Jak wielu jest dziś nieodpowiednich ludzi na niewłaściwych sobie i swoim kompetencjom miejscach? Jak wielu z nich marnuje się, nie spełnia nigdy, bo nie udało im się własnymi siłami sprostać różnej maści przeciwnościom losu? A z drugiej strony, wobec ilu ludzi otoczenie dziwi się: jak to możliwe, żeby ktoś taki pełnił taką a taką funkcję, przecież to kompletny głuptak (eufemizm!), zwykły kacyk? Z pewnością nie są to przypadki akcydentalne. Światem rządzi dziś bowiem korupcja, wstawiennictwo, znajomości, układy — to żadna zresztą nowość, żadne zadziwiające novum, ani kopernikańskie odkrycie. Poważnym problemem jest również nepotyzm. Przystańmy na chwilę przy tym ostatnim — bo rozpatrywać całe to spektrum aktualnych problemów społecznych to zadanie dla sztabu ludzi-specjalistów, a nie dla jednej skromnej osoby — i zastanówmy się, czy rozpatrywać można problem ten tylko i wyłącznie w ujęciu krytycznym, a jeśli tak, to jak uczynić to, unikając jednocześnie hipokryzji afektowanej?
Zamiast teoretyzować, przypatrzmy się realnym przykładom, prosto z życia (mego i społeczeństwa polskiego) wziętym. Bo nepotyzm i szeroko pojęte wstawiennictwo to problem społeczny, czyli dotyczący nas wszystkich tutaj, ujętych w te same granice państwowe, toteż próba jego, tego problemu, rozwiązania winna być czytelna dla wszystkich i wszystkim dostępna. Taka jest moja pozytywistyczna przesłanka.
Pytam pierwszego, przypadkowo spotkanego na ulicy człowieka: czy nepotyzm jest zły? — A co to takiego ne…? — słyszę. Pogrążam się dalej w podjętym fatalnie pomyłkowo dialogu, wyjaśniam, aby usłyszeć w końcu: tak, tak, oczywiście, że zły. W taki sposób i w dodatku tak samo bezceremonialnie odpowiedziałby chyba każdy z nas, bo z natury jesteśmy pryncypialni. Lecz część z nas skorzystała kiedyś z pewnością z jakiegoś rodzaju „pomocy”. Jak to nie?! Nikt nie zaprzeczy temu, że dobrze jest mieć znajomości, jeszcze lepiej — członka rodziny osadzonego na wysokim stanowisku w miejscu dla nas ważnym — na uczelni, w urzędzie, jakiejś instytucji — bo ten na pewno nie odmówi. Wtedy oczywiście „pomoc” jest czymś naturalnym, nieszkodliwym i w ogóle się o jej fakcie nie mówi, bo i po co? I tak przemilcza się to drobne wstawiennictwo i idzie się dalej swoją drogą, drogą postępującej, już bez przeszkód, kariery. Tak toczy się walka o sukces personalny. A sprawiedliwość społeczna dogorywa w epileptycznych paroksyzmach.
Bo ludzie, owszem, oburzają się głośno, ale po cichu sami robią świństwa. Czyżby zatem hipokryzja? A może naturalny Hobbesowski egoizm wpisany w naturę człowieka? — ja mogę.
Oglądałam kiedyś „Gadające głowy” — film dokumentalny Krzysztofa Kieślowskiego z 1980 roku. Blisko trzy lata temu oglądałam. A zapamiętałam do dziś dnia bezbłędnie jedną wypowiedź: Aby mniej było łokci i pleców, a więcej serca i rozumu. Ten film powinno się pokazywać w szkołach i w zakładach pracy, propagować tę złotą myśl, a nawet kodować ją w przekazach podprogowych! Byle by tylko, nie daj Boże, szaleni entuzjaści eugeniki nie zrozumieli tego życzenia opatrznie.
Albo czytałam ostatnio, niespełna dwa miesiące temu, głośne „Z głowy” (2004) Janusza Głowackiego. W tej „eseistyczno-plotkarskiej” książce, podobnej w formie do „Pięknych, dwudziestoletnich” Marka Hłaski i „Kalendarza i klapsydry” Tadeusza Konwickiego, drażni pewna opowiedziana przez autora historia. Jak się dowiadujemy, tę niesłychanie spektakularną i błyskawiczną zarazem karierę Głowackiego w Stanach Zjednoczonych zdeterminowały znajomości, a więc „plecy”. Dopóki sam próbował przekonać zbiurokratyzowane instytucje teatralne do swojej sztuki, dopóty pozostawała ona życzliwie przemilczaną. Natomiast, gdy wstawił się za panem Januszem jego wpływowy znajomy, od razu sztuka owa trafiła na deski prestiżowego teatru, a role w dramacie obsadzone zostały przez największe gwiazdy o międzynarodowej sławie i renomie. To nie nepotyzm, lecz innego rodzaju wstawiennictwo. Ale, tak czy inaczej, takie są zatrważające fakty.
Na dyskusji uczelnianej, której punktem wyjścia był bodajże film Krzysztofa Zanussiego „Zaliczenie” (z 1968 r. — jakże symboliczna dla rzeszy studenckiej data!), usłyszałam przerażające stwierdzenie: Uczciwość nie popłaca. Pamiętam, powiedziałam wtedy, że osobiście wolę jednak pozostać w porządku w stosunku do innych ludzi, niż bez pardonu wspinać się po szczeblach drabiny kariery i dobrobytu — bo na samym szczycie może wcale nic nie ma — i co wtedy? Spadła na mnie salwa głosów, podobnych do siebie pseudo-autorytarnych orzeczeń, złowróżbnych diagnoz i zdecydowanych wyroków, takich jak: Jesteś chyba niedojrzała!, Jesteś zbytnią idealistką, Jesteś nieżyciowa, życia nie znasz!
Dzieci aktorów i reżyserów od urodzenia mają zaklepane miejsca w szkołach aktorskich i filmowych, dla dzieci piosenkarzy drzwi wytwórni fonograficznych stoją otworem. Najwyżej się coś elektronicznie wygładzi w wokalu, jeśli talent nie okaże się dziedziczny. Nie będę mnożyć na to przykładów w nieskończoność, nie mam w końcu na celu nikogo urazić. W każdym razie, jest nadzieja — na urodzonych pod mniej szczęśliwą gwiazdą i bez czepka na głowie czeka w ostateczności program „Idol”, jako ta brzytwa, której należy się chwycić, gdy same zdolności nie wystarczą.
Osoby publiczne — osobami publicznymi a w szarej strefie, czyli strefie ludzi szarych, nepotyzm również się zagnieździł i, z tego, co wiem, ma się całkiem dobrze. Uczelnie. Kierunki prestiżowe, jak psychologia, medycyna, albo jakieś inne, rzadkie i o małej ilości miejsc. Co to za ewenement, że nierzadko, ba, nawet nad wyraz często studiują tam ludzie niekompetentni, nie zasługujący na takie wyróżnienie? I jak to jest, że anonimowi geniusze snują się od pośredniaka do fast-foodu, od fast-foodu do hipermarketu itd., a ich talent zostaje nieodwracalnie zaprzepaszczony, bo nie stać ich na studiowanie na uczelni prywatnej, gdzie obowiązuje prosta zasada „płacę, więc jestem”? A jak wielu zrozpaczonych polskich Proustów i Camusów topi żale i potencjał twórczy w alkoholu, bo samemu wystarać się o najdrobniejszą publikację w najmarniejszym periodyku literackim graniczy z cudem? To nie dziwny paradoks nie do wyjaśnienia, nie tajemniczy zawijas rzeczywistości, ani nawet nie ironia losu. Wszystkiemu winne są „plecy”, niejednokrotnie więc nepotyzm. Czy też raczej: nie-potyzm — bo mając układy, nie trzeba się wiele, w pocie czoła, natrudzić.
Trochę złorzeczę, bo sama takich „pleców” nie miałam i nie mam, i z tej prostej przyczyny jest mi trochę trudnej w życiu. Gdybym bowiem miała swoje „wtyczki” czy — jak kto woli — „macki”, sądzę, nie spisywałabym teraz tych wynurzeń, emfatycznych i egzaltowanych dywagacji, bo by mi było po prostu wstyd to czynić. Chciałabym raczej przemilczeć swój grzech, możliwie najskuteczniej go zataić. Lecz co będzie, gdy jednak okaże się, że będę mogła w którejś chwili swojego życia z jakiegoś korzystnego wstawiennictwa rodzinnego skorzystać albo sama komuś „pomóc”? Powiem wtedy ad hoc, aby usprawiedliwić jakoś swe żałosne, naiwne młodzieńcze poglądy, i mając usta pełne hipokryzji oraz dwa lica miast jednego: Owszem, pisałam. Ale tak nie myślałam. Życie jest życiem.
I załatwię córce studia.
© 2005 Emilia Walczak
verte.art.pl > Myśl > Eseje > Nepotyzm — jako jawna plaga czy temat tabu?
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski