Muszę obiektywnie przyznać, że przez ostatnie trzy lata byłem nieco tendencyjny, czepiając się ustawicznie prezydenta. Postanowiłem się więc zrehabilitować i nie pisać tym razem o Lechu Kaczyńskim.
Dla odmiany napiszę o Jarosławie.
Zacznę jednak od Przemysława. Przemysław Edgar Gosiewski miał ostatnio pecha. Najpierw sieć komórkowa nie nadążała z przesyłaniem jego wypowiedzi do Radia Maryja. Ledwo sprawa zdążyła ucichnąć, a wyszło na jaw, że Przemysław, który grzmiał na Ludwika Dorna za chęć płacenia niższych alimentów (pouczając: w życiu osobistym trzeba przestrzegać wartości chrześcijańskich), sam płaci jeszcze niższe.
Zrazu przypomniał mi się John Edwards, pierwszy do potępiania Billa Clintona za czasów afery rozporkowej, a ostatnio sam przyłapany na zdradzie. Tyle że w jego przypadku rozbieżność między słowem a czynem (czyli, tłumacząc z języka polityki na polski, hipokryzja) wystąpiła po siedmiu latach. Przemysław Edgar wykazał się w tej kwestii znacznie lepszym zsynchronizowaniem.
Można oczywiście przyjąć, że Przemysław jest albo skrajnie nierozgarnięty, albo skrajnie cyniczny, i w 2 przypadkach na 3 będzie się miało rację. Tym razem jednak zachowanie Edgara interpretuję jako przejaw skrajnej służalczości, tak dalece posuniętej, że nie wymagającej wypowiadania poleceń. Co Jarosław pomyśli, Przemysław robi. A że Jarosław nie lubi ostatnimi czasy Ludwika Dorna, Edgar w te pędy pospieszył wodzowi z pomocą, podpierając się swoimi ulubionymi wartościami, którymi po wykonaniu zadania wytarł sobie buzię.
O ile zachowanie Przemysława wytłumaczyć można dość łatwo, postępowanie jego przywódcy przez długi czas stanowiło dla mnie zagadkę. Zaczęło się od ogłoszonego w lipcu bojkotu TVN-u. Gdy po dwóch miesiącach wszyscy1 liczyli, że dla dobra partii zostanie on zniesiony, Jarosław oznajmił, że będzie trwał nadal. Na dokładkę wdał się on w wyjątkowo nieładny wewnątrzpartyjny spór, zaglądając pod kołdrę byłego trzeciego bliźniaka. Czyżby Jarosław postradał zmysły, że działa na własną niekorzyść? Skądże znowu, on po prostu jest sobą!
Kiedy Lech Wałęsa przestrzegał przed braćmi Kaczyńskimi, mówiło się: przesadza. Dzisiaj widzimy to na własne oczy: Jarosław ma naturę destruktora — burzenie, psucie i skłócanie jest znacznie bliższe jego sercu, niż budowanie, naprawianie i jednoczenie. Jego żywioł jest niepohamowany i nie uchroni się przed nim nawet jego własna partia, która — po utracie władzy — pozostaje głównym poletkiem jego niszczycielskich poczynań.
W studzeniu bojowych nastrojów Jarosława nie pomaga jego chorobliwa podejrzliwość. Główną zasadą, jaką zdaje się on bowiem kierować w życiu publicznym, jest domniemanie winy — każda osoba jest potencjalnym wrogiem, dopóki nie udowodni, że jest inaczej. Najbardziej trywialny gest może więc zostać przezeń odebrany jako przejaw złych intencji. Żeby nie popaść w niełaskę, posłowie PiS-u prześcigają się więc w dostarczaniu dowodów swej lojalności, podobnie jak ich wódz działając irracjonalnie i na oślep.2
Zagadkowy jest tym samym fakt tolerowania przez niego Zbigniewa Ziobry. Chorobliwie ambitny, z syndromem gwiazdy, wydaje się on być pierwszym do odstrzału (pamiętamy przecież, jak prędko — właśnie z ambicjonalnych pobudek — Jarosław pozbył się Radka Sikorskiego i Kazia Marcinkiewicza). Być może jednak o czymś nie wiemy. Może Zbigniew każdego ranka odnawia śluby wierności Jarosławowi, klękając przed nim i spoglądając mu w oczy?
Natura niszczyciela toczy w Jarosławie nieustanną walkę z naturą cynika. Jedynie on i jego koty wiedzą, ile wysiłku musi go kosztować wzorowe posłuszeństwo wobec Ojca Dyrektora, od którego uzależniony jest jego polityczny byt. Ojciec Dyktator pozostaje więc — o ironio — ostatnim gwarantem kontaktu Jarosława z rzeczywistością.
Wniosek z tego taki, że decydując się na karierę polityczą, Jarosław minął się z powołaniem. Jeśli jego żywiołem jest wojna, gdzież indziej będzie mu lepiej, jak nie na wojnie? On już i tak od trzech lat ją toczy: z układem, z Platformą, z TVN-em, z internautami… I może właśnie dlatego jego brat tak czynnie zaangażował się w konflikt gruziński — bo marzy się bliźniakom wielka wojna z Rosją, w której Jarosław byłby generałem? Być może nawet i nie najgorszym, pod warunkiem że armia pod jego wodzą nie wystrzelałaby się nawzajem.
© 2008 Tomasz Kojder
verte.art.pl > Myśl > Felietony > Jarosław jest z Marsa, a Ludwik z Wenus
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski