Kto pisze historię? W szkole mówiono nam, że piszą ją ludzie odważni: ci, co dokonują wynalazków, głoszą nowe idee, wygrywają bitwy. Jest ich w każdym pokoleniu niewielu, ale to oni popychają świat do przodu. Gdzieś na drugim planie — też przecież obecni w historii — są ci, dużo liczniejsi, którym starczyło odwagi jedynie, aby przyłączyć się: poprzeć nowe idee, wynalazki, przemiany; o tych też historia pamięta. A co z tchórzami? Są w sytuacji nie do pozazdroszczenia. To straszliwy dyskomfort — pamiętać przez całe życie, że zabrakło nam odwagi, by dołączyć do manifestacji, podpisać protest, a choćby — nie klaskać na akademii. To udręka czerwienić się, ilekroć wnuki pytają o przeszłość. A za późno jest już, by nadrobić dawne tchórzostwo.
Czy rzeczywiście za późno? Ależ skąd! Jeśli dla tchórzy nie znalazło się miejsce w historii, tchórze mogą przecież napisać historię od nowa. To nie będzie znów takie łatwe, ale nie niemożliwe. Pamiętajmy, że w każdym pokoleniu tchórzy jest jednak więcej niż bohaterów. Tchórze mają też dość atrakcyjne przesłanie dla tych, co byli w neutralnym środku: w nich też przecież czasami odzywa się cień zawiści: dlaczego jakiś elektryk ma Nobla, kiedy przecież ja też wziąłem raz chorobowe i nie poszedłem na pochód…? (dziś łatwo się śmiać, ale były lata, kiedy był to akt rzeczywistej odwagi). Więc tchórze powiadają: nie miejcie kompleksów — i mogą liczyć na szerokie, życzliwe zainteresowanie. Po co nam bohaterowie? Żebyśmy przy nich widzieli, jak mało zrobiliśmy sami?
Byłbym ciekaw poznać bohaterską przeszłość panów: Kurtyki, Dudka czy dwóch pajaców, których nazwisk nie chce mi się wymieniać, bo i tak za często media robią im ten zaszczyt. Dziś każdy tchórz trawiony przez kompleks własnej małości może nazwać agentem na przykład profesora Miodka i w ten sposób zaistnieć w mediach. Skoro sam niczego nie dokonałem, spróbuję napluć na plecy komuś powszechnie szanowanemu i media będą mnie wymieniać od rana do wieczora.
Co zarzuca się Wałęsie? Olbrzymia większość społeczeństwa tego NIE WIE, więc manipulować jest strasznie łatwo. Większość już nie pamięta tamtych czasów. A ci, co pamiętają, w olbrzymiej większości nie mają pojęcia, jak naprawdę było. Bo i skąd? SB przesłuchiwała wówczas nie wszystkich, tylko tych nielicznych, którzy odważyli się robić coś niewygodnego dla władz. To ta topniejąca z roku na rok grupka wie, jak było naprawdę. Więc może warto nas o to spytać?
Piszący te słowa — szary działacz — w stanie wojennym i zaraz po nim przesiedział jednak dwukrotnie w komunistycznym kryminale. Za pierwszym razem prokurator żądał dla mnie pięciu lat (kierowanie nielegalną akcją protestacyjną). Przeszedłem sporo esbeckich przesłuchań i dziś chętnie opowiem, jak to było. Opowiem to na przykład Jarosławowi Kaczyńskiemu, którego jakoś po wprowadzeniu stanu wojennego komuna nie raczyła nawet internować, a kiedy 17 grudnia (w czwartym dniu stanu wojennego!) Kaczyński sam stawił się gorliwie na ubeckie przesłuchanie, to puszczono go po prostu do domu — taki był z niego groźny „opozycjonista”.
Tymczasem wówczas faktyczny opozycjonista przesłuchiwany przez SB miał prawo bać się. Miał w pamięci strzały 1970 roku i wiedział, że ta władza może nie mieć skrupułów. Wiedział, że SB może zniszczyć życie: odebrać pracę, wywalić z uczelni i nie dać szans na inne studia czy pracę, prześladować bliskich, rozpowszechnić wśród znajomych oszczercze pomówienia, spowodować śmiertelny „wypadek”. To było realne. Mogli wsadzić do więzienia na wiele lat (Michnik przesiedział bodajże osiem lat, a Niesiołowski — dziewięć; to była znana nam realność). Przesłuchiwana osoba była wobec tej groźby sama, a naprzeciwko siedzieli zawodowi specjaliści od łamania ludzi: manipulowania, zastraszania. W tej skrajnie nierównej sytuacji przesłuchiwany — niech usłyszą to młodzi „historycy” z IPN-u — MIAŁ PRAWO radzić sobie jak potrafił. Udawać twardziela lub — jeśli uznał to za skuteczniejsze — udawać pokornego, choćby podpisać cokolwiek i zwodzić potem esbecję bzdurnymi informacjami o tym, co dawali w stołówce na obiad. Miał prawo wybrać taką taktykę, a wybierał przecież na ślepo i pod olbrzymią presją.
Nie musieli dokonywać takich wyborów ludzie trzymający się z boku; nikt ich za to nie wini. Nie musieli, ale — mogli. W 1984 roku, kiedy drugi raz siedziałem w gdańskim areszcie śledczym na Kurkowej, 22 lipca ogłoszono amnestię. Procedura zwalniania amnestionowanych miała trwać jeszcze blisko miesiąc, ale moja żona — wówczas sama z piątką małych dzieci — przyszła jeszcze tego samego dnia w południe pod areszt i — jak mi potem opowiadał wystraszony klawisz — tłukąc pięścią w stalową bramę domagała się głośno natychmiastowego wypuszczenia mnie, wywołując niemal alarm. Strażnik, który wyszedł z nią rozmawiać, pomimo karabinu w rękach, był wyraźnie speszony i tłumaczył się, że od niego nic nie zależy. Takie niby tylko symboliczne akty odwagi bardzo podnosiły wówczas na duchu. A kto się na nie zdobyć nie umiał — jego strata, ale nikt go za to nie potępia.
Jednak inaczej muszą być oceniani ci, którzy tuszując własny brak odwagi próbują dziś wyznaczać ówczesnym opozycjonistom standardy moralne: należało niczego nie podpisywać. Nie jestem mściwy i nie chciałbym przekonać się, jak sami autorzy oszczerczej książki zachowaliby się na ubeckim przesłuchaniu i po ilu minutach podpisywaliby wszystko bez czytania. Taka wiedza nie jest mi potrzebna. Bo nie da się wywieść z niej oceny moralnej człowieka: jeden jest odporny na ból i strach, a inny nie, i ani to zasługa tego pierwszego, ani wina drugiego. Prawdziwej pogardy godni są tylko ci, który dziś swój prywatny wstyd za ówczesny brak odwagi próbują zagłuszyć dyskredytowaniem tych, co wówczas odwagę mieli. Ci powinni być skazani dziś na pogardliwe przemilczenie przez ludzi uczciwych. Pogarda będzie sprawiedliwą karą.
Już w latach 90. w wolnej Polsce prokuratura z Gdańska przysłała mi — podobnie jak zapewne wszystkim więźniom politycznym poprzedniej epoki — pismo o zatarciu kary, z łzawymi przeprosinami za doznane upokorzenia. Jagoda powiedziała wówczas: Ja się NIE CZUJĘ upokorzona. Za prześladowania — mogą przepraszać. Ale upokorzenia — NIE. Dopowiadam do tych słów dziś: upokorzeni niech czują się ówcześni tchórze — a tego upokorzenia nie zatrze żadne zakłamywanie historii.
© 2008 Wojciech Kłosowski
verte.art.pl > Myśl > Felietony > Historia pisana przez tchórzy
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski