Tekst stanowi wstęp do „Wyznań pseudokabotyna”, które dostępne są na stronie autora vastug.pl.
Na samym początku moich wyznań zastanawiam się nad ich funkcją, czemu miałyby służyć? Każde moje wyznanie będzie szczerą apologetyką siebie samego przed samym sobą. Nie będzie bowiem umiał się bronić ten, kto nie obroni się wpierw przed własnymi obsesjami; to, czego pragniemy najbardziej, zazwyczaj czyni z nas tarczę, gdy już jesteśmy blisko celu. Resentyment bliźniego potrafi wszystko zniweczyć. Dlatego należy przeciwdziałać, aby dzieło naszego życia nie zostało zaprzepaszczone przez zwykłego głupca. Po pierwsze, zacząć od swoich słabości, obnażyć je i wypalić ze wstydu, tak aby kiedyś nie stały się naszym słabym punktem, w który z pewnością będzie chciał uderzyć wróg. A największym wrogiem jest zawsze ludzka głupota. Na przykład wyborcy, którzy nie głosują „za”, lecz „przeciw” z najzwyklejszej przekory. Po drugie, w dniu powszednim nadstawiać drugi policzek i ćwiczyć się w blamażu (podejmować ryzyko nawet za cenę publicznego ośmieszenia), tak że kiedy nadejdzie niedziela, nikt nie będzie śmiał nas tknąć. Geniusz świętości może zostać zbezczeszczony, ale nadal pozostaje świętością i każdy, prędzej czy później, przed nim się ugnie.
Prawdziwe wyznania, skoro mają być autentyczne, nie mogą być za długie, nie mogą być nużące. Wyznania muszą podążać za intuicją, która usypia rozsądek i wdraża w uczucie ekshibicjonistycznej świeżości. Podobnie jest z wyznawaniem miłości, w pewnym momencie trzeba przerwać uwodzicielski wywód i ująć obiekt pożądania czymś bardziej konkretnym od słów. Obiektem pożądania niniejszych wyznań jest moja własna boskość. Wszak Bóg uobecnia się w ludzkiej duszy. Z kim jest Bóg, ten wygrywa, nawet jeśli zostaje ukrzyżowany. Nie będę więc tworzył fikcyjnej postaci w celu uwypuklenia własnych ekspresji, tylko swobodnie pisał w pierwszej osobie. Także nieestetycznie byłoby w tego rodzaju sumiennym rozrachunku podpierać się cytatami ze światka naukowego, ponieważ nie jest to żadna dysertacja, lecz wyznania, czyli relacja z życia, a faktu mojego czy waszego życia nie trzeba uzasadniać, z góry bowiem wiadomo, że jest on prawdziwy (wynika to z zasady tożsamości).
Niemniej jednak jestem zobowiązany wskazać pewne źródła, nie mam bowiem zamiaru pretendować do absolutnej oryginalności. Dlaczego? Z jednej prostej przyczyny, nie jestem pierwszym geniuszem na tym świecie. Wprawdzie nie znam wielu takich źródeł, ale z pewnością mogę wskazać na teorię kapłana i błazna autorstwa Leszka Kołakowskiego, która odegrała kluczową rolę w powstawaniu teorii pseudokabotyna. Także na filozofię Paula Feyerabenda.
Wyznania te są następstwem pewnych zagadkowych sił oraz mistycznych zdarzeń, które mogą wydać się komuś nieprawdopodobne lub nieco naciągane. Jednak żaden cień waszych podejrzeń nie zaneguje ich ciągle żywego powabu, którym co dnia karmi się serce moje. Stwierdziłem już, że każde życie jest prawdziwe, pozostaje jednak pytanie, czy żyje się w prawdzie? Niniejszy manifest jest właśnie manifestacją prawdy.
Zastanawiam się, czy można podzielić to wszystko, co zamierzam wyrzucić z siebie, na rozdziały. Czyż można podzielić duszę i serce swoje? Można je po części obnażać, ale podzielić, jak mi się zdaje, mógłby tylko sam Bóg. Przyznam, że mam takie aspiracje, ale posłużą one czemuś zupełnie innemu. Będzie to zabieg uśmierzający mój brak zaspokojenia w dyscyplinie odtruwania zmysłów, emocji i ducha; trick powodujący wydzielanie wewnętrznej substancji obronnej, jak gdyby metafizycznej endorfiny, nastrajającej mój umysł na optymistyczną częstotliwość. Nazywam ją entuzjofiną.
Entuzjofina jest we mnie, kiedy mam czyste sumienie. Także wówczas, kiedy czuję, że mogę postawić wszystko na jedną kartę. Ale nie chodzi tu o fart czy samą wygraną. To głupi ma szczęście. Ja nie mam szczęścia, tylko pewność, że musi być tak, a nie inaczej. A więc chodzi o sam akt, wynikający z pewnej rzadkiej dyspozycji do tworzenia ze swojego życia dzieła sztuki. Jak to się robi? Za pomocą wyborów moralnych. Entuzjofina wytwarza się wtedy, kiedy jestem pewien, że dokonam właściwego wyboru. Wtedy wyodrębniam w sobie jakąś intencję, a jej treść idealnie odbija się w moich uczynkach. Chodzi więc o tak zwaną dobrą passę. Ale żeby być królem dobrej passy, nie można być Jonaszem. Czyli należy nie tylko poznać, ale także uwierzyć w swoje powołanie. Wiara czyni cuda. To głupie na pierwszy rzut oka, ale prawdziwe, gdy się temu dokładnie przyjrzeć.
Wobec tego nie będę niczego dzielił ani numerował, lecz pisał jednym ciągiem, nie ograniczając się do żadnej metodologii1, a jeśli pojawi się jakikolwiek wtręt rozdzielający nurt mojego wywodu, wtedy będzie to już koniec manifestu (czystej teorii), a początek ich przyczyn (sprawozdań z praktyki pseudokabotyna). Będą więc niniejsze wyznania podane w dwóch daniach. Najpierw jako sacrum, następnie przejdziemy do profanum.
Niepodobna również obejść się w tego rodzaju pracy bez tak zwanych akapitów, ponieważ dadzą mi one, dzięki swej niedostrzegalnej — gdyby nie zdania — funkcji, sposobność eliminowania supłów na pozyskiwanych zwojach myśli. Jak każdy człowiek mam wgląd w całokształt swoich przemyśleń, jednak żeby go odtworzyć, należy m.in. w miarę poprawnie budować zdania w wybranym języku, co też staram się czynić. Dobrze, zatem mogę zaczynać.
Słowo „kabotyn” pochodzi od francuskiego słowa cabotin, co kiedyś oznaczało kiepskiego aktora wędrownego. Dziś za kabotyna uważa się osobę, która pozuje. Kabotyn zgrywa się, udaje kogoś innego, ale to nie wszystko. Ponowoczesny kabotyn, o którym mowa, to postać „wzbogacona” jeszcze o co najmniej dwa „izmy”. Chodzi o epigonizm i snobizm. Słowo „epigon” pochodzi od greckiego słowa epígonos, czyli „potomek”, dziś powiemy: „naśladowca”, „kiepski następca koryfeuszy, którzy musieli odejść”. Natomiast snobem nazywa się osobę bezkrytycznie naśladującą modne zachowania lub poglądy ludzi, do których chciałaby się upodobnić. Ponadto snob lubi się popisywać wiedzą tudzież renomowaną marką nabytego produktu albo swoim niekoniecznie świadomym dyletantyzmem w dziedzinie sztuki. Toteż i jest tylko dyletantem, pożałowania godnym sympatykiem kiczu — wartości konwencjonalnych i stereotypowych. Kabotynem może być na przykład konsument, który posiadł dany produkt, gdyż reklama nadała mu jakąś pseudowartość, następnie uczynił on z niej składnik swojego życia, przynajmniej na jakiś czas. To postmodernistyczny mutant, złożony z marnego aktora, epigona i snoba; ignorant, który usiłuje pierwszy użyć modnego powiedzonka, skwapliwie imituje to, co zasłyszał, podpatrzył i przyswoił. Rozejrzyjcie się. Kabotyn to ten ostentacyjny gość, z którym normalny człowiek nie ma ochoty rozmawiać, ponieważ kabotyn zazwyczaj chce rozmawiać ze wszystkimi. Co więcej, stara się skierować tok rozmowy na tematy, w których już się wyćwiczył, zdecydowanie preferuje mówić niż słuchać, ponieważ jest płytkim egoistą.
Ciekawostką może być jednak, że każdy kabotyn, nawet ten najbardziej beznadziejny, posiada coś cennego, mimo że jest to esencją jego prostactwa, ponieważ obnosi się z tym bez cienia cnoty. Coś, czego ja nie stosuję na pokaz, a jedynie wtedy, gdy rozpoznaję ślady swego powołania, pozostawione przez intuicyjny rekonesans, który dokonuje się samoistnie za każdym razem, kiedy przefiltrowany potencjał pozerstwa garnie się we mnie do erupcji. Chodzi o tak zwany rezon, czyli pewność siebie.
Pierwszy raz spotkałem się z określeniem „kabotyn”, czytając książkę J. D. Salingera pod tytułem „Buszujący w zbożu” i od tamtej pory zacząłem zwracać na nich uwagę. Świat był zawsze pełen kabotynów, ale nigdy tak nasycony kabotynizmem, jak dziś. Wystarczy włączyć telewizor i już roi się od tych żałosnych komediantów. Występują w reklamach i tendencyjnych telenowelach oraz lansują się w komercyjnych reality show czy też talk show. Istnieje swego rodzaju niepisany popyt na kabotynizm. Im bardziej jakiś program lub teleturniej nasączony jest pozerstwem, tym większą ma oglądalność: „Idol”, „Big Brother”, „Jestem jaki jestem”, „You Can Dance”, „Supertalent”, „Mam Talent" etc. Aktorzy nie zgrywają się przed kamerą, to kabotyni nieudolnie zaczynają udawać aktorów. Na przykład wszystkie pseudogwiazdy pokroju Wiśniewskiego albo uczestnicy ww. programów, występujący w reklamach lub filmach typu „Gulczas, a jak myślisz?”. Kabotyni są wtórnym produktem show-biznesu. Wiśniewski, Mandaryna, Frytka, Rutowicz, Koczy, Ibisz, Szwedes, Kupicha, Piróg, Kammel, Jakimowicz-Kriegl – to tylko wierzchołek góry lodowej. Ale to nic, o wiele gorsze jest to, że czasem też wielkie indywidualności najzwyczajniej „kabotynieją”, jak Piasek, Gawliński, Chylińska, Pazura! Dalej, zdarza się, że wybrani przez społeczeństwo kabotyni zasiadają w parlamencie i ośmieszają siebie i swoich „kolegów” z ławki. Chociażby Ziobro, Misztal, Beger, Lepper, Wierzejski, Gosiewski. Kabotyni przemawiają także do ludzi z ambony i mówią im, co kabotyńsko dobre, a co kabotyńsko złe – jak Rydzyk czy Jankowski. W zasadzie większość księży jest kabotynami (snobami). Nie naśladują przecież ubogiego Jezusa (cieślę, który ciężko pracował, aby utrzymać rodzinę), tylko Jezusa królewicza, odzianego w bogate szaty i zasiadającego po prawicy Boga Ojca. Schodząc na niziny, wystarczy pójść do jakiegokolwiek multipleksu, do nowoczesnego centrum handlowego lub na dyskotekę, wystarczy pójść gdziekolwiek — kabotyni są wszędzie!
Dawniej było inaczej, ponieważ nie było takiego szybkiego transferu informacji, nie było mediów i internetu. Teraz każdy pragnie dopasować się do przeobrażającego się z dnia na dzień — propagującego kicz na wszelkie możliwe sposoby — ponowoczesnego świata. Każdy obsesyjnie próbuje dostosować się do modnych schematów i trendów, do przereklamowanego stylu bycia oryginalnym. Każdy chce oryginalnie się ubierać, więc wszyscy wyglądają tak samo; każdy chce pokazać, że ma oryginalny sposób myślenia, więc wszyscy myślą podobnie.
Zadajecie sobie pytanie, co jest grane? Jeśli tak, to bardzo dobrze. Jeśli nie, to jeszcze lepiej, bo zaraz się dowiecie. Otóż kabotynizm jest siłą wyobcowaną, a dokładnie SUPER-IDOL, którego wymyśliliśmy, aby podpowiadał nam, poprzez reklamę, co jest na topie. Stworzyliśmy medialny wizerunek SI (w czasopismach, mediach, portalach internetowych), którym chcemy się stać. Właściwie zawód zwykłego idola — którego coraz częściej można spotkać na ulicy, dostać autograf, dotknąć, okraść, pobić — przechodzi powoli do lamusa. Teraz opiniotwórcza jest podobizna onlymana, która zaczęła żyć własnym życiem. W reklamie umieściliśmy wyidealizowany obraz siebie i mimo że nie jest on Bogiem, twór ten wydaje się nam boski. Już mało kto chce stać się bogiem, mało kto chce pójść w ślady Jezusa. Za to każdy chce być bogaty, przystojny, wiecznie młody, przebojowy, wolny od, dowcipny, etc. Każdy chce być Super-Idolem, bo SI jest oryginalny we wszystkim, co mówi i robi, jest metroseksualny w pozytywnym znaczeniu tego słowa, ale potrafi też wziąć spektakularny ślub w kościele albo przyznać się, że jest z pokolenia JP2, ponieważ do pakietu polskiego SI wchodzi także opcja bycia zależnym duchowo katolikiem (rokuję, że utrzyma się ona w naszym kraju jeszcze dość długo).
Wylansowaliśmy sobie takiego złotego-sexy-cielca do tego stopnia, że uniezależnił się on od swoich twórców i reklamożerców. W pewnym momencie zaczął on funkcjonować wbrew naszym intencjom, które towarzyszyły procesowi kształtowania się jego wizerunku w (pop)kulturze. Ostatecznie ten wyimaginowany Super-Idol podporządkował sobie swego pomysłodawcę. Zaczął nami sterować. Dzieje się tak, ponieważ jego twórcom chodziło o to, by sprzedać jakiś towar konsumentom, ale ci nie chcą już kupować towaru, tylko lepszą wersję siebie, inne życie, nowy image. Nie rozpoznajemy w tym pędzie zakupów i modyfikacjach stylu swojego prawdziwego Ja, lecz chcemy wierzyć, że tak jest. Narasta frustracja i gorączka zakupów, machina napędza się, trzeba zmienić telefon komórkowy na ten, który ma więcej funkcji, kupić lepszy samochód, założyć modniejszą sukienkę, w końcu — powiększyć sobie biust, penisa, odessać tłuszcz, a na koniec zmienić partnera na takiego, który będzie mógł te potrzeby zaspokoić. Już nie tylko kobieta szuka dzianego faceta, wszyscy szukamy niezależnego finansowo konsumenta, który pomoże nam zgromadzić więcej skarbów na Ziemi. Musimy mieć supersamochód, bo SI nim jeździ. Twoją nową dziewczyną będzie gorąca blondynka z długimi nogami, jeśli podjedziesz na dyskotekę ścigaczem albo BMW; gdy podjedziesz cinquecento, poderwiesz co najwyżej jakąś grubaskę. A respekt u blokersów będzie tym większy, im lepszą furą zaparkujesz na swoim osiedlu. Musimy nosić modną odzież, bo SI tak się ubiera. Wyglądając jak idol z reklamy, czujesz się pewniej, sprawiasz wrażenie niezależnego finansowo, a to jest teraz trendy, jazzy, funky… Musimy „skręcać” niezłą „bajerkę”, bo SI rzuca niezłymi tekstami. To chyba truizm, zazwyczaj gdy podchodzimy do osoby, którą chcemy poderwać, wykorzystujemy jakiś sprawdzony tekst z filmu, reklamy albo własnego-cudzego doświadczenia. Wniosek jest jeden: konsumpcjonizm jest prawdą zmistyfikowaną, nie wzrosła liczba klientów, tylko kabotynów.
Gdzie podziały się ludzka inteligencja i mądrość? Nie ma ich, zaczęły służyć kabotynotwórczemu ideałowi, który stworzyliśmy (chyba nawet nie w pełni świadomie) i który przejął nad nami kontrolę (tego też nie jesteśmy świadomi, albo raczej nie chcemy sobie uświadomić). Dziś prawie każdy jest pozerem, a jeśli nim nie jest, to chciałby nim być. Ludzie mają obsesję na punkcie posiadania, a kabotyn sprawia wrażenie kogoś, kto dużo ma, aczkolwiek mało może. Wszyscy, którzy oddają się, jak „łatwa laska”, swoim Super-Idolom, są kabotynami. Człowiek masowy, pseudogwiazdy, prezenterzy telewizyjni, politycy, a nawet księża. Ale kabotynizm to przede wszystkim marnująca się młodość, urzeczowienie nieuchwytnych ideałów. Kabotynizm jest na topie, ponieważ przedostał się do każdej branży życia kulturalnego. Nastała era efekciarskiego pozerstwa, jego siedliskiem bez wątpienia są internet i telewizja. Z tego też powodu moi przodkowie (o ile tacy w ogóle istnieli) nie zwracali za bardzo na siebie uwagi. Nie spotkałem jeszcze w swoim życiu kogoś o takiej formacji jak moja. To implikuje dwie następujące możliwości: albo jesteśmy zagrożonym gatunkiem, albo ja — jako pierwszy lub ostatni — muszę się rozmnożyć. Dlatego przychodzę jako PSEUDOKABOTYN. Przychodzę, aby pokazać wam, czemu powinna służyć inteligencja (szczególnie moralna i duchowa) i czym jest prawdziwa mądrość.
Niełatwo jest określić, czym tak naprawdę jest pseudokabotynizm, ale postaram się go zdefiniować, stosując różnorakie peryfrazy i porównania. Już sama koncepcja dadaistycznego anarchisty, wysunięta przez Paula Feyerabenda, zdradza pewne cechy właściwe dla pseudokabotyna, szczególnie jeżeli chodzi o zasadę „anything goes”. Chociaż celem moim nie jest relatywizm, lecz swego rodzaju dyktatura etyczna, czyli obowiązkowa etycyzacja wypaczonego przez skostniały katolicyzm społeczeństwa — etyktatura, do której jeszcze wrócę pod koniec manifestu. Od dawna się do tego przygotowywałem, a wszystko zaczęło się od „Wakacyjnego dziennika pseudokabotyna”, którego pierwszą stronę zapisałem w 2002 roku. (Gdyby ktoś miał wątpliwości, jego fragmenty będą cytowane w części profanum, co z pewnością doda autentyzmu niniejszemu przedsięwzięciu).
Najbliżej teorii pseudokabotyna był jednak Leszek Kołakowski. Dokładnie chodzi o okres, kiedy filozof był jeszcze członkiem PZPR, a zarazem protagonistą grupy tak zwanych rewizjonistów. Był to czas, kiedy Kołakowski walczył zarówno z Kościołem katolickim, jak i z partią komunistyczną. Z Kościołem, ponieważ religia oszukuje człowieka, kpi z jego rozumu i czyni go swoim niewolnikiem. Z partią, ponieważ zaczęła się ona rządzić tymi samymi prawami, co Kościół, a komunizm przeobraził się w religię. Obydwie instytucje uprzedmiotawiają człowieka i żądają, by wyrzekł się swojej podmiotowości, na co nie godzi się filozof. Był zatem Kołakowski heretykiem par excellence. Przyjrzyjmy się bliżej temu, co mówi. Swoją koncepcję kapłana i błazna opisał w 1959 roku w eseju „Kapłan i błazen: rozważania o teologicznym dziedzictwie współczesnego myślenia”. Polega ona na tym, że historia kultury jest ciągłą walką pomiędzy filozofią opiewającą Absolut i filozofią podważającą wszelkie absoluty. Według Kołakowskiego, jest to konflikt dwóch postaw: kapłanów i błaznów. Kapłan jest strażnikiem Absolutu i tym, kto oddaje kult rzeczom zastanym i przyjętym na zasadzie ślepej wiary. Takich ludzi jest najwięcej. Każdy, kto przyjmuje jakąś religię czy filozofię za ostateczną i strzeże uparcie swoich dogmatów, jest kapłanem (obskurantem). Jak widać, kapłan jest tutaj przedstawiony w złym świetle. Inaczej błazen, który jest filozofem stawiającym niewygodne pytania, podważającym wszelkie oczywistości. A więc błazen nie błaznuje dla samego błaznowania, nie chodzi o błazna z cyrku. Błazen filozof to ktoś, kto mocno wierzy w ukryty sens rzeczywistości, ale nie akceptuje ludzi uzurpujących sobie prawo do mówienia, co jest dobre, a co złe, ludzi, którzy twierdzą, że mają monopol na prawdę. Dlatego młody Kołakowski krytykuje ciemnotę i tych, którzy próbują dzięki niej zabłysnąć, dając im do zrozumienia: Pyszałki! Żaden z was nie ma monopolu na prawdę! Postawa błazna jest bliska temu, co nazywam pseudokabotynizmem. Z tym że pseudokabotyn położy akcent gdzie indziej, mówiąc: Kabotyni! Daleko wam do oryginalności! Zaprawdę, jeżeli należysz do jakiejś subkultury, nie jesteś oryginalny. Nie wymyśliłeś tej subkultury, więc jesteś tylko naśladowcą. Punku, skinheadzie, dresiarzu, hiphopowcu, prozelito, nowy członku partii politycznej — jesteś tylko kabotynem! Powiem więcej, pseudokabotyn nie jest tylko filozofem, jest także kapłanem. Pseudokabotyn jest kapłanem w pozytywnym znaczeniu tego słowa, więcej, jest ARCYKAPŁANEM. Gdyby na przykład połączyć Woltera z Platonem, wyszedłby wykapany pseudokabotyn.
Przy okazji komunizmu można by to wyjaśnić za pomocą dialektyki. Kapłan jest tezą, błazen jest antytezą, a pseudokabotyn ich syntezą. Tak, jestem progresywną negacją samego siebie, każde moje alter-ego jest niezbędnym warunkiem dojrzewania mojej boskości. Pseudokabotyn jest dualistą do tego stopnia, że staje się monistą. Jestem dzieckiem Miłości wiary do rozumu i Nienawiści rozumu do tego, co irracjonalne. Filozofem i artystą, błaznem i arcykapłanem, humanistą i mistykiem. Vassago (filozof, humanista i błazen), nim jestem w dni powszednie. Vastug (artysta, arcykapłan i mistyk), tylko w niedziele i święta. Jest więc dualizm.
Pseudokabotyn nie jest sceptycznym empirystą, uparcie powtarzającym, że etyki i religii nie da się uzasadnić naukowo, czyli że nie można przyznać im prawdy w tradycyjnym znaczeniu. Z jednej strony, pseudokabotyn jest kapłanem, ma słabość do światopoglądu, mitu, religii, które gwarantują gotowe i prawdziwe odpowiedzi na wszystko, czynią świat sensownym, uporządkowanym. Cenię sobie bardzo tego rodzaju azyle, w których mogę zatrzymać się na chwilę, ostudzić swój potencjał filozoficzny, po czym kontemplować absolut za pomocą danej doktryny religijnej, czyli oglądać Boga przez dziurkę od klucza. Błazen natomiast naśmiewa się, że kapłan patrzy przez tę dziurkę i śmie twierdzić, że za tymi drzwiami jest to, czego szukamy. Tak to wygląda z drugiej strony. Nie jestem ortodoksem, monopolizującym sobie prawo do ogłaszania prawd. Pseudokabotyn nie jest tego rodzaju kapłanem, pseudokabotyn jest arcykapłanem. To tylko garderoba, noszenie tymczasowej maski, a tychże jest wiele: ateista, katolik, protestant, muzułmanin, poganin, buddysta, mistyk, donżuan, hedonista, libertyn, idealista, materialista, nietzscheanista, komunista, egzystencjalista, newage’owiec czy też satanista. Każda ma jakąś cząstkę prawdy w sobie, dlatego zakładam ich jak najwięcej. Ale nie noszę żadnej maski zbyt długo, bo jestem też błaznem, który podważa prawdziwość każdej z nich. A więc kapłaństwo pseudokabotyna nie polega na dogmatyzmie, tylko na pewnym przekładańcu „izmów”. W ten sposób tworzę ze swojego życia sztukę, pełen autentyzmu pastisz. Można więc powiedzieć, że kapłan jest politeistą, a błazen monoteistą, gdyż jego bogiem jest rozum, a ten ma jeden. Jest więc monizm.
Kiedy staję się pseudokabotynem? Gdy arcykapłan pada ofiarą jakiegoś „izmu”, błazen zaczyna go przedrzeźniać za pomocą nowych „izmów”, wtedy przekładaniec zaczyna znowu pracować. Dlaczego arcykapłan jest taki wrażliwy? Pewne światopoglądy i zjawiska nachodzą na siebie i z biegiem czasu wydają się konieczne. Z silnej potrzeby wiary i poczucia sensu budzi się we mnie arcykapłan, który żywi się jakimś „izmem” (teorią lub ideologią), aby przetworzyć je na swój obraz i podobieństwo. Lecz błazen-filozof, który jest we mnie, nie pozwala mi zbyt długo posilać się jednym i tym samym, ponieważ dzięki swojej wielkiej wiedzy, zdaje sobie sprawę, jak mało wie i jak dużo musi jeszcze poznać. Zgodnie z prawem dialektyki, dochodzi do syntezy i wyłania się prawdziwe oblicze pseudokabotyna. Głód metafizyczny, potrzeba filozofowania i nauczania, chęć tworzenia i kochania. Najgorzej jest stanąć w miejscu, a nie jest to śmierć — jak pospolity kapłan. Oczywiście, miło jest się czasem zatrzymać, to nawet wskazane. Pseudokabotynizm to nie perpetuum mobile, choć trzeba pamiętać, że życie to wędrówka.
Nasuwa się pytanie, czy pseudokabotyn jest kimś, kto udaje zwykłego kabotyna? Nie, to bardzo uproszczone rozumowanie. Byłbym wtedy kimś, kto zgrywa się na zwykłego kabotyna, a więc kabotynem. Jaki miałoby to sens? Jeżeli celem pospolitego kabotyna jest tylko i wyłącznie podniesienie swojej wartości we własnych oczach (lub w oczach ludzi, od których czegoś potrzebuje), to celem pseudokabotyna jest bezinteresowne wywyższenie siebie w oczach wszystkich, jako że zwyczajne pozerstwo ma on już daleko za sobą. Pseudokabotynizm nie jest zwyczajnym symulowaniem pozerstwa, lecz prowokacyjnym manipulowaniem faktami, światopoglądami lub stereotypami. Jeżeli ktoś jest fanem Dody i pozuje w jej stylu, to pseudokabotyn będzie miał do tej osoby maksymalny dystans. Nie będzie nigdy udawał, jak ktoś udaje kogoś, to nie jest istotą pseudokabotynizmu. Kabotyn zazwyczaj naśladuje tylko jakąś postawę, ale nie wciela jej w życie. Chociażby polski bigot. Pseudokabotyn przeciwnie, realizuje wartość każdej teorii lub religii, której miąższem aktualnie się upaja, starając się nie krzywdzić drugiego człowieka, albowiem jest to wartość uniwersalna, obecna w prawie każdej kulturze. Maska, którą zakładam, staje się stymulatorem mojej moralności. Tak więc kabotyn kreuje swój perfekcjonizm wyłącznie subiektywnie, natomiast pseudokabotyn — intersubiektywnie. Wiem o tym, bo kiedyś byłem pozerem i liczyło się tylko to, co ja o sobie myślałem. Z czasem zaczęło mi zależeć na tym, co myślą o mnie inni. Jeśli ktoś mówi: Mam gdzieś, co myślą o mnie inni, to zazwyczaj jest kabotynem. Pseudokabotyn powie: Też mam to gdzieś, ale zrobię wszystko, co w mojej mocy, aby ich przekonać, że jestem zajebisty. Jeżeli pseudokabotynizm jest imitatorstwem, to tylko w tym znaczeniu, że generuje pewne antypostawy; pseudokabotyn nie musi naśladować aktualnie popularnych postaw lub tego, co akurat jest trendy, gdyż doskonale wie, że każdy idol powinien naśladować pseudokabotyna, a nie na odwrót. Dlatego robię z siebie bezbożnika w świecie, w którym każdy robi z siebie superkatolika; robię z siebie trupa, kiedy wszyscy prostytuują się w imię młodości i życia; robię z siebie boga, kiedy wszyscy chcą uchodzić za pokornych; robię z siebie pozera, kiedy wszyscy usiłują zachowywać się naturalnie. Jestem pseudokabotynem, jestem tu po to, aby wprowadzać kontrast.
Widać więc zasadniczą różnicę pomiędzy mną a Kołakowskim. Bogiem Kołakowskiego jest bóg filozofów, moim zaś — cały panteon bogów. Czy więc pseudokabotyn jest relatywistą? Nie tylko. Wartości istnieją obiektywnie, ale ich hierarchia i sens są tylko skutkami ubocznymi wytwarzania kultury. A żadna kultura nie objaśnia wartości jedynie prawdziwie. Religie i systemy etyczne danej kultury są tylko narzędziami do uchwycenia tych wartości. Wartości różnych kultur tak naprawdę niczym się nie różnią, są tylko różne technologie interpretacji-indoktrynacji. Pseudokabotynizm polega więc na operowaniu narzędziami wedle upodobania. Dlatego, na przykład, mogę być monogamistą lub poligamistą w zależności od tego, która religia jest bliższa temu, w co wierzę. Religie są tylko naroślą na naszej duchowości, a więc to ode mnie zależy, którym chwastom pozwolę kwitnąć, a którym więdnąć. Ideologie są tylko gotowymi scenariuszami, które trzeba wyreżyserować. Pseudokabotyn ma tych scenariuszy więcej niż przeciętny człowiek, ale z żadnego nie robi dzieła lub kiczu swojego życia. Geniusz mój polega na tym, że jednocześnie piszę i reżyseruję swój scenariusz. Albowiem żadna religia czy etyka nie wyjaśnia wartości jedynie prawdziwie. Jest to w sumie zgodne z heglizmem, żadna część nie może pretendować do prawdy absolutnej, tylko ich synteza daje pełne poznanie. Nasuwa się pytanie, czy ostatecznie pseudokabotynizm — z racji tego, że jest „izmem” — będzie musiał zostać zdyskredytowany jako maska pseudokabotyna? Nic bardziej mylnego. Prawda jest nieskończona, pseudokabotyn z pewnością nie zdąży zawrzeć w swoim życiu całości ludzkich (i nieludzkich) postaw moralnych. Tego mógłby dokonać tylko Bóg.
Zagadką jest dla mnie, czy pseudokabotyn może być prawdziwym artystą i czy istniał ktoś taki przede mną? Wydaje się, że w dzisiejszych czasach trudno jest zostać artystą w tradycyjnym znaczeniu tego słowa. Dlaczego? Albowiem droga, którą musi pokonać twórca, jest wspinaczką pod wodospad komercji, kiczu i pozerstwa. Nawet najwięksi mistrzowie pozwalają zalać się tym ściekiem. Wspominałem już, jak wielką rolę odgrywa internet w uwalnianiu pozerskiego potencjału. Nawet jeżeli blogi internetowe czy takie programy jak „Idol” lub „Eurowizja” wyłaniają jakieś indywidualności, to nadal jest to robienie ze sztuki targowiska, na co się nie godzę. Wychodzę z założenia, że ludzie zawsze będą lepsi i gorsi. A gorsi nie powinni mieć prawa decydowania o tym, kto ma być artystą, posłem czy prezydentem. Egalitaryzm jest niebezpieczną utopią, gdyż gorsi, mając do wyboru albo podobnych sobie, albo lepszych od siebie, z czystego resentymentu będą głosować na tych pierwszych. Potwierdza to sytuacja na polskiej scenie muzycznej i politycznej. Rozwój internetu zdemokratyzował, a tym samym zdearystokratyzował sztukę, przez co każdy może prezentować swoją pseudotwórczość szerokiej publiczności. Jest coraz więcej „twórców” niż odbiorców, a różnego rodzaju szkoły i reklama tylko napędzają tę machinę (od)twórczości. Wszystko to pod wodzą Super-Idola, który widnieje na posterach reklamujących szkoły artystyczne, kursy i konkursy. Kiedyś było inaczej, co więcej — było lepiej. Jeśli pseudokabotyni istnieli przede mną, to mogli być artystami we właściwym znaczeniu tego słowa, ponieważ ciemnota nie miała dostępu do obszaru, którego nie była w stanie zrozumieć, ba, nawet nie śmiała próbować. Oczywiście każdy człowiek może stać się artystą, niezależnie od pochodzenia. Sęk w tym, że ludzie nie są równi. Doświadczenie od zarania dziejów pokazuje, że gorsi chcą zniszczyć lepszych, a lepsi usiłują podporządkować sobie gorszych dla swojego lub swojego i ich dobra. Gorszy nie może stać się artystą, może nim co najwyżej zostać na mocy kaprysu ludowładztwa, co jest pożałowania godne. Artystą trzeba się nie tyle co urodzić, ale i stworzyć instar Dei, a więc trzeba być bogiem. Prawdziwych artystów się nie lansuje, lansuje się kabotynów.
Z całą pewnością można dostrzec rys pseudokabotynizmu u wspominanego już Kołakowskiego, także u markiza de Sade’a oraz Jerzego Kosińskiego. Powiedzenie larvatus prodeo (chodzę w przebraniu, ukrywam się pod maską) kapitalnie oddaje jedno z praw bycia pseudokabotynem. Mam na myśli Kosińskiego, który udaje głuchoniemego, z tym że nie robi tego na pokaz, lecz po to, by szybciej obsłużono go w banku, albo żeby zbadać reakcje ludzi w celu zdobycia ciekawego materiału do nowej książki. Mogę jeszcze rozpoznać cechy pseudokabotyna w sylwetkach Charlesa Chaplina, Andy’ego Kaufmana, Jima Morrisona, Bruce’a Campbella, Jana Himilsbacha, Mariusza Maxa Kolonko, Doroty Rabczewskiej, Kuby Wojewódzkiego, Wojciecha Cejrowskiego, Janusza Palikota. Jednakże nie jest to ten pseudokabotynizm, który ja sobą reprezentuję. Dlatego muszę wytypować kogoś specjalnego. Będzie to tylko hipoteza, wersja robocza, gdyż — podobnie jak Rembrandt — będę tworzył obraz na jakimś pomocniczym profilu, na który ostatecznie naniosę oblicze pseudokabotyna. Mianowicie ośmielę się wskazać na postać Jezusa z Nazaretu, choć nie posiadam absolutnej gwarancji, że ktoś taki istniał. Niemniej spróbuję na tym powszechnie znanym przykładzie czytelnie i obiektywnie ukazać istotę pseudokabotynizmu, jako że Jezus zawsze „deptał mi po piętach”, nakierowując mnie w stronę mojego artystycznego powołania. Jezus nie jest moim idolem, ale rozpoznaję w nim siebie. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że jeśli Jezus naprawdę istniał, to należał do mojego klanu; jeśli prawdą jest, że był pseudokabotynem, to jestem pełen podziwu dla jego geniuszu. Poza tym nie mógłbym się bez niego obejść w moich wyznaniach, gdyż jest on postacią archetypową, zakorzenioną w ludzkiej świadomości, postacią, która zapewnia odpowiedni kontrast. Rozcina nas niczym jakaś linia demarkacyjna, która oddziela kwitnące w nas zło od usychającego dobra. Bez niego moje zwierzenia nie miałyby sensu. Jest po prostu „niezbędnikiem” wszelkich wyznań.
Problem polega na tym, że prawdziwemu pseudokabotynowi trudno jest zwrócić uwagę drugiego pseudokabotyna, bo zarówno jeden, jak i drugi są święcie przekonani, że są jedyni w swoim rodzaju, że są wybrańcami. Nawet jeśli ich sytuacja jest nędzna, to nadal będą wierzyć w swoją nadrzędność i przeznaczenie. Jezus był święcie przekonany, że jego drugie przyjście nastąpi jeszcze za życia uczniów, tak ślepo w siebie wierzył. Gdyby rabbi mieszkał w mojej dzielnicy, jako arcykapłan specjalnie bym się nim nie absorbował i vice versa. Innymi słowy, pseudokabotyn jest w stanie mniemać, iż jest synem-bożym-numer-dwa. Jezus mniemał, że był synem-bożym-number-one, bardzo namiętnie mniemał, gdyż słowo ciałem się stało. Niestety, one is the loneliest number even worse than two — pisał Richard Patrick, wokalista zespołu Filter, który także ma zadatki na pseudokabotyna. Kto wie, być może Budda i Mahomet także byli pseudokabotynami w stylu „number one”? W takim razie pierwszą cechą wspólną pseudokabotyna i Jezusa będzie mentalność rewolucyjna, czyli kierujemy się zasadą „wszystko albo nic”.
Pseudokabotyn przenigdy nie jest kimś, kim wypada tylko być w towarzystwie. Pseudokabotyn jest zawsze autentyczny, jest tak autentyczny, że czasem wydaje się nierzeczywisty na tle owego roju pozujących marionetek. Nie udaje, ponieważ maska, którą zakłada, zrasta się z jego twarzą (duszą). Maski są niczym aparatury pojęciowe, za pomocą których różnie można rozumieć świat. Pseudokabotyn po prostu wyraża się w wielu językach transcendencji, ale zawsze mówi to samo: KOCHAM. Z Jezusem było podobnie, cokolwiek mówił, chodziło mu o miłość, zaś maski, które zakładał, były równie prowokacyjne jak moje, na przykład maska gniewu (wypędzenie kupców ze świątyni), obojętności (wyrzeknięcie się matki) czy też magiczności, czyli (cudo)twórczości. A więc kocham siebie i wszystkich, którzy są tacy jak ja, czyli — mówiąc językiem gnostyków — tak zwanych pneumatyków, tj. ludzi świadomych swego ciała, psychiki i ducha2. Takie przykazanie dał Jezus: kochaj bliźniego jak siebie samego. Zastanówmy się chwilę. JAK SIEBIE SAMEGO, czyli po pierwsze mam kochać siebie, to punkt wyjścia. Jak siebie samego, czyli ZA TO, JAKI JESTEM. W moim przypadku za to, że jestem boski, czyli dobry i mądry. Przecież nie kochałbym siebie, gdybym był zły i głupi, gdybym nie był zdolny do wyrzutów sumienia. Może ktoś inny, jakiś zapatrzony w siebie kabotyn, ale nie ja! Mnie, jako pseudokabotynowi, została dana tak zwana samoświadomość. Dlatego jak siebie samego kocham tylko dobrych i mądrych. Samych dobrych już nie, bo nie wiedzą, co czynią. Samych mądrych też nie, bo mądrość nie świadczy o dobrotliwej duszy. Jak widać, bliski jest mi intelektualizm etyczny Sokratesa.
Pseudokabotyn otoczony przez ciemnotę oddałby życie w imię światłości swojego umysłu. Nie wyrzekłby się swojego słowa, podobnie jak Jezus, który sam wszedł na krzyż. Jezus był bezbronny wobec żądnej krwi gawiedzi żydowskiej, przesądnego Sanhedrynu oraz epigońskich rzymian, ale potrafił obronić się przed samym sobą. Uczynił to w Ogrojcu za pomocą modlitwy. Dlatego zwyciężył. Dzisiaj pseudokabotyn ma naprawdę nikłe szanse, by przemówić do tłumu, bowiem trudno jest się przebić przez pstrokaty tłum kabotynów. Lecz kiedy tego dokona, jego nauka nie będzie musiała czekać dwóch tysięcy lat, aby kabotyńscy ignoranci przerobili ją w kiczowaty blichtr. Przecież tak łatwo i legalnie zrobić dziś z wartościowego dzieła beznadziejną ekranizację, z wielkiego utworu muzycznego — lichy cover. Dlatego pseudokabotyn ma dziś większe szanse postradać zmysły. Muszę więc, podobnie jak Jezus, fanatycznie zacząć wierzyć, że nie oszalałem. Stąd też moje wyznania, ale jeszcze nie wiem, jaka będzie przyczyna mojej śmierci. W tej kwestii zaufam nieodgadnionemu sensowi predestynacji.
Żołnierz śmiertelnie ranny na wojnie potrzebuje morfiny, dzięki której lżej mu umierać. Mimo wszystko pseudokabotyn jest tylko człowiekiem, ale w przeciwieństwie do reszty potrzebuje morfiny nie więcej niż parę razy w życiu. Jest nieuzależnionym od niej żołnierzem idealistą walczącym w imię prawdziwej miłości. Jest to wojna metafizyczna, a jego wrogiem jest ciążące na nim fatum. Jezus potrzebował morfiny, tego ostatecznego zapewnienia, że wszystko będzie dobrze; potrzebował swojego Boga dopiero w Ogrojcu i gdy umierał na krzyżu. Zwykły człowiek nie może egzystować bez morfiny, zażywa jej przy każdej bolączce, ponieważ nie jest w stanie samodzielnie zmierzyć się ze swoim życiem. Potrzebuje przedmiotów kultu, świątyń i pasterzy rzekomo znających prawdę. Jest odwodniony z entuzjofiny, dlatego potrzebuje pośledniej morfiny. W takim razie kolejną naszą wspólną cechą będzie cierpliwość i niezłomna wiara we własne siły.
Pseudokabotyn stara się nie ujawniać w obecności zwyczajnego kabotyna. Nie wyobrażam sobie Jezusa tworzącego cuda na żądanie i ujawniającego swoje prawdziwe oblicze w obecności swych dręczycieli, a Sanhedryn i gawiedź żydowska składała się głównie z beznadziejnych kabotynów. Kolejne cechy to: ezoteryczność, pogarda dla niedowiarków, przestroga przed uczonymi w piśmie (kapłanami). Wszystko to przemawia za tym, że Jezus mógł być pseudokabotynem. Ktokolwiek ma styczność z kimś takim po raz pierwszy, ulega dwóm sprzecznym uczuciom równocześnie, po czym któraś z nich tryumfuje. Są to fascynacja i wzgarda.
Jeżeli chodzi o fascynację ze strony „użądlonych” przez pseudokabotyna, to jest ona przyjmowana z ironicznym dystansem i specyficznym, dla tego rodzaju charakteru, umiarkowanym cynizmem, co w rezultacie wzmaga doń uwielbienie. Pseudokabotyn nigdy nie ufa pochlebcom, bo sam dla kpiny jest pochlebcą, ale pochlebcą bona fides. To wielka charyzma. Nadstawianie drugiego policzka przez rabbiego było bez wątpienia pochlebstwem dla kpiny. Każdy, kto się do mnie garnie, traktowany jest z przymrużeniem oka, ponieważ prawdziwymi wrogami pseudokabotyna okazują się w głównej mierze serwiliści. Natomiast sposób, w jaki ich traktuję, uszlachetnia ich wydrążone z entuzjofiny, ubogie duszyczki, co jednocześnie zmniejsza ryzyko, że staną się kiedyś zdrajcami. I chociaż niewiele mi wiadomo o Chrystusowym sarkazmie, to jestem pewien, że jeżeli cechował jego usposobienie, to był on piekielnie charyzmatyczny. Spróbuję wskazać cytat z Nowego Testamentu. Mianowicie chodzi o Ewangelię wg św. Mateusza 5, 28-30. Jeśli podrozdział o cudzołóstwie nie jest specyficzną dla pseudokabotyna prowokacją, to oznaczać będzie on nic innego, jak chwilowy trans arcykapłaństwa syna Józefa. Co do pochlebców, wrogiem Jezusa okazał się na przykład Judasz.
Na szacunek pseudokabotyna zasługuje przeważnie ten osobnik (pneumatyk lub psychik), który ignoruje lub nie popiera prezentowanego przezeń sposobu działania lub światopoglądu, no chyba że jest nic nie wartym obskurantem, niezauważonym przezeń kabotynem lub jednym i drugim. Jezus z pewnością szanował bardziej swoich oponentów (czyli ludzi światłych jak on) niż przygłupich pochlebców. Owszem, przestrzegał przed uczonymi w piśmie, sądzę jednak, że chodziło mu o kapłanów negatywnych. Natomiast jego Słowo przetrwało głównie dzięki działalności antychrześcijanina Szawła z Tarsu alias św. Pawła, który po Judaszu był drugim wykształconym apostołem. Zatem Jezus musiał cenić bardziej ludzi szukających i sceptycznych niż przekonanych prostaków (hilików), którzy później wybierają Barabasza! Jeśli więc wyzywał wszystkich bez wyjątku od jaszczurek i straszył piekłem, należy to potraktować wyłącznie jako prowokację, albowiem to typowe zachowanie pseudokabotyna. Jestem autentyczny w swojej izmomasce, ale nie w pełni daję po sobie poznać, co naprawdę myślę i czuję. Ten przywilej mają tylko ulubieńcy, a co dopiero ulubienice. Czasem jednak jestem w stanie doszczętnie obnażyć się w obcym towarzystwie, ale jako błazen zagram to w taki sposób, że nikt nie weźmie tego na poważnie. Jestem wirtuozem w robieniu koktajli z opinii na mój temat, ale zawsze pozostawiam sobie pole do odwrotu w razie niepowodzenia.
Pseudokabotynizm nie jest tylko filozofią mojego życia. To prześwietlenie zachodniej kultury, którego dokonałem za pomocą tej filozofii. Pseudokabotyn jest typem introwertyka, który gra ekstrawertyka, jest sentymentalny, ale i zarazem odważny. Kocham samotność bardziej od miłości — im bardziej jestem samotny, tym bardziej doceniam wartość miłości. Pseudokabotyn nie może być prawiczkiem (ważne, żeby to zapamiętać), jako że prawiczkom brakuje owego rezonu. Lubi przebywać w towarzystwie kobiet, uwielbia się pokazywać z atrakcyjną kobietą, a najlepiej z kilkoma naraz. Na samą myśl, że jestem wtedy obserwowany i obmawiany, podniecam się i tryskam entuzjofiną. Pseudokabotyn jest zawodowcem, mistrzem w grze pozorów i dlatego często uchodzi za kobieciarza lub megalomana, choć w rzeczywistości trudno byłoby mu kogoś wykorzystać bez skrupułów. Jestem naturalnie stworzony do dotrzymywania obietnic — zawsze można zaufać pseudokabotynowi. Przeciętnemu przedstawicielowi rodzaju męskiego wystarcza jeden rodzaj kobiecej mentalności, ale łoże dzieli z wieloma jej nośnikami. Natomiast pseudokabotyn potrzebuje bardziej damskiego pluralizmu poza ciałem, jako że jest uzależniony od ducha kobiecości. Pseudokabotyn może współżyć z jedną kobietą, ale nie jest w stanie się do niej ograniczać, jeżeli chodzi o eksplorację płci pięknej. Moja cielesność jest zawsze wierna, ale moja wyobraźnia jest polimorficzna i zdradliwa. Większość ludzi rodzi się do miłości, ale niektórzy rodzą się DLA miłości.
Z tego, co mówi Nowy Testament, Jezus wolał apostołów, swoich wiernych wyznawców, których równie dobrze można nazwać snobami. Nie widzę żadnych przeszkód, aby jakiś pseudokabotyn był homoseksualistą. Notabene, nie wiemy nic o dojrzewaniu Jezusa, znamy jego biografię tylko z okresu, kiedy był dzieckiem i dorosłym mężczyzną. Po środku jest jedna wielka, tajemnicza pustka. Tak jakby ktoś wyrwał te wszystkie strony i przywłaszczył sobie prawdę na temat nastoletniej konduity „Syna Bożego”. Z tego powodu nie mogę mieć całkowitej pewności, że należał on do klanu pseudokabotynów. Jednakże powołując się na zdrowy rozsądek, jeśli Jezus prowadziłby się, dajmy na to, jak papież Jan Paweł II, to po cóż ktoś miałby okrajać tak korzystny dla całej idei życiorys? W ten sposób mogę wydedukować, że musiało zdarzyć się w tym okresie coś, co rzucało cień na późniejszą filozofię życia rabbiego. Moim zdaniem, była to miłość do kobiety. Nie wierzę, że syn Boży umierał na krzyżu jako prawiczek, o ile w ogóle umarł na krzyżu. To chyba największa bujda, w jaką można wierzyć (abstrahując oczywiście od opcji, że Jezus naprawdę był wcieleniem Boga).
Czy obruszyłby się ktoś, gdybym powiedział, że wszystkie cuda Jezusa były jedynie dziełem sztuki, sublimacją jego pseudokabotynistycznej fantazji? Czyż nie jest prawdopodobna sytuacja, potwierdzająca po raz wtóry geniusz pseudokabotyna, że Jezus był manipulantem? Skoro był erudytą i znał wszystkie proroctwa, ponadto za jego czasów zniewolony lud domagał się Mesjasza. Wobec tego, czy syn cieśli nie mógł wszystkiego ukartować? Przekonać do swych racji kilku rybaków, wjechać do świątyni na osiołku, jak w proroctwach Zachariasza? Namówić swojego przyjaciela Łazarza, u którego sypiał, aby udawał martwego, aż do słynnego zawołania „Łazarzu, wyjdź!”? Umówić się z Judaszem, by ten wydał go dla całej idei? W końcu ktoś musiał go zdradzić, by spełniły się przepowiednie. Po czym polecić pozostałym, aby wykradli jego ciało z grobu, gdyby faktycznie miał zawisnąć na krzyżu, co niekoniecznie musiało być zamierzonym finałem uknutej intrygi. A zatem żadna filozofia dla geniusza, zwłaszcza że zabobonny plebs złapie się na taką przynętę. Później już tylko potrzebna mitologizacja plotek i po sprawie. A więc kto poczuje się urażony? Może ludzie małego formatu, jakiś obskurant lub snobująca się dewotka, ale nie człowiek samoświadomy.
Im więcej idei, im większy bagaż nagromadzonej wiedzy, tym szersza sieć aporii, w której plącze się mój intelekt, moja czysta, aktywna siła samoświadomości. Gdy przemawiam, zdarza się, że nie wiem, do jakich dojdę wniosków. Gdy czegoś nie przemyślę na spokojnie, zaczynam się powtarzać. Jezus popadał w persewerację, kiedy mówił o piekle, w kółko powtarzał, że będzie tam płacz i zgrzytanie zębami. Zaczynam coś, dochodzę do połowy i rzucam się w innym kierunku, aby zbadać, dokąd prowadzi nowa ścieżka. Tak wygląda raczkowanie po pajęczynie bytu jako bytu. Pseudokabotyn jest zarówno pająkiem, jak i muchą, czasami nie potrafi oswobodzić się z własnej sieci. Mam tak mało czasu, by nauczyć się żyć, by dokonać czegoś wielkiego, aby coś pozostało z tego, że jestem pseudokabotynem. Jezusowi się to udało (został Chrystusem), ale za jego czasów sieć bytu jako bytu nie była tak splątana.
Gdy religia zaczęła przyciągać kościelnymi fasadami, stała się pusta. Przetrwała dzięki sztuce, którą dzisiaj zżera kicz, legalne plagiatorstwo oraz robak zwany kabotynem. Sztuka nie może być tylko komercyjną rozrywką, sztuka musi być pasją. Artysta nie może być skromny i konserwatywny, jego dzieło powinno być pseudokabotynistyczne (z tej roli świetnie wywiązuje się Quentin Tarantino). Artysta musi być pseudokabotynistycznym bożyszczem. Skończył się czas wyklętych poetów, nie ma już dla nich miejsca w dzisiejszym świecie. Nastała pora dla pseudokabotynów. Już sam Wojaczek był bardziej poetą kabotynem niż poetą wyklętym. Robił wszystko, aby go zapamiętano jako poetę maudit, nawet zabił się z tego powodu. Teraz sztuka przyciąga fasadami i jest coraz mniej wartościowa. Nie można łudzić się, że przetrwa dzięki religii. Dlatego potrzebna jest nowa interpretacja religii dla dobra sztuki. Potrzebna jest większa doza filozoficznej mistyki, zaś mniejsza dawka dogmatów i kanonizacji, które są właśnie pleśnią na fasadach. Nie można nakładać skorupy na skorupę w nieskończoność. Należy zerwać cały strup i wyssać tylko to, co wciąż świeże. Wobec tego religię powinno się zredukować do mistyki, która jest stałym rdzeniem prawdziwego życia religijnego. Potrzebna jest etyktatura. Nauka etyki i treningi wartościowania powinny być obowiązkowe. Wówczas będzie mogła nastąpić równowaga w kulturze. Aby ludzie byli braćmi, potrzebny jest „tyran” zwany pseudokabotynem.
Czymże wobec tego byłaby etyczna dyktatura? Z grubsza mówiąc, chodzi tu o uwrażliwienie człowieka masowego (kabotyna) na wartości inne niż tylko materialne i hedonistyczne. To dyktatura związana z filozoficzną mistyką i jest to swego rodzaju pedagogika, którą proponował już Platon w alegorii jaskini. Należy zmusić człowieka przykutego łańcuchami w jaskini do tego, by je zerwał i odwrócił się od cieni. Należy go zmuszać, ponieważ jest on leniwym „krótkowidzem”. A najlepiej uświadamiać go, kiedy jest jeszcze dzieckiem, które nie jest skażone przez tradycyjne myślenie „wielu”, kiedy jego natura może być kształtowana dla jego oraz wspólnego dobra.
Należy postawić obecną edukację na nogi, bo przewróciła się na głowę, a właściwie nigdy nie stała. Należy wprowadzić etyktaturę, czyli zastąpić religię etyką. O wiele bardziej humanitarnym jest nauczanie ludzi filozoficznego myślenia, niż wpajanie im przesądów i dogmatów. Nauczanie etyki może przynieść więcej korzyści niż nauczanie religii, która, jak wiadomo, naucza tylko etyki chrześcijańskiej, radykalnie narzuca jeden rodzaj moralności. Jakież są owoce nauczania religii w szkołach państwowych? Nie ma żadnych owoców! Jest tylko obłuda i wykorzystywanie słabych, naiwnych parafian. Należy uwrażliwiać stawiając sobie za cel nasze człowieczeństwo, nie zaś indoktrynować z myślą o erygowaniu nowych świątyń, aby móc gdzieś wystawiać obraz Matki Boskiej. Jestem święcie przekonany, że człowiek powinien poznawać religię dopiero, kiedy stanie się osobą dojrzałą. A więc religia (mistyka) powinna być tematem tabu — mówiąc językiem belfra — co najmniej do osiemnastego roku życia.
Oto mistyczny instant, gotowy do spożycia w momencie wzruszenia. Oto, co chciałem wyznać i zapisać. Oczywiście jest to kropelka w morzu, ale za to kropelka autentycznie czysta. Cieszę się z tego, że mogłem ją wypłakać i podarować temu wysuszonemu światu. Gdyby każdy wydobył taką kropelkę nad tą rozrastającą się pustynią niebytu, którą staje się XXI wiek, to mogłaby powstać jakaś kontrkultura. Parafrazując słowa Karla Shappera: Pseudokabotyni wszystkich kultur łączcie się!
© 2003-2008 Arkadiusz Sokol
1 Tekst został podzielony na rozdziały na potrzeby niniejszej publikacji.
2 Według gnostyków, gatunek ludzki dzieli się na trzy rodzaje osobników. Są to pneumatycy, czyli ludzie samoświadomi; psychicy, dziś powiemy: ludzie racjonalni, opierający się tylko na doświadczeniu i wiedzy naukowej; hilicy, czyli ludzie zachowaniowi, którzy kierują się głównie instynktem, emocjami, postrzegają świat przez pryzmat swoich zmysłów, przez co nie różnią się zbytnio od zwierząt.
verte.art.pl > Myśl > Eseje > Manifest pseudokabotyna
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski