> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№58 kwiecień 2009

Frédéric, notre ami Jarosław Sujczyński

** Panu Wichłaczowi **

Słuchając lamentacji wznoszącej się nad tłumem, demagog znajduje słowa i właściwy ton dla harmonizacji kakofonii; potem wspominając, używając naukowej i profetycznej terminologii, o możliwości życia innego, lepszego, sprawiedliwszego, zdobywa zaufanie zagubionych, nie- zadowolonych, upokorzonych. Wirtuoz werbalny tłumaczy głupotę ich małostkowych pasji na szlachetne petitio principi, na bezinteresowne projekty wspólnego szczęścia. Z tego powodu właśnie sofiści usiłowali, przez swoje popisy retoryczne, wystawić na próbę czary języka, odkrywali przed ateńczykami liczne sztuczki i fałsze przekazując im sposoby ich zastosowania. Nikt inaczej nie uwolni się od władzy języka poza zdobyciem nad nim władzy – lekcja, którą dwadzieścia wieków później Mikołaj Machiavelli, Baltazar Gracian i Tomasz Hobbes przyswoją sobie, aby przestrzec ludzi przed ich własną naiwnością.
Frédéric Schiffter, Le Bluff éthique

O tym, że „Aspekty” funkcjonują jak trzeba, przekonałem się na początku września czytając tygodnik „Marianne”, francuskie centroprawicowo-lewicowe czasopismo, w którym cała 76. strona poświęcona była ostatniej książce Frédérica Schifftera. Ów wydał dawno temu (kiedy w swojej piwnicy prowadził wydawnictwo Distance – gdzie opublikował m.in. Jacques’a Esprita, dzięki czemu mogli go poznać czytelnicy „Aspektów”) dwie książki. W pierwszej rozprawił się z filozofią dualistyczną, w drugiej zdemolował ostatniego boga kontestacji Guy Deborda, dlatego ta ostatnia propozycja – mimo dwóch wydań – nie była komentowana w tzw. szerokiej prasie.  Dlaczego więc „Le Bluff éthique” zainteresowała gazety? W Polsce o zdradzanej żonie mówi się, że dowiaduje się ostatnia, ale to nie do końca tłumaczy ostracyzm prasy w stosunku do Schifftera; od dawna porównywano upadek Europy do upadku cesarstwa rzymskiego... W swojej książce Schiffter interesuje się upadkiem Aten i nagłym pojawieniem się sekt „filozoficznych”, niewiele różniących się od tych, które spotykamy dzisiaj. Oczywiście, nie mieszkając w Polsce i nie śledząc z bliska „nowości” intelektualnej produkcji, muszę ograniczyć się do tego, co widzę we Francji: każdy tutaj ma swój etyczny stragan: wzbogaćcie się odmiennością innych, radujcie się szanując spokój innych, odkryjcie cnoty i zacznijcie w końcu je stosować, nauczcie się uzależniać się od swojego „ja”, otoczcie troską immanentną transcendencję, itd. Co kupić? Trochę jak na warszawskim bazarze, u moich azjatyckich przyjaciół, koszulki mają różne kolory, znikające po pierwszym praniu... Ale tylko trochę, ponieważ te wszystkie produkty są platońskimi archetypami. To jest najgorszy platonizm, a my wiemy – tym, którzy zapomnieli, przypomniał doskonały artykuł w ostatnich „Aspektach”, „Przypadek drugie imię Boga” (Damian Łączkowski) – że „życiem przypadek rządzi, nie zgłębiaj” (Sofokles). Dlaczego ludzie kupują? Ponieważ rozpadł się ich miniaturowy i efemeryczny kosmos, czyli porządek. (Nie mogę powstrzymać się od przypomnienia – mimo że to już przysporzyło mi dużo kłopotów, że – historia to potwierdza – za każdym razem, jak dany kosmos, czyli społeczna kosmetyka – krótko mówiąc: sztuczny porządek społeczny – przestaje funkcjonować, pojawiają się tzw. ekolodzy. Historycznie jedynymi z pierwszych znanych byli greccy cynicy, którzy – niezależnie od tego, co dzisiaj oznacza to słowo, byli aspołecznymi moralistami. Ponieważ jestem przy wyznaniach, dorzucę jeszcze, że od dwudziestu lat obserwuję interpretacje „Antygony” nie jako tragedii: prawa są okrutne, ale są prawami, ale jako pochwałę tej, która działa sprzecznie z prawem; konsekwencje faszyzmu i stalinizmu? Nie wiem, ale coraz bardziej – mimo dużych oporów – zaczynam wierzyć, że pierwszą powtórką historyczną jest już farsa).

To, że etyka jest ekspresją niewinnego i rozpaczliwego pragnienia świata – świata, który, przede wszystkim, konstruuje się wewnątrz indywiduum, nie jest nowe. Podobne pragnienia były znane już w antycznej Grecji, gdy, pod koniec wojny Pelones, po bitwie Cheronee i podbojach Aleksandrii, Ateny definitywnie tracą swoją suwerenność w Attyce, wokół Morza Śródziemnego, a nawet wewnątrz swoich murów. Ponieważ, od tej chwili, pewność ateńczyków – zakładając, że kiedykolwiek była solidna – życia w politycznym porządku opartym na strukturze silnego państwa okazała się iluzyjna: ich demokracja, taka, jaką Perykles wzniósł jako model obywatelski, rozpadła się. Zrujnowane Ateny roztapiają się w mgławice miast-państw i terytoriów już pod kontrolą macedońską, sięgającą Dunaju i Indii. Jej wartości, które kiedyś uchodziły za przykładowe i uniwersalne, wmieszały się w magmę egzotycznych folklorów, i jej obywatele, tak dumni kiedyś ze swojej osobliwości, z trudem znosili wstyd metyzacji. W tamtych czasach filozof Pirron, pochodzący z Elis, najemny żołnierz w armii Aleksandra, obserwował klęskę. On, tak lubiący czytać i cytować Homera, znalazł się na doskonałym miejscu, aby kontemplować epopeję, w której tysiące bohaterów ginęło, daleko od swoich domów, pod znudzonymi spojrzeniami bogów. Ze współczuciem obserwuje tych, którym udało się przeżyć, szlochających nad zmarłymi towarzyszami broni i lamentujących nad destrukcją swoich snów o chwale. Angażując się pod dowództwem młodego odważnego króla, ci ludzie mieli nadzieję wznieść się do rangi kombatanta Uniwersalności; teraz wracają do domów wycieńczeni, okryci łachmanami pokonanej armii. Po powrocie do Elis, Pirron założył „szkołę”. Wykładał tam mniej o wątpliwość – jak twierdzą historycy – ale intelektualną przezorność polegającą na:

1. Unikaniu uważania za „barbarzyńskie” wszystkiego tego, co nie ma związku z tradycjami i obyczajami greckimi;

2. Nie rozpatrywać natury jako Całości rządzącej się wiecznymi i nienaruszalnymi prawami;

3. Akceptować, że porządek jest przypadkiem szczególnym i niepewnym nieporządku;

4. Nie zapominać, że brak umiaru ma swoją własną granicę;

5. Nie zastanawiać się nad esencją i ostatecznym celem rzeczy.

Krótko mówiąc, Pirron, po swojemu, odnajduje nihilizm wielkich sofistów, opierający się na bardzo prostej idei, według której odkrywamy nieistnienie świata, w miarę jak go zwiedzamy, główną maksymą jest wiara w to, co jest dostępne dla oka, przy jednoczesnym absentowaniu się wszystkich sądów nieodwołalnych. Elis to nie Ateny. W Atenach właśnie, mieście pokonanym i bezsilnym, filozofowie ciągle nie szczędzą wysiłków, aby podtrzymać kolumny greckiego świata i kapitele jego ideałów. Akademia, mimo wszystko, kontynuuje czcić szczątki systemu Platona. Od dziesięciu lat Arystoteles, w swoim liceum, pomimo niszczącej akcji swojego byłego ucznia Aleksandra, broni idei państwa autokratycznego.

Tutaj przerwiemy na chwilę wykład Schifftera i zainteresujemy się Sujczyńskim z Otwocka pod Warszawą. Gdy chodziłem do szkoły podstawowej, z kolegami opowiadaliśmy sobie dużo „kawałów”, czterdzieści pięć lat później przypominam sobie jeszcze dwa: jeden tzw. świński – dobre i to, ponieważ nie ma najmniejszego związku z poruszanym tutaj tematem; drugi bluźnierczy, który przyda się nam do rozważań o etyce. Śniło mi się, że mój seks się wydłużył, opuścił majtki, po podłodze zbliżył się do okna, ciągle wydłużając się przedostał się na drugą stronę ulicy i tam w podobny sposób, po murze, dotarł do okna, za którym mieszkała przepiękna dziewczyna, itd. Oczywiście, wszyscy wiedzą, że to jest wersja „made in Otwock” znanej bajki Andersena. Lacan poświęcił w swoich dziełach na temat znaczenia cienia (zastąpiony w wersji otwockiej przez seks, w „Seminaire” Lacan odkrywa tę metaforę po długich „mediacjach”). Dowcip bluźnierczy. Osoba 1: Bóg jest wszędzie! Osoba 2: U Kowalskich w piwnicy również? Osoba 1: Oczywiście! Osoba 2: Przecież Kowalscy nie mają piwnicy! Etyka jest – według wielkiego autorytetu w tej dziedzinie, Mr. Moore’a – inwestygacją ogólną tego, co jest dobre. A rezultaty ogólne, idee, nie mają nic wspólnego z nikim, ponieważ istnieć to być szczególnym.

Skoro jesteśmy przy dowcipach, przypomnijmy sobie śmieszną historię o rondlu (czyli garnku). Sokrates zawsze był zdziwiony faktem, że rzemieślnicy – nie wiedząc, co robią – wykonują rondle doskonałe; gdy podzielił się swoim zdziwieniem z Platonem, ten poinformował go o istnieniu modelu garnka w świecie idei. Wybacz moją ignorancję, drogi Platonie, ale absolutnie nie mogę sobie wyobrazić modelu garnka w świecie zamieszkałym przez dusze, które nie mają żołądka. Między innymi dlatego wielki logik XX wieku, Wittgenstein, zdemolował etykę: gdyby jakiś człowiek mógł napisać książkę o etyce, która byłaby naprawdę książką o etyce, ta książka, jak eksplozja, zniszczyłaby wszystkie inne książki z tego świata. Etyka, ciągle według Wittgensteina jest grą językową, która może, wyłącznie, funkcjonować wewnątrz danej formy życia, np. u Sokratesa wśród sędziów, żołnierzy, producentów garnków; a w podanym przez nas przykładzie wśród posiadaczy piwnic. Jedynie prawo – z definicji arbitralne – dotyczy wszystkich, pod warunkiem, że ustawodawca dysponuje organem walczącym z łamaniem prawa. (Państwo-miasto, czyli polis, aby zachować swój sztuczny porządek – na tle chaosu utrzymywać kosmos – musi dysponować policją. To dzięki tożsamości społecznej przypadek uzyskuje efemeryczną stałość, bez tego nie ma Sujczyńskiego: kiedy moje oko opuszcza teraźniejszość i biegnie do przeszłości, spotyka zawsze to samo: fragmenty, części i budzące strach przypadki – ale nigdy człowieka! To wszystko, co składam i wyobrażam sobie, usiłuje zebrać się i zjednoczyć w jedną rzecz, która jest fragmentem i tajemnicą, i okrutnym przypadkiem – pisał Nietzsche w „Zaratustrze”).

Oczywiście nie będziemy wymieniać tutaj współczesnych handlarzy etyką, spotkamy się, jeszcze raz, z jej pionierem, Arystotelesem. W papirusach zebranych przez uczniów lub sekretarza, w całość noszących tytuł „Etyka nikomachejska” Stragirites przedstawia konieczność hołdowania cnocie, aby osiągnąć szczęście. Ponieważ życie z natury jest tylko wirtualnie ludzkie, dla osiągnięcia tego należy zbliżyć się, możliwie jak najbardziej, do doskonałości kosmicznej. Możemy zauważyć, że każda etyka grecka, z wyjątkiem sofistów, szukała oparcia w fizyce. Jeśli chodzi o Arystotelesa, broni on teorii „podwójnego podziału” kosmosu na sferę „nadksiężycową” i sferę „podksiężycową”.Pierwsza funkcjonuje zawsze bez problemu: pierwszy, nieruchomy motor wprawił w ruch Całość, gwiazdy kontynuują swoją drogę kolistą lub owalną. W centrum drugiej, gdzie znajduje się Ziemia, ruch utrzymujący porządek się chybocze, traci swoją regularność – o czym świadczą wypadki meteorologiczne pojawiające się raz na powierzchni Ziemi, raz w jej głębi czy w głębi oceanów lub na peryferiach niebiańskich. Jeśli chodzi o ludzi, których polis zaczyna zajmować miejsce w naturze, ich akcje coraz częściej są uznawane jako uczestniczące w globalnej deregulacji. Stąd konieczność stosowania etyki jako dyscypliny osobistej, mającej na celu odnalezienie sensu w sobie i respekt miary – właściwy środek – ale również, z tego właśnie powodu, edukacji obywatelskiej – powód, dla którego Arystoteles, od pierwszych stron „Etyki nikomachejskiej”, oznajmia, że ta książka jest rodzajem traktatu politycznego. Ani bogowie, ani zwierzęta, ale zwierzęta obywatele, ludzie, powinni godzić egoistyczne satysfakcje ze stabilnością społeczną; dokładniej: podporządkować poszukiwania osobistego szczęścia dobru wspólnoty – ostateczny cel cnotliwej kondwity, równowaga pomiędzy ekscesami błędnymi. Dopóki ludzie nie stworzą ich społecznego świata na obraz Wielkiego Świata, jego porządku, ich ludzkość, już skazana na czasowość, pozostanie niedoskonała. Rozważając, już wtedy, etykę jako politykę indywidualną i politykę jako etykę zbiorową, Arystoteles przypisuje im role korekcji i harmonizacji nieporządku kosmicznego podksiężycowego.

W tej lub innej formie, według mnie, harmonizacją nieporządku podksiężycowego zajął się wybitnie utalentowany filozof, którego w „Aspektach” bardzo cenimy, choćby dlatego, że był wyjątkowo szanowany przez człowieka badającego ego ludzkim przez całe swoje życie, Freuda – Hobbes. Ponieważ Freud lubił dowcipy, o których napisał bardzo interesującą książkę, korzystam z okazji, aby zadać pytanie: czym jest społeczeństwo według Hobbesa? Nikt nie podnosi ręki, odpowiadam najlepiej jak potrafię: chwilowym zawieszeniem broni! Mimo że to tylko pośrednio należy do temaciku, pozwolę sobie dorzucić, już od siebie, że wola życia i egoizm, instynkt agresywny to quasi to samo. Czym jest społeczeństwo, tym razem według Freuda? Zjednoczeniem wokół wspólnego wroga. Proszę się nie bać, społeczeństwo to sublimuje... Temu służą m.in. kompetycje sportowe, naukowe, turnieje miast, walki uliczne pomiędzy mieszkańcami różnych dzielnic miasta, itd. Aby skończyć z Freudem, przypomnę tylko, że do końca życia twierdził: wiedza, którą nabyłem podczas mojej pracy, potwierdza znaną sentencję Hobbesa: „człowiek człowiekowi wilkiem”. Pan Wichłacz kilka lat temu opublikował w „Aspektach” fragmenty Jacques’a Esprita, który w „Fałszu cnot ludzkich” dochodzi do podobnych wniosków. Oczywiście filozofia Hobbesa jest przedstawiona doskonale w książce Schifftera. Ze wszystkich myślicieli XVII wieku najbardziej apolityczny jest Thomas Hobbes, który od „De Cive do Leviathan” nie przestaje odrzucać definicji Arystotelesowskiej człowieka jako „zwierzęcia politycznego” – zoon politikon, lub, jeszcze, jakby ten był „urodzony z naturalną skłonnością społeczną”. Pierwszy argument Hobbesa: „człowiek” nie istnieje. To jest tylko słowo lub ogólne pojęcie, krótko mówiąc: wiatr w ustach – flatus vocis – któremu pewni filozofowie, z Arystotelesem na czele, przyznali konceptualną substancjonalność, także ludzie realni są czystą abstrakcją lub phantasmes. Drugi argument: „społeczeństwo” jest urojeniem. Wiara w naturę społeczną ludzi pochodzi z błędnej analizy życia wspólnego zwanego cite, republika, lub korpus obywatelski, pogorszonej, w dodatku, przez iluzję filantropiczną. Naturalna wspólnota ludzka – rodzina, klan, szczep, plemię itd. – stworzona przez biologiczny przypadek, spotkania, imperatywnej potrzeby przeżycia w grupie, nie ustanowi, nawet wirtualnie, społeczeństwa, ani nawet nie świadczy o bycie społecznym Człowieka. To, co wyraził swoim językiem polski laureat pokojowej Nagrody Nobla, gdy mówił o oficjalnych związkach zawodowych, było już u Esprita i u Hobbesa i może stanowić definicję każdej formacji społecznej: jak im na rękę, to się przywieszają, jak im nie na rękę, to się odwieszają.

Po krótkiej wycieczce do Gdańska wracamy do Biarritz, gdzie prof. Schiffter pisał swoją książkę. Jeśli przyzwyczajenie obserwacji ludzi żyjących razem, mniej lub bardziej pokojowo, podporządkowując się prawom jurysdykcji, moralnym normom, zwyczajom i obyczajom, prowadzi do uznania, że zjednoczenie opiera się na wzajemnej przyjaźni lub uczciwej wymianie, przyzwyczajenie to kryje realnym powód ich wspólnego życia. Ponieważ, z racji naturalnej skłonności, te mówiące i myślące zwierzęta objawiają, wprost przeciwnie, pomimo swojej wrażliwej kondycji, i tym różnią się od innych zwierząt, skłonności do wojny wewnątrzgatunkowej. Skoro jesteśmy przy Hobbesie i ludzkich skłonnościach do wojny wewnątrzgatunkowej, przypomnijmy, że Miłosz, w swojej literaturze (w życiu był raczej realistą) uznał, że tego typu spojrzenie na ludzkość jest nieprawdziwe, ponieważ sprzeczne z przyjętą moralnością – pozwolimy sobie zauważyć bardzo dziwną cechę „natury ludzkiej”, w Polsce, we Francji, w USA Czesław Miłosz znajdował się „w pierwszych lożach” do obserwacji człowieka, widział, cierpiał, znosił, ale oburzały go słowa opisujące to, co sam obserwował: słowa ranią bardziej niż fakty.

Bardzo podobnie do Kanta, który z podobnych przyczyn odrzucił – klarowne jak źródlana woda – rozważania Hume’a na temat podmiotu: przebudzenie z dogmatycznej drzemki było więc – nie ma się z czego śmiać, to jest bardzo ludzkie – chwilowe. Reszta jest znana, pierwszy fascynował się wybitnie utalentowanym pisarzem – ale nikomu jeszcze nie udało się zdefiniować opisywanego przez niego przedmiotu – W. Blake; drugi wpatrywał się w gwiaździste niebo. Nikomu jeszcze nie udało się lepiej od Kanta zdefiniować prawodawcy prawa moralnego: gwiazdy na niebie; ale gdy temu przyjrzymy się uważniej, zauważymy, że ta definicja niewiele się różni od tego, co pisał Platon w „Eutyfronie”. Jednak powinniśmy być sprawiedliwi, nikt lepiej od Kanta nie zdefiniował tego, na co wszyscy liczą: dobrej woli. Proszę się nie śmiać, cytuję „Ugruntowanie metafizyki moralności”: Dobra wola jest dobra nie przez to, co może zdziałać lub osiągnąć, ani przez swoją przydatność do osiągnięcia jakiegoś wyznaczonego celu, lecz przez samo tylko chcenie, to znaczy jest dobra sama w sobie i – rozważana dla niej samej – powinna być nieporównywalnie wyżej ceniona niż wszystko, co można by było osiągnąć dzięki niej z korzyścią dla dowolnej skłonności lub, jak kto woli, dla sumy wszystkich skłonności. Nawet jeśli miałoby się zdarzyć tak, że wskutek szczególnej nieprzychylności losu lub skąpego wyposażenia przez macoszą naturę tej woli całkowicie brakowałoby zdolności, by swój zamiar wprowadzić w czyn; nawet jeśli mimo największych wysiłków nie mogłaby niczego osiągnąć i pozostałaby tylko sama dobra wola (...) to mimo wszystko jaśniałaby ona jak klejnot, jako coś, co swą pełną wartość posiada w sobie. Przydatność lub bezużyteczność nie może tej wartości ani niczego przydać, ani niczego odjąć. Kilka stronic dalej u naszego moralisty odnajdujemy oczywiście odwieczne vivere secundum natura: Bezwzględnie dobrą wolą jest ta wola, która nie może być zła, a tym bardziej jej maksyma, jeśli uczyni się z niej powszechne prawo, nie może być sprzeczna sama ze sobą. (...) Ponieważ ważność woli jako powszechnego prawa dla możliwych czynów wykazuje analogie z powszechnym związkiem istnienia rzeczy według powszechnych praw, który to związek jest formalną cechą przyrody w ogóle, zatem imperatyw kategoryczny można wyrazić również w następujący sposób: postępuj według maksym, które za przedmiot mogą mieć zarazem siebie same jako powszechne prawa przyrody.

Najczęściej spotykanym powodem skłaniających ludzi do agresji bliźnich – czytamy u Hobbesa – jest to, że wszyscy poszukują jednocześnie tej samej rzeczy, której nie mogą zdobyć i posiadać wspólnie, ale ludzie nie zgadzają się, aby ją dzielić. Także, koniecznie, najsilniejszy zwycięża. Oczywiście nie ma nic niemoralnego w podobnych ogólnych agresjach. Afirmując swoje pożądania, ludzie nie mają innego celu poza utrzymaniem się przy życiu – nawet gdyby ich cel był krótkowzrocznym. W poszukiwaniu podobnej celowości, na próżno by oni zaniechali korzystania ze wszystkich posiadanych środków i koniecznych do zdobycia celu, od zabójstwa, kradzieży, podstępu, kłamstwa, groźby, szantażu, które Hobbes określa jako prawa naturalne lub metoda ich „ podstawowej wolności” – ich „ impuls” organiczny – lub konieczności dyktowane przez ich „zdrowy rozum”, którego nic nie odróżnia od instynktu życia, a już najmniej jego charakterystyczna kalkulacja. Atoli nie jest prawdą, jak sobie życzą i deklarują dobroduszni filozofowie, że wzajemna sympatia jest oparciem „społeczeństwa”, wysilający się łączyć porządek i stabilność, ale, wprost przeciwnie, wspólna instynktowna antypatia i odruch samoobrony. Z powodu strasznych korupcji, których dopuszczają się jedni ze szkodą dla innych, nie znajdują innego rozwiązania, podpowiedzianego przez ich instynkt racjonalny lub wyrachowanie, jak kolektywny system represji przeciwko przemocy indywidualnej, trybalnej lub klanowej. W ten sposób zachowują respekt jedni w stosunku do innych, zabezpieczają bezpieczeństwo swoje, swoich bliskich oraz swoich dóbr. Na zakończenie trzeci argument: pokój jest niemożliwy. Nie bardziej niż w stanie wojennym najsilniejszy nigdy nie może być pewnym, przez jak długo utrzyma się przy władzy, nawet gdy potrafi usunąć swoich wrogów i zneutralizować potencjalnych rywali; zmuszenie przez państwo, lub represje na łonie wspólnoty, pozwalające na porządek złagodzony relacji obywatelskich i międzyludzkich, nie gwarantuje, że będzie trwało wiecznie. Chyba że pozbawienie ciał ludzkich ich pożądania jednocześnie rozumnego i namiętnego posiadania i dominacji, ogólny konflikt istnieje zawsze w formie gróźb buntów, powstań, rozruchów lub, po prostu, w formie zabójstw lub zemst osobistych – co potwierdza, jakby dla przyznania racji Hobbesowi ponad wiekami, aktualny raport „Federal Bureau of Investigation”, który podaje milion czterysta tysięcy śmiertelnych ofiar przemocy rocznie w USA, czyli agresji z użyciem broni co dwadzieścia dwie sekundy. Według Hobbesa wszechświat jest poddany wiecznej grze sił ze sobą sprzecznych, co uniemożliwia formacji kosmosu, podobnie jak, na skalę ludzką, niezmienny pierwiastek anarchiczny rządzi korpusami obywatelskimi, niszcząc z różną regularnością każdą konstrukcję prosperującą mikrokosmosu, który Grecy nazywali polis – pierwiastek anarchiczny nie jest niczym innym niż władzą.

Na zakończenie zauważymy, że wspólną ideą u Machiavellego i Hobbesa był cel władzy: trwanie jak najdłużej; Hobbes dorzuca coś bardzo ważnego, trwający przy władzy „monarcha” z anarchii ludzkiej tworzy, mimo że nie może obalić całkowicie jej dynamiki, rodzaj porządku ze skutkami bardzo korzystnymi, które nazywamy cywilizacją, jej zwyczaje, obyczaje, wartości tworzą iluzję „świata społecznego”. Jakże korzystne byłyby te skutki, porządek jest zawsze efemeryczny: chwilowa równowaga sił ze sobą sprzecznych, tzw. wewnętrznych, z siłami zewnętrznymi, i na korzyść jednej z tych licznych sił. Ponieważ wspomniałem o Kancie, pozwolę sobie zauważyć, że celem władzy według Hobbesa jest maksymalne zmniejszenie roli przypadku (minimalna przemoc); natomiast u Kanta mamy do czynienia z przemocą maksymalną: nie powinieneś nigdy postępować inaczej, jak tylko w ten sposób, by także móc pragnąc, aby twoja maksyma stała się powszechnym prawem. Nigdy nie istniała, ani nie będzie istnieć, forma faszyzmu opierająca się na czymś innym, poza powyżej cytowaną formułką moralisty z Królewca.

A teraz, dla przykładu, kilka antycznych straganów etycznych. Epikur przeciwstawił celowości kosmologicznej Arystotelesa odziedziczoną po Demokrycie (książeczki tego ostatniego chciał spalić niejaki Platon, który jak nie podpalał, to fałszował: jego Parmenides wypowiada tezy sprzeczne z tymi, które napisał sam Parmenides, a w „Sofistach” jego Gorgias niewiele ma wspólnego Gorgiasem) fizykę przypadku: żyjemy w świecie, który nie jest niczym oprócz przypadkowych kombinacji atomów, ten świat, jeden z wielu światów, nasi współcześni astrolodzy nazywają multivers; wszystkie światy są różne, ale również wszystkie są gotowe do eksplozji i dyslokacji gwiezdnej. Ludzie są tylko skupieniem materii, ich ciała są zdolne do funkcji zwierzęcych, jak chodzenie, oddychanie, trawienie, sen, reprodukcja; nasze myśli są aktywnością naszego serca i mózgu. Podobnie do atomów, nasze życie jest zależne od przypadku, pod władzą naszych pasji zderzeń, naszych egoistycznych pożądań. Dlatego właśnie człowiek więcej cierpi, niż się raduje. Ale proponowana przez mistrza etyka – rodzaj lekarstwa dla duszy, która jest jeszcze bardziej wrażliwa od pozostałych naszych organów, ponieważ ma bardzo poważne kłopoty w odróżnieniu „prawdy” od „fałszu”, co jest głównym powodem jej patologii – od cierpień nas ma uwolnić.

Dlaczego boimy się chorób i biedy? Ponieważ pożądamy i przedstawiamy sobie jako witalne to, co jest zbyteczne vide: słynne rozróżnienie Epikura przyjemności: naturalne i nienaturalne; na czym, w świecie przypadku, opiera się ono? Z mistrzem etyki, podobnie jak z kierowcą w autobusie, rozmowa jest zabroniona! Boimy się losu? Ponieważ posiadamy nikłą wiedzę na temat zjawisk. Skarżymy się, gdy spotykają nas nieszczęścia... To z powodu niekontrolowanej wyobraźni, która nas łudzi, że mogło być inaczej. Do szczęścia droga jest łatwa, sprawa woli i rozumu. Wystarczy trochę pomyśleć, aby zrozumieć, że: ** bogowie, nieśmiertelni i samowystarczalni, nie troszczą się o nas; ** śmierć pozbawia nas przyjemności, ale uwalnia nas od cierpień; ** umiar w ambicjach i sposobie życia pozwala nam na relatywną niezależność; ** aby stawić dumnie czoła przeciwnościom losu, należy być uważnym i przenikliwym. Dzięki tej gimnastyce sądów osiągniecie moi przyjaciele zebrani w tym ogrodzie suwerenne dobro. Oto etyka dostosowania, natychmiast, w świecie, który nie jest niczym poza chaotycznym ruchem atomów!

Podczas gdy Epikur przejął fizykę Demokryta, Zenon oparł się na finalizmie fizycznym, tak jak jego poprzednicy cynicy, czyli psy, dlatego nauczał – jak kilka wieków później jeszcze jeden fałszerz, Ciceron, który wydając Epikura, napisał krótki wstęp, opierając się na tym, co przeczytał u Lukrecjusza, szkicując tezę, która „obowiązuje” do dzisiaj: Lukrecjusz był tylko miernym kontynuatorem Epikura: vivere secundum natura tzn. respektując prawa kosmosu. Praktycznie? Surowe życie: materialne i zmysłowe; styl pedagogiczny: brutalny aktorzyna, bicie i upokarzanie są najlepszymi środkami, dzięki którym uczeń szybko osiągnie sztukę obojętności oraz wytrwałości. Miejsce wykładów: Stoa (brama) znajdująca się w pobliżu Ogrodu, czyli konkurencji. Uczniowie: okoliczni, pełni resentymentu, nieszczęśliwi. Reklama? Niewiele się różniąca od reklamy Ogrodu, ludzie mogą posiąść władze nad sobą, podporządkowując się, wytrwale, swojemu rozumowaniu. Różnica: według Epikura mądrość polega na zachowaniu ostrożności wśród niebezpieczeństw własnych egzystencji, według Zenona duszę, element często chaotyczny, należy utrzymywać w drakońskim porządku, podczas życia na łonie natury, pełnej harmonii i przyjaznej człowiekowi. Uniwersalna Racja animuje i reguluje kosmos, chaos jest produktem naszej psychiki, gdy jej zdarza się zapomnieć o Uniwersalnej Racji, i pozwala sobie na przedstawiać realność nieracjonalnie. Nasze zmysły się nie mylą, to my mylnie odczytujemy dane, których nam dostarczają, wytężona praca nad przyswajaniem cnót prowadzi nas do nieomylnej lektury danych pochodzących od zmysłów. Po tej niezbędnej korekcji jesteśmy w stanie odczytywać kosmiczne prawa i stajemy się Obywatelem Świata – te ostatnie dyktują każdemu, niezależnie od pozycji społecznej, reguły kondwity zgodnej z prawami natury. Bardzo ogólnie, możemy zauważyć, że te dwie szkoły suwerennego dobra, niezależnie od różnić doktrynalnych – które w różnych formach spotykaliśmy we wszystkich epokach, i które prosperują również dzisiaj – nie biorą pod uwagę czegoś, co nazywamy tragedią; chcę powiedzieć, że ananke (konieczność) jest o tyle konieczna, co niekonieczna: to, co jest, nie może nie być, ale nikomu nie udało się jeszcze zrozumieć tej konieczności, ponieważ szybciej czy później natrafiamy na tykhe,czyli przypadek. Przedstawione powyżej Szkoły Etyczne – w których odnajdujemy program sprzedawany również dzisiaj – w formach bardziej cool lub New Age, potrzeba człowieka tego typu wiedzy, świadczą tylko o cierpieniu człowieka i świadomym, lub nie, poszukiwaniem porządku w świecie, który może się kojarzyć ze wszystkim, z wyjątkiem tegoż właśnie porządku. Przedstawione powyżej Szkoły Etyczne proponują nam chwilowe, sztuczne oddychanie, co tłumaczy stan, w jakim znajdują się ich adepci. 

Sceptyzm jest „zabroniony” – patrz Sokrates – lub co najmniej społecznie „źle widziany” – co nie przeszkadza, że wszyscy są sceptykami; wiara, mimo konieczności zaangażowania i płynących stąd niedogodności życiowych, jest niezbędnym luksusem „dodatkowym”, co, gdybyśmy się temu przyjrzeli z bliska, nie jest obce temu, co Freud nazywał „komfortem patologii” – dlatego zainteresujemy się sceptykiem, de Montaigne’em (czasy m.in. wojny katolików z protestantami, np. Noc Świętego Bartłomieja: 3500 ofiar śmiertelnych). Porządek jest tylko sztuczny, więc zawód: burmistrz. Natura? Pierwszy zwyczaj. Religia? Jesteśmy chrześcijanami, tak jak jesteśmy żyrondystami. Jak człowiek żyje? Nous vivons par hazard. Etyka? Mamy tylko mądrość naszych organów. Konieczność tworzenia etyki? Po co tworzyć te wzgórza filozofii, na których żaden człowiek nie może zasiąść, i te reguły przekraczające nasze potrzeby i nasze siły? Często obserwuję, jak proponują nam idee życia, których ani proponujący, ani słuchacz nie może łudzić się nadzieją, że kiedyś będzie okazja je zastosować, ani, w dodatku, ochota. Reklama? Jak już trzeba, niech będzie reklama, ale w stylu Dantego; wy, którzy tu wchodzicie, porzućcie wszelką nadzieję: Je n’y ai eu nulle considération de ton service. Dlaczego? Que sais-je? Takiego, aby komuś coś radzić. Mój sposób życia? Vivre à propos. To najlepsze, co może zrobić człowiek, czyli: sędzia bez praw, figlarny farsiarz. Kilka fars znajdujemy u J.J. Rousseau – drugiego, obok Kanta, głównego moralisty pre-modern – jak np.: l’homme est perfectible. Na tym dowcipie opierają się wszelkie teorie etyczne; również u naszych, pełnych dobrej wiary, współczesnych etycznych straganiarzy, którzy proponują techniki pozwalające uczynić człowieka bardziej ludzkim. I tu zaczynają się poważne problemy. Żyjemy na powiatowej, jednej z licznych, planet – i od dwudziestu lat na powiatowym kontynencie – jesteśmy etapem (czy ostatnim?) tzw. ewolucji; rządzi nami niedostępna naszym rozważaniom siła, tzw. id, więc od czego zaczynać to perfekcjonowanie? Oczekując na pomyślne rezultaty prób uczynienia prosiaka mniej lub bardziej świńskim, krowy mniej lub bardziej wołowej, na tematy prób etycznych uczynienia człowieka bardziej ludzkim, nie zabieram głosu. Jeśli chodzi o Schifftera, zadawala on się hipotezą: jeśli ideał ludzki, etycznie poprawny, mógłby istnieć, nie byłby ani „bardziej ludzki”, ani nawet „nad-ludzki”, ale nie-ludzki.

© 2009 Jarosław Sujczyński

verte.art.pl > Myśl > Eseje > Frédéric, notre ami

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski