Sam sobie życzenia na dwusetny tekst składając, nad sensem i konsekwencjami zaangażowania politycznego niektórych ludzi, i odniesieniem tego do spraw dawniejszych, rozważania czynię.
„verte” właśnie przeszło kolejną datę, której oczekiwałem z utęsknieniem, kiedy pisałem: „Histeria, miłość i «verte»” — strzelił, z tym tekstem, który właśnie czytacie, dwusetny tytuł opublikowany w naszej przestrzeni. I radość to dla mnie ogromna!
Na tekst setny przyszło nam od założenia pisma czekać miesięcy osiemnaście. Na kolejną setkę już tylko czternaście. A zatem możemy chyba mówić o jakimś rozwoju.
Rzeczywistość płata nam figle. Kiedy wstępowaliśmy do Unii Europejskiej, myślałem, że nawet jeśli to nie jest decyzja rewolucyjna, to może chociaż utemperuje zapędy niektórych panów w rękach swych, bywa, ster władzy trzymających. Liczyłem na cywilizowanie dyskursu publicznego. Liczyłem na warunki rozwoju świadomości demokratycznej. Przeliczyłem się?
Jesteśmy krótko, ku mojej radości, po wygranej wstępnej batalii o nie niszczenie kawałka tego, co, w sposób bezwątpliwy, winno trwać w stanie, w jakim jest obecnie. Autostrada chwilowo, jak liczę, nad Rospudą swych cywilizowanych skrzydeł nie rozwinie. Mam nadzieję, zresztą, że nigdy tak się nie stanie.
W cieniu tej batalii, Mistrzostwa Świata Adama Małysza oraz podwójnego Mistrzostwa Europy Lidki Chojeckiej, staliśmy się świadkami powołania Ordynariusza Archidiecezji Warszawskiej. I to wydarzenie, a raczej jego szeroki kontekst, a także konsekwencje zeń wypływające, są tematem frapującym mnie coraz bardziej.
Gdybyśmy jednym zdaniem chcieli opisać proces powoływania na stolicę archidiecezjalną, tak aby wydobyć istotny powód będący przeszkodą, bądź brakiem przeszkody do powołania, powiemy tak: warunkiem koniecznym powołania jest fakt współpracy / braku współpracy ze służbami bezpieczeństwa PRL. Innymi słowy, ujmując rzecz skrajnie konsekwentnie, należałoby uznać, że do struktury powołania (mówię tutaj o fakcie boskiego przeznaczenia konkretnego życia ludzkiego — bodaj tak można zaprezentować semantyczny odpowiednik teologii powołania) przynależy odpowiedź na pytanie o współpracę ze ślużbami bezpieczeństwa. Zapewne, biorąc pod uwagę aczasowość (w innej nomenklaturze: wieczność) powołania, nie jest istotne, czy są to ślużby bezpieczeństwa PRL, czy III, bądź IV, czy też jeszcze innej RP. Zastanawia w tym kontekście, czy fakt współpracy, w II RP, ze służbami Marszałka i Jego Kasztanki też byłoby przeszkodą.
Nie miejsce tu i czas, by temat powołania ciągnąć dalej. Rzecz wyraźnie jest w czym innym. Otóż sama dyskusja, jaka odbyła się wokół postaci Wielgusa (byłego Metropolity Warszawskiego), wpisać się winna (a szkoda, że się nie wpisuje) w szeroki kontekst współpracy ludzi „kultury wysokiej” z władzą totalizującą.
Dzieje europejskiej kultury (cywilizacji?) pokazują nam szereg postaci, które przechodząc do jej historii, zarazem zajęły niechlubne miejsce po prawicy tyranów i ich aparatów władzy. Przywołać tu chciałbym zaledwie dwie postaci: Martina Heideggera i Leni Rieffenstahl.
Pierwszy, wybitny filozof, prawdopodobnie przejdzie do historii jako jeden z kilku najważniejszych filozofów XX wieku. Zaś druga, wybitna reżyserka / dokumentalistka, przejdzie do historii jako jedna z najważniejszych dokumentalistek tegoż wieku — czyli filmu w ogóle. Oboje byli, ona dłużej znacznie, pod ogromnym wpływem Hitlera. Martin Heidegger, przez kilka miesięcy był Rektorem Uniwersytetu z ramienia NSDAP. Nigdy potem, a zrezygnował szybko, nie wytłmaczył się z własnej fascynacji. Dopiero w wywiadzie udzielonym krótko przed śmiercią, a opublikowanym na osobistą prośbę dopiero po jego śmierci, powiedział, że zrobił to, bo nie chciał oddać Uniwersytetu jakiemuś aparatczykowi faszystowskiemu. Leni Riefenstahl, genialna dokumentalistka Hitlera. Jej filmy „Olimpiada” i „Tryumf woli” przeszły do historii kina jako wzorzec warsztatu. Sama artystka nigdy nie powiedziała, iż żałuje współpracy — gdyby nie Hitler, pewnie nie byłoby najważniejszych dzieł Leni. Wniosek to niełatwy. Nie zamierzam usprawiedliwiać niemieckiego malarza pokojowego — chciałbym tylko wskazać, że historia czasem robi psikusa tym, którzy chcą ją widzieć czarno-białą.
Jest coś zniewalającego we władzy dla człowieka myśli. Zdolność działania, która charakteryzuje władzę, jest prawdopodobnie największą podnietą człowieka myśli — którego często szalone wprost wyprawy ducha, mają formę kawy w fotelu.
W tej przestrzeni hisotrii czarno-białej, która staje się naszym społeczno-administracyjnym udziałem w Polsce, potrzeba miejsc, gdzie historia traci swą moc dzielenia. Nie jest już cezurą na lepszych i gorszych, a staje się odcieniami szarości człowieczeństwa. I wizja ta nie jest pesymistyczna — iżby człowieczeństwo miało być szare. Szarość zawsze jest możliwością, a nawet koniecznym warunkiem koloru. Dopełnienie opowieści do koloru jest zadaniem, które chce sobie stawiać „verte” w czasie marnym: rozliczeń, teczek, nieufności. Być takim medium krytyki transcendentalnej… Krytyka zawsze wywraca do góry nogami oba obozy: krytykowany i krytykujący. A wspólne leżenie na ziemi zbliża jak nic innego. Być może dlatego na plaży i cmentarzu, w zasadzie, nikt się nie kłóci.
© 2007 Karol Zamojski
verte.art.pl > Myśl > Felietony > Heidegger, biskup i „Tryumf woli”
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski