Biegnąć na miejsce spotkania, zaraz po wyjściu z pracy, myślałem tylko, czy będzie jak kilka lat temu, czy znów zapakują mnie do policyjnej suki — ale chyba tylko dlatego, że czapka — znów — czerwona, kurtka czerwona i mina podniosła. Mina milcząca, bo widząc wtedy, co się dzieje, nie miałem ochoty ani wrzeszczeć, ani się szarpać; moją bronią było milczenie — to właśnie sobie przypominałem w drodze na plac Mickiewicza, miejsce, które kombatanci chcą zarezerwować wyłącznie dla siebie. Czemu? Czy kobiety z dziećmi, geje i ludzie tzw. 50+ zniszczą pamięć o dniach czerwcowych? Może wyruszając stamtąd spowodujemy, że ZOMO powróci? Wierzę, że ilość policjantów u ludzi Czerwca może budzić złe skojarzenia, ale w takim razie można by zapomnieć o kibicowaniu „Kolejorzowi”… Niesmak, bo starsi chcą szacunku i pamięci, a sami… I mimo wszytko nie chcę im odejmować odwagi i ujmować zasług — my wam dziękujemy — dzięki wam też tu możemy być!
I to chyba jedyna budząca emocje sprawa — wspomnienia, moje i ich. I te, i te złe. Oni nawet mieli łatwiej, bo wróg, system, był konkretny. A u nas co? Pozostaje przypominać, że się istnieje.
Może małe porównanie z poprzednimi marszami: idąc Marciem [Święty Marcin — jedna z głównych ulic Poznania — przyp. red.], mijając rzędy kamienic i wieżowców, nie widziałem już rzucanych kamieni, nie było wyzwisk, jedynie pojedyncze „zakazy pedałowania”. Nawet ani jedno jajko nie rozbiło się na kurtce uczestnika marszu.
Było nudno. Żałowałem, że mój telefon się rozładował, bo nadrobiłbym zaległości esemesowe… Naprawdę. Chciałem sobie pójść, zanim marsz dotrze do placu Wolności. Tam zawsze były największe burdy. Zostaję — zdecydowałem jednak, nie, że chcę się bić, ale tam zamanifestować będzie łatwiej!
I NIC! Jedna szarpanina! Grupka panów marki łysej skandująca: Ten pedałem, co nie skacze! Zabawne, pewnie panowie i panie policjanci bardzo się uradowali, bo sobie na — przypominające poczynania Tygryska z „Kubusia Puchatka” — skakanie, ze względów zawodowych, pozwolić nie mogli.
Mały incydent, który media pokazały jakby był co najmniej walką na noże, był zaledwie szarpaniną jak w przedszkolu: „pani mi wyrwała plakat z «zakazem pedałowania», to ja pani czapkę z głowy strącę”… Szok! Młodzieniec wszechpolski założył czapkę „brudnej lesby” na swój, oczywiście łysy, łeb. Jak on się, kolega, wytłumaczy? Ale pan miał „prezencję” słabą, a rumieńce sugerowały zawstydzenie. Nie wiem, czy to silna kobieta, czy kamery… Ach, te flesze!
Był tam też pan, jakby go nazwać dla uproszczenia… Pan z chorągiewką! W pośpiechu pan (jeszcze bez chorągiewki), widząc na tyłach wroga z „zakazem pedałowania”, z wielką gracją wyprosił od kogoś flagę. „Flażkę” właściwie, maluteńką, tęczową oczywiście, i rzucił się na wroga z miną lwicy broniącej swych młodych, żeby choć trochę spacyfikować pana wszechpolaka!
Sytuacja komiczna! Duży „zakaz pedałowania” (sic!) i mała tęczowa flaga!
Wiem jedno. Widzę zmianę, już się nie będę bał iść na kolejny marsz, zaczyna być bezpiecznie. Czekam tylko, kiedy stanie się on wielką paradą. Kiedy na jednej platformie będą jechać rozweseleni geje, a za nimi wózkowicze, ci sprawni inaczej, startujący w konkursie na najbardziej kiczowato przystrojony wózek inwalidzki. No i oczywiście platforma z politykami przebranymi za drag queens! No ba!
Zaczynam, przy całym swoim tłusto karmionym pesymizmie, widzieć światełko. Czas się śmiać, czas na zwykłość i normalność. Seks to zdrowie!
Pan z chorągiewką
verte.art.pl > Myśl > Felietony > Migawki z manify
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski