Homoseksualizm to choroba. Zboczenie, które niczym rak dławi tkankę rodziny – podstawowego budulca zdrowego narodu. Obcowanie z osobą tej samej płci jest nie tylko nienormalne, ale również niemoralne, gdyż niezgodne z prawem naturalnym. Jako stworzeni na obraz i podobieństwo samolubnego Boga wystrzegać musimy się wszystkiego, co w jego oczach jawi się jako grzech. Nie będziesz obcował z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą. To jest obrzydliwość!1 Ktokolwiek obcuje cieleśnie z mężczyzną, tak jak się obcuje z kobietą, popełnia obrzydliwość. Obaj będą ukarani śmiercią, sami tę śmierć na siebie ściągnęli2.
Brzmi znajomo? Obrzydliwie znajomo, chciałoby się rzec. Niestety prezentowana powyżej retoryka jest w Polsce czymś niemalże codziennym. Językowo naturalnym w swej perwersyjnej nachalności. Pozostaje to niezmiernie przykre, że w samym sercu Europy „być normalnym” oznacza być zawistnikiem ziejącym nienawiścią do wszystkiego co inne, barwne, nienormatywne. Przestrzeń debaty – niekoniecznie publicznej – jest do cna przesiąknięta homofobią. Spróchniali obrońcy dobra moralnego, okopawszy się w zgniłych kryptach swych doktryn, co rusz nawołują do zmowy milczenia wokół egzystencji ludzi o innej niż „jedyna słuszna” orientacji seksualnej. Co więcej, na podobieństwo zwierząt, z którymi spowinowacenia tak się wyrzekają, stają się tym bardziej agresywni, im mocniej tęczowy sztandar przyciska ich do muru.
Heraklit powiadał, że wszystko płynie. Przyznajmy mu rację, a niebawem spostrzeżemy, że dzieje się tak nawet w wypadku homofobii. O ile jeszcze niedawno chciano gejów linczować, o tyle dziś część obrońców moralności jest w stanie okazać „dewiantom” łaskę. Często możemy bowiem usłyszeć, że: nie mam nic do homoseksualistów, jednak niech się nie afiszują ze swoją orientacją. Doprawdy, niesamowita to łaska. Wypływająca wprost z poruszonej losem bliźnich krynicy moralności. Przy odrobinie empatii bez problemu dostrzec można, jak bardzo krzywdząca jest taka logika. Miłość ma to do siebie, że przeważnie chciałoby się ją obwieścić całemu światu. Jakże krzywdzące jest sprowadzanie wszystkiego do seksualności, tylko po to, by potem szczelnie zamknąć ją za ścianą sypialni. Skoro seksualizm to dzikie zwierzę, dlaczego mielibyśmy uwięzić je w klatce? Osoby heteroseksualne takich problemów nie mają. Choć jeszcze wiek temu całowanie w miejscach publicznych było faux pas, dziś jest na porządku dziennym. Nie dla wszystkich, niestety.
Jednym z elementów „afiszowania” orientacji nienormatywnej są wszelkiego rodzaju marsze. W Polsce ogromnie demonizowane. Przedstawiane jako gorszące, ekshibicjonistyczne, wręcz wywrotowe. Dążące do dekonstrukcji zastałego społecznego ładu i konserwatywnej perspektywy. W środowiskach, które umownie nazwiemy prawicowymi, powstał wręcz swego rodzaju fetysz, przedstawiający parady równości jako manifestacje „zboczeńców z gołymi tyłkami”. Pomijając wymownym milczeniem fascynację homofobów męskimi pośladkami, można z politowaniem przyznać, że w sieci są dziesiątki fotorelacji z polskich parad i żadnego nagiego tyłka! Złośliwi (czy raczej głupi) powiadają, że heteroseksualiści nie odczuwają potrzeby manifestowania swojej orientacji. Pozostaje pytanie, czy pomijanie takich imprez jak karnawał w Rio wynika z ignorancji, czy celowego wypierania faktów przeczących przyjętej tezie.
Jest więcej klisz nt. osób homoseksualnych powielanych przez część prawicowych środowisk. Są one powszechnie znane, nie trzeba sięgać do opracowań socjologicznych, wystarczy prześledzić wypowiedzi na forach internetowych. (Przypomnijmy tu tylko o przekonaniach, że homoseksualiści żyją jedynie seksem, nie są zdolni do monogamii, chcą narzucić większości „styl życia” i mają upodobanie do pedofilii). Ciekawsza jest skłonność tych osób do pozbawionego rozsądku posługiwania się uproszczonymi rozwiązaniami, czasem wyręczania się teoriami spiskowymi. Weźmy np. podnoszony tu temat homoseksualizmu i rodziny. Nawet jeśli WHO wykreśliło z klasyfikacji chorób homoseksualizm, nawet jeśli Polskie Towarzystwo Seksuologiczne i większość naukowców potępiło ze wstydem uznawanie go za zaburzenie, to i tak wśród prawicowców znajdą się głosy twierdzące, iż jest to celowa odśrodkowa działalność lobbingu gejowskiego. Nieważne, że po świecie chodzi tylko od 2 do 15% osób o orientacji homoseksualnej, one i tak mają zgubny wpływ na kształt rodziny. I tu dochodzimy do sedna. Kształt jakiej rodziny? Oczywiście tej w rozumieniu tradycyjnym: rodziców płci męskiej i żeńskiej oraz dzieci połączonych więzami formalnymi, wypełniających funkcje ekonomiczne, socjalizacyjne i – co najważniejsze – emocjonalne. Tymczasem prorocy zapowiadający zmierzch tej instytucji nie chcą zauważyć, że kształt rodziny od dawna ulega przeobrażeniom strukturalnym i funkcjonalnym. Mimo że ten proces trwa od kilkudziesięciu lat i przybiera na sile, na razie nie widać końca rodziny. Ona będzie, bo człowiek zawsze będzie miał potrzebę związków emocjonalnych. Może niekoniecznie w kształcie tradycyjnego „rodzinizmu”, wynoszącego na ołtarze związki formalne, a najlepiej przypieczętowane rytuałem chrześcijańskiej religii.
Te przykłady nie są wyjątkami. Problem w tym, że przedstawiciele środowisk prawicowych dokonują fetyszyzacji wszelkich zjawisk – elementów niepasujących do puzzli ich światopoglądu. To niesamowite, ale niczym sprawne roboty interpretują rzeczywistość w systemie 0-1. Prostota postrzegania przez osoby wykształcone, często posiadające ogromny zasób wiedzy, nie zna granic: jesteś wspierającym wartości rodziny hetero albo niszczącym je homo; możesz wolno korzystać z dobrodziejstw społeczno-ekonomicznych małżeństwa albo skrzętnie ukrywaj swój związek w zakamarkach czterech ścian; masz prawo (a nawet obowiązek) płodzić i wychowywać dzieci albo całkowity tego zakaz; masz lub nie masz prawa ukazywania swojej seksualności; stoisz po słusznej lub wrogiej stronie barykady; i w końcu... jesteś dobrym lub złym człowiekiem. Przesada? Przypomnijcie sobie rozmowy z takimi fundamentalistami, pamiętacie ten podwyższony ton głosu, mentorskie pouczanie, grożenie palcem, wmawianiem poczucia winy? Pomijamy tu problem psychosocjologicznych warunków kształtowania się takich osobowości. Bardziej niepokoi nas agresywny i czasem nachalny styl wpajania swoich prawd całemu światu. Męczy nas ich bezrefleksyjne uzurpowanie sobie monopolu na prawdę. Wyczerpuje ich przekonanie o swojej słuszności. Irytuje ukrywane w fałszywej skromności poczucie wyższości. Na ten temat napisano już wiele. Odsuwamy jednak na bok teoretyczne dywagacje. Bo gwałcenia naszych suwerennych podmiotowości doświadczamy na co dzień.
I protestujemy.
© 2009 Joanna Rutkowska, Maciej Twardowski
verte.art.pl > Myśl > Felietony > Heteryckie veto
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski