowym spotom, a stosunek do traktatu lizbońskego uzyskam wczytując się lakoniczne teksty na łamach „Naszego Dziennika” czy „Gazety Wyborczej”. Wiele osób „wie”, że za zamachami z 11 września stoi CIA, szkoda, że po obejrzeniu „Zeitgeista” nikt nie fatyguje się, aby faktycznie przeczytać oficjalny raport rządu Stanów Zjednoczonych. Przywołując słowa Noama Chomsky’ego – oszalałem, bo przecież nie pokazują nic innego.
Paradoksalnie, mówiąc o ponowoczesności, wiek XIX i XX nie były schyłkiem idei, a raczej punktem wyjścia do pomysłów nowych, które należałoby interpretować poprzez perspektywę nowej optyki. Czy wobec tego mógłbym się czuć jak Wolterowski Babuk rzucony w wir płynnonowoczesnego społeczeństwa spektaklu? Niepomny prawdy, dostrzegać cnotę w zalewie występku? Cóż to za różnica, skoro nie ode mnie zależy, czy Persepolis zostanie zburzone. Nie posiadam przecież na własny użytek innego Ituriela niż własny umysł. I chociaż nijak nie umiem zrozumieć dyskursów współczesności, to żywię święte przekonanie, że najwięcej racji miał Tadeusz Konwicki, pisząc, że nudne będzie życie bez krytyków.
© 2009 Maciej Twardowski
verte.art.pl > Myśl > Eseje > Dys-dyskursja, czyli autostudium przypadku
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski