> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№59 maj 2009

Dlaczego rechoczę, gdy słyszę głupoty ekologów Jarosław Sujczyński

Bóg umarł, ale pozostawił nam w spadku swoje dzieło, hipotetyczna siła nadprzyrodzona mogła istnieć tylko i wyłącznie, gdy istniała natura (przyroda). To ostatnie słowo jest „humanizacją” otaczającego nas świata, jest ekspresją marzenia „bycia u siebie w domu”, bycia przy matce. Tej „humanizacji”, czysto werbalnej, dokonaliśmy, gdy tłumaczyliśmy grecki fizis (φύσίς) na język łaciński, wiecznie obcy człowiekowi fizis stał się czymś, co rodzi się tak on, nasci – rodzić, skąd natura, matka natura, co polska przyroda oddaje doskonale. Na zakończenie tego krótkiego wstępu przypomnę, że lamenty ekologów są echem lamentów Pliniusza Starszego, według jego hipotezy, opartej na „niepodważalnych wynikach obiektywnych badań”, świat może istnieć jeszcze tylko siedem dni (!), a jak wiadomo, Pliniusz Starszy żył dwa tysiące lat temu. Jęki ekologów nie są więc nowe, słyszeliśmy je bardzo często, za każdym razem, gdy „rozlatywał się” porządek społeczny. Ekologia służy do zapychania dziury między starym porządkiem społecznym, który zanika, a nowym, który powoli się tworzy. Czasy, w których żyjemy, są jednak dość szczególne, marksizm i niezależnie od niego nadzieja, pochodzenia Heglowskiego, na pewny, oczywisty i linearny rozwój ekonomi „prysnęły”, ale zostały zastąpione – to nie jest również nowe – przez wszelkiej maści i opierzenia teizmy oraz ekologie. Dla pierwszych jest demiurg, dla drugich porządek, w jakim powinna się obracać wprowadzona przez niego w ruch zabawka. (Historia jest śmieszna, większość dzisiejszych ekologów europejskich to byli marksiści lub wręcz trockiści, którzy jeszcze wczoraj walczyli o przyspieszenie konieczności historycznej, a dzisiaj o szacunek dla konieczności naturalnej, o zatrzymanie czasu). Pierwszym, historycznie, ekologiem był brudas, cham oraz onanista Diogenes, głównym przedmiotem jego ataków był pieniądz – dzięki któremu człowiek stał się wolny w wyborze nabywania dóbr. Ten abstrakcyjny pieniądz, którego wprowadzenie przyczyniło się do niespotykanego dotąd rozwoju handlu, do szybkiej poprawy, w porównaniu do niedawnej wymiany bezpośredniej, warunków życia ludzi, do rozwoju społecznej organizacji, był dla słynnego onanisty złem absolutnym. Inny świat jest możliwy! – wołają ekolodzy, i mają rację, zawsze możemy spać w beczce, a we dnie szukać „naturalnych” ludzi z ogarkiem w dłoni. Pozostaje tylko jeden problem: nikomu nie udało się jeszcze zdefiniować słowa „natura”. A u tych, którzy przez to słowo rozumieją to, co dzieje się bez udziału człowieka, psychoanalityk bez trudu odkryje, pod naukowym dyskursem, nienawiść do człowieka i do samego siebie. Nienawiść do człowieka, który tworzy, i do samego siebie bojącego się „niezdeterminowanego”. Krótko mówiąc, marzenie o świecie „naturalnym” według Freuda jest lękiem dziecka, które zgubiło rękę prowadzącego go ojca. Ale, jak zauważył (nawet!) Czesław Miłosz: dobra natura i zły człowiek / to romantyczny wynalazek.

© 2009 Jarosław Sujczyński

Tę fotografię zrobiłem kilka dni temu, gdy spacerowałem po terenach (50 km od Paryża), po których, dawno temu, również spacerowała przednia morena lodowca. Po powrocie do domu pokazałem ją Voltaire’owi, który bardzo na jej widok się ucieszył i z wielką dumą przeczytał mi swój szkic hasła „natura”, który właśnie przygotowywał do słynnej Encyklopedii:

Filozof: Jesteśmy bardzo ciekawi. Chciałbym wiedzieć, w jaki sposób, będąca tak nieokrzesana w twoich górach, pustyniach, morzach, możesz być taka przemyślna w twoich zwierzętach i roślinach.

Natura: Moje biedne dziecko, czy chcesz, abym powiedziała ci prawdę? Nadano mi imię, które do mnie nie pasuje: nazwano mnie naturą, a ja cała jestem sztuką.

Filozof: To słowo rujnuje moje idee. Co?! Natura jest tylko sztuką?

Natura: Tak, bez najmniejszej wątpliwości! Czy nie wiesz, że w morzach, w górach, które wydają ci tak nieokrzesane, jest wielka sztuka? Czy nie wiesz, że te wszystkie wody spływające do centrum ziemi i wznoszące się tylko dzięki stałym prawom; że te góry zwieńczające ziemię są ogromnym zbiornikiem wiecznych śniegów, produkujące nieustannie te fontanny, te jeziora, te rzeki, bez których mój zwierzęcy gatunek oraz gatunek roślinny by umarł? A jeśli chodzi o to, co nazywamy moimi królestwami zwierzęcymi, roślinnymi, mineralnymi, ty dostrzegasz tylko te trzy, a ja ci mówię, że mam ich miliony. Ale gdybyś rozważył tylko formacje owada, kłosa zboża, złota, i miedzi, wszędzie odkryjesz cudowną sztukę. (Dictionnaire philosophique).

Przy okazji i na zakończenie zauważymy, że Voltaire w cytowanym fragmencie powtarza po swojemu myśl filozofa, od którego zaczęła się filozofia europejska: Nie istnieje natura żadnej rzeczy (...) tylko mieszanki i rozkład tych mieszanek, które ludzie nazwali naturą (Empedokles fr. 8). Nie istnieje natura – pisze Empodokles. Wszędzie dostrzeżesz jej zaprzeczenie, czyli sztukę (sztuczność) – dorzuca Voltaire. Jedyny problem polega na tym, że tekst napisany był po grecku, więc w oryginale, co absolutnie nie zmienia sensu, natura nazywa się: φύσίς. I w tym podziale realności na naturę i fisis odnajdujemy wieczny podział, niezależnie od nazw, jakie przyjmował: realność sensylibijna / realność idealna, ziemia/niebo, przypadek/konieczność, itd. Możemy nawet do tego podziału dorzucić podział na czyny świadome i nieświadome, który jest również złudzeniem, aktywność człowieka, co wykazał bezbłędnie Freud, poprzedza neutralne „to”, do którego świadomość, niestety, dostępu nie ma (z czym się zgadza – znowu: nawet! – psioczący przez całe życie na psychoanalizę Miłosz: Niektórym wydaje, / że to oni sami postanawiają, spełniają. / Ten przynajmniej wie, / że był igraszką sił / chichoczących, nurkujących w powietrzu, / i tylko dziwi się, / że tak mu wypadło). Wspomniany Freud poświęcił jedną ze swoich książek marzeniu o powrocie do świata antyspołecznego, świata natury, świata, w którym agresywny instynkt człowieka nie jest hamowany przez żadne prawa, nie jest społecznie sublimowany (kompetycje sportowe, naukowe, walka polityczna). Na hipotetycznej realizacji tego marzenia, według Freuda, wszystko tracimy i nic nie zyskujemy. W innej książce ten wielki człowiek bronił czegoś, co możemy nazwać marksizmem, ale marksizmem Groucho Marksa. Ja się z nim zgadzam i uważam takie podejście do życia za jedyne poważne i jedyne rozsądne.

© 2009 Jarosław Sujczyński

verte.art.pl > Myśl > Eseje > Dlaczego rechoczę, gdy słyszę głupoty ekologów

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski