Zastanawiam się od jakiegoś czasu, co może być skomplikowanego w serialu przygodowym wyprodukowanym w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w roku 1970.
Rzecz bowiem dotyczy małej zapowiedzi, która znalazła się w jednym z tygodników telewizyjnych. Zapowiedź dotyczyła „Przygód psa Cywila”. W pierwszej chwili pomyślałem, że mam do czynienia z jedną z wielu zapowiedzi debilnych. Ale tylko w pierwszej… Zaraz potem włączył się proces dochodzenia, śledztwa, wywracania sensu na drugą stronę, szukania szwów, nad którymi już panować nie potrafię.
Być może, to pierwsze przypuszczenie, że twórczość z „tamtych lat” jest już niezrozumiała. Ale dlaczego, w takim razie, potrafimy się śmiać, oglądając „te” filmy? Nie wiem. Pewnie, po prostu, je rozumiemy. Zatem sprzeczność? Nie, błędne pierwsze przypuszczenie.
Drugie przypuszczenie kieruje mnie wprost do jakości intelektualnej „krytyków”, którzy sięgają po pióro, by nas, niewtajemniczonych, wprowadzić w zawiłości akcji serialu „Przygody psa Cywila”. Oto próbka: Sierżant Walczak prowadzi mozolne, ale pełne zabawnych perypetii szkolenie Cywila. Wspólnie spędzony czas bardzo zbliża psa i jego opiekuna. Ciężka praca przynosi rezultaty — zwierzę zdaje eksternistyczne egzaminy w Zakładzie Tresury Psów i otrzymuje dyplom. Odtąd może brać udział w akcjach milicyjnych. Już niedługo wykaże się swoimi umiejętnościami.
Powyższy tekst jest zapowiedzią jednego z pierwszych odcinków wspomnianego serialu. Wynika z niego niezbicie, że Cywil, piękny owczarek niemiecki, odbywa eksternistyczny kurs, którego ukończenie, oczywiście za pomocą eksternistycznego egzaminu, pozwoli psu stać się pełnoprawnym funkcjonariuszem Milicji Obywatelskiej. Po latach coś o tym powie Pasikowski.
A jak jest w rzeczywistości (filmu)? Cywil, pies niepokorny ale bardzo zdolny, pokazuje swoje możliwości tylko wtedy, gdy nie patrzą nań organizatorzy kursu. Jako żywo bierze udział w kursie, a więc nie jest to, przynajmniej dla Cywila, kurs eksternistyczny.1 W związku z tym, że nie lubi, jako natura przekorna, pokazywać swych umiejętności, zostaje, przed egzaminem, odesłany do domu dziecka jako pies-zabawka. Ale stęskniony za swoim szkoleniowcem — sympatycznym sierżantem Walczakiem (którego świetnie zagrał Krzysztof Litwin) ucieka do niego. Przebywszy noc pełną przygód (poza komentarzem pozostawiam wspaniałe, acz nieskuteczne zupełnie, próby budowania napięcia, kiedy to Cywil, niczym „pies, który jeździł koleją” stoi przed zbliżającą się lokomotywą), wraca na teren jednostki milicyjnej i z oddali obserwuje egzamin pozostałych psów. Wreszcie wiedziony instynktem prawdziwego, wiernego funkcjonariusza, dołącza nielegalnie na tyły grupy i bez swojego szkoleniowca, podążając za innymi psami, wykonuje prawidłowo wszystkie zadania egzaminacyjne. Wówczas przychylny Cywilowi egzaminator wypowiada, śmiejąc się, słowo: eksternista. Oczywiście Cywil dostaje się do służby.
Oto jak wspaniale opis rozminął się z rzeczywistością. Zupełnie odwrócił jej sens. I już miałem uznać, że drugie przypuszczenie jest słuszne. Wydało mi się to jednak zbyt proste i oczywiste. Że recenzent, jako przedstawiciel masy recenzującej co dnia tony stron, godziny obrazów i dźwięków, średnio nie wypada najinteligentniej — to zbyt oczywiste, aby już poprzestać.
I nastąpiło olśnienie! Otóż drugie przypuszczenie pozostaje aktualne, ale samo z siebie. Ono jest aktualne (jak bardzo, przemyślcie kochani czytelnicy sami), w kontekście przypuszczenia trzeciego.
Ono, w swej tajemniczej mocy rządzącej umysłami, prowadzi nas w kierunku naszej kochanej, codziennej, przez wierchuszkę podsycanej potrzeby rozliczenia, wyliczenia i wreszcie „prawdziwego” opisania przeszłości.
Zastanawiające, jak mogło dojść do takiej pomyłki (różnica między filmem i opisem) i co z niej wynika. Cywil nie był eksternistą, albowiem w szkoleniu uczestniczył. Wszystkiego, czego się nauczył, nauczył się dzięki Walczakowi. Przed egzaminem wywieziony, wrócił i „przystąpił” do niego. Zabawny żart egzaminatora sprawił, że recenzent wziął go za nazwę, opis, rzecz wiarygodną. Zadziwiający bezkrytycyzm jak na recenzenta.
Choć oczywiście można inaczej; że jest prawda czasu, o której mówimy i prawda ekranu, która mówi…
Tak, czy inaczej w tej trzydziestopięcioletniej przestrzeni między powstaniem serialu, a krótkim opisem jego początkowych odcinków, mieści się nasz polski sposób rozumienia simulacrum. Wtedy autor myślał o tym, żeby dzieci oswoić z milicją, żeby wszystkie psy były cywilami, że bać się munduru nie trzeba, bo to fajne chłopy (i psy) są. Jakoś mu się to wtedy nie udało i milicji nikt nie wierzył. Dopiero dzisiaj pewien recenzent na usługach poczytnego tygodnika, uwierzył drobnej uwadze, mimochodem rzuconej przez bohatera filmu i z tej uwagi stworzył cały opis. Tak oto mówi prawda ekranu. Zadziwiająca spontaniczność interpretacyjna.
Chciałoby się uznać, że to głupia wpadka gnuśnego recenzenta. Ale czy na pewno? Czy czasem nie jest to piękny popkulturowy model dosyć szerokiego dziś sporu, który przetacza się przez Polskę? Przecież od przedszkola po katedry prowadzi się dziś dyskusje o wiarygodności „prawdy ekranu” wypowiedzianej przez szereg funkcjonariuszy, równie rzetelnie chcących opisywać prawdę, jak ów generał-egzaminator Cywila. Mój umysł jest coraz wyraźniej sposobiony, przez pewne kręgi, do uznania, że jedynie prawdziwym opisem dopiero co minionej przeszłości, są pewne dokumenty — jako żywo prawda ekranu.
Zrozumienie przeszłości jest zapewne jednym z najważniejszych zadań jakie dziś stoją na drodze do normalności. Tylko czy my chcemy rozumieć przeszłość, czy też dąży się do rozumienia jej, przez kogoś powołanego do fałszowania, dobrze wykonany opis?
Żeby nie popaść w wariację detektywistyczną-interpretacyjną przytoczę dowcip o Leninie w Warszawie, który świetnie opisuje próby nadużywania obrazu do opisu rzeczywistości. Na wystawie malarskiej w Moskwie wystawiono obraz ukazujący Nadieżdę Krupską, żonę Lenina, w łóżku z młodym członkiem Komsomołu. Tytuł obrazu brzmi „Lenin w Warszawie”. Zdumiony odwiedzający pyta przewodnika: Ale gdzie jest tu Lenin? Przewodnik odpowiada spokojnie i z godnością: Lenin jest w Warszawie.
Przytoczona anegdota mogłaby pokazać, jak bardzo należy uważać podczas tworzenia narracji, żeby nie popaść w zawirowanie sensu między rzeczywistością a jej, przez kogoś dokonanym, opisem. Ale mogłaby też nauczyć, że wszelka próba rozsupłania węzła związanego z rzeczywistości i jej opisu nie ma większego sensu, bo nawet rzeczywistość jest tylko swoim własnym opisem. Wynikałoby z tego, że między przedmiotem opisu, a opisem przedmiotu nie zachodzi różnica kategorialna.
Jakaś jednak różnica zachodzi. Jest to różnica między rozumem moim, a rozumem tych, którzy do kształtowania mojego się przyczynili, umieszczając mnie w świecie Cywila, Klossa i innych — później już nieco mniej przygodowych bohaterów.
Filozofia różnicy, której rzecznikiem, mimochodem, stał się nierozumny recenzent „Przygód psa Cywila”, otwiera, na naszym rodzimym gruncie, zupełnie nowe możliwości interpretacyjne. Korzystajmy z nich! Również myśląc o tych, którzy kiedyś na kogoś donosili.
© 2006 Karol Zamojski
1 externus (łac.): zewnętrzny. Przystępujący do egzaminu bez uczestnictwa w kursie.
verte.art.pl > Myśl > Felietony > Eksternista Cywil, czyli egzamin z rozumienia
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski