Będę teraz nawoływać do wkluczania kobiet do języka, więc jeśli ktoś powie: ale to już było, to ja mu ładnie odśpiewam: ale będzie więcej – bo to jest autentyczny problem, z którym im więcej będziemy się otrzaskiwać, tym lepiej, i tak aż do skutku! Ba. Ale najpierw cytacik z Agnieszki Graff:
Języka się nie ocenia, język po prostu jest. I również „po prostu” wyłania się z niego ostro spolaryzowany świat, który uznajemy za naturalny i nieunikniony. Nazywanie tego świata produktem ideologii może się wydawać przesadą, lecz na tym właśnie polega siła ideologii, że jej przekaz wydaje nam się oczywisty, naturalny, jedyny możliwy1.
Ludwig Wittgenstein wygłosił niegdyś słynne stwierdzenie, że: granice mojego języka są granicami mojego świata, powodując tym samym zwrot lingwistyczny w filozofii i generalnie – w myśleniu o, jakże istotnej, roli języka w życiu człowieka. To strukturalistyczne podejście do kwestii leksyki zdaje się być nadal prawomocne, czego dowodem jest u nas następująca społeczna patologia – patologia polegająca na wyparciu kobiety z: prawa, życia politycznego i w ogóle – z całego pola świadomości społecznej (nie przesadzam, pani Doroto Arciszewska-Mielewczyk2 ), a zasadzająca się przede wszystkim na patologii leksykalnej, jaką jest wyparcie kobiety (czyli żeńskiego rodzajnika) z, powszechnie używanego, języka polskiego. Bo nawiązując do słów Wittgensteina: jeśli w granicach naszego języka nie ma dziś miejsca na kobiety – analogicznie nie ma na nie miejsca także w naszym świecie, w sferze publicznej, w życiu politycznym i społecznym.
Dlaczego posiadając w języku polskim rodzajniki osobowe, nie korzystamy z tego luksusu, pośrednio – na poziomie już samego języka – dążąc jednocześnie do UE-postępowego wyrównywania praw i szans? Dlaczego Katarzyna Iksińska musi byś koniecznie „dyrektorem teatru”, a nie jego dyrektorką? Dlaczego Jolanta Igrekowa musi być „koordynatorem klubu”, a nie jego koordynatorką (sama niedawno niemalże zemdlałam, dowiadując się, iż jestem „koordynatorem” – jakby pod moją nieuwagę nagle zmieniono mi płeć), a Magdalena Zet – „rzecznikiem prasowym”, zamiast rzeczniczką prasową? Niestety, nie wszystkie funkcje / zawody / profesje / etc. mają w języku polskim rodzajnik żeński. Na przykład: prezydent albo minister. No właśnie, dlaczego oficjalnie nie stosujemy form „prezydentka” czy „ministerka”? Czy oznacza to, że kobieta z założenia nie może pełnić tych zaszczytnych funkcji? Dla mnie odpowiedź jest jasna – oczywiście może – ale nie zmienia to faktu, iż takie symboliczne, w sferze języka, pozbawianie kobiet roli prezydentek czy magisterek stanowi preludium do faktycznej dyskwalifikacji ich w wyborach prezydenckich i parlamentarnych „w realu”. To gra czysto polityczna! Symptomatyczne, że funkcje / zawody / profesje słabo opłaca(l)ne, stojące niżej w hierarchii, posiadają rodzaj żeński. Ba, czasem mamy tu wręcz do czynienia z sytuacją odwrotną: te zawody często nie mają rodzaju męskiego! Dajmy na to, taka przedszkolanka.
Jest (…) sfera działań, gdzie aż roi się od żeńskich końcówek i nikt nie ma wątpliwości, że kobiety są „na swoim miejscu”. Chodzi o zawody wymagające opiekuńczości, cierpliwości i ciężkiej pracy… oraz zgody na niskie zarobki, niewielki prestiż, brak perspektyw. Mamy więc sekretarki, nauczycielki, sprzątaczki, niańki, przedszkolanki, pielęgniarki. Tu nie ma prawdziwej władzy, chociaż często jest olbrzymia odpowiedzialność. Nie ma też, o czym boleśnie przekonały się w ostatnich latach polskie pielęgniarki, prawdziwych pieniędzy. Są za to żeńskie końcówki3.
Tak czy inaczej, większość funkcji / zawodów / profesji bądź to „zawsze” miała żeński rodzaj, bądź „już” go ma, więc, apeluję, stosujmy go, bowiem zmieniając język, zmienimy świat! Poszerzając granice naszego języka, poszerzymy też horyzont naszego myślenia! I nie bójmy się, że redaktorka naczelna brzmi mniej dumnie niż REDAKTOR NACZELNY. Dla mnie kobieta każąca wołać na siebie „naczelny” to jak redaktor naczelny podpisujący się: „Redaktor Naczelny” – dużymi literami – albo jak ktoś wieszający sobie na drzwiach do domu tabliczkę z „magistrem” przed imieniem i nazwiskiem – taki bufoński lans. Tu sytuacja z polskiego życia wzięta: w odpowiedzi, na list do redakcji „Gazety Wyborczej Szczecin” autorstwa Marty Marskiej-Błahy (adwokatka, współautorka książki „Gender w weekend”, przewodnicząca regionu zachodniopomorskiego Partii Kobiet, członkini grupy Kobiety dla Szczecina) dotyczący portretu Miss Polonii '88 Joanny Gapińskiej pióra Kingi Konieczny („GW Szczecin”, 15 czerwca), Paula Skalnicka-Kirpsza, zastępczyni redaktora naczelnego „GW Szczecin”, podpisała się… ZASTĘPCA REDAKTORA NACZELNEGO „GAZETY WYBORCZEJ” W SZCZECINIE. Dla mnie absolutnie niezrozumiałe.
Ufam, że uda się spełnić mój skromny postulat „językowego równouprawnienia”, na pohybel PiS-owskiej propagandzie, że prawdziwa Polka to matka Polka, a nie jakiś dyrektor, koordynator czy nawet rzecznik prasowy, a „feministyczny bełkot” to tylko aberracja, obcy twór, mącenie „naturalnego” porządku w narodzie, jakie nalazło do nas z Zachodu po akcesji Polski do „Eurosodomy”, czyli do Unii Europejskiej.
PS Właśnie rzuciłam okiem na „Wydarzenia” w Polsacie: jedna wypowiadająca się pani była podpisana: „kurator wystawy”, druga – „historyk sztuki”. Tracę siły, pomóżcie!
© 2009 Emilia Walczak
1 Agnieszka Graff, Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2005, s. 43.
2 Nawiązanie do niedawnej polemiki na żywo w telewizji TVN 24 z udziałem wspomnianej pani oraz Dariusza Szweda, przewodniczącego Zielonych 2004, poświęconej kwestii parytetów w polskim Sejmie i Senacie, podczas której Dorota Arciszewska-Mielewczyk uparcie twierdziła, że są one niepotrzebne, bo przecież kobiety (PiS-u) tak świetnie sobie radzą…
3 Agnieszka Graff, op. cit., s. 36. Podkreślenie moje.
verte.art.pl > Myśl > Eseje > Gender mainstreaming, głupcze / głupia!
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski