> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№35 maj 2007

Nie będziemy subiektywni — czyli o co może chodzić „Machinie” Emilia Walczak

Początkowo tytuł tego referatu miał brzmieć: „Nie będziemy subiektywni. Nasza przyszłość poprzez pryzmat ostatnich przygód «Machiny»”. Zrazu chciałam, aby dotyczył on kwestii ograniczania wolności wypowiedzi na przykładzie losów miesięcznika „Machina” i aby godził w aktualne krajowe status quo, ale w trakcie przygotowywania owego referatu i całej związanej z tym faktem obróbki myślowej oraz lingwistycznej, doszłam do zupełnie nowych wniosków i zmieniłam zdanie oraz całą koncepcję — bo teraz oto sama ofiara stanie na ławie oskarżonych.

„Machina”, moje dawne jedyne źródło informacji o świecie. Pismo, którego wydawanie zostało wstrzymane w 2002 roku, z czego do pewnego czasu byłam dumna… Zaczęłam je kupować już w szkole podstawowej ku niezadowoleniu mojej mamy, która chodziła za mną krok w krok i powtarzała w kółko wciąż to samo pytanie: Ejże, czyś nie za młoda na czytanie takich gazet, moja panno?

Ostatnio miesięcznik ów znowuż miał zacząć wychodzić w swej dawnej „alternatywnej” postaci, ale w mig okazało się, że w nowej RP, w takiej właśnie formie, nie ma on po prostu prawa bytu. Przynajmniej nie w ogólnej dystrybucji — bo godzi w społeczne morale, bo zawiera treści niecenzuralne, bo obraża uczucia religijne — i właśnie tu zaważył fakt, że okładkę numeru zerowego miała w zamyśle przyozdobić twarz zgoła niemoralnej piosenkarki Madonny, ladacznicy zza Oceanu, w roli… Polskiej Madonny z Dzieciątkiem Jezus. Miała przyozdobić, no i przyozdobiła, ale owego numeru nie można było nigdzie kupić. Można było, przy odrobinie szczęścia, zdobyć go, podążając jakimiś podejrzanymi drogami, zawierając dziwne, tajne, niemalże szatańskie pakty poprzez Internet, mając przy tym jakże podwyższony poziom adrenaliny w organizmie i to szczególne słodko-gorzkie uczucie, że robi się coś bardzo złego. Zdaje mi się, że to zupełnie tak, jakby przechowywać, przemycać albo w ogóle: mieć styczność z tym, co kiedyś, w ciężkich czasach (choć dzisiejsze też są ciężkie, tyle że inaczej), a więc z tym, co kiedyś nazywano potocznie „bibułą”.

Mówią, że owoc zakazany smakuje najbardziej. Ale czy oby na pewno ta nowa „Machina” istotnie „smakuje” tak, jak dawniej, czy też może nieco się nadpsuła? I w jakim sensie nadpsuła, jeśli nadpsuła? Spójrzmy na sprawę w dwojaki sposób.

Po pierwsze: istnieje kwestia tak zwanego dobrego smaku, ale w moim przekonaniu, w jego granicach mieścił się ów projekt, zarówno graficzny (ten szczególnie, toż to ładna i estetyczna okładka była), jak i ideowy, przy czym ideę rozumiem tu jako „uświęcenie” piosenkarki Madonny, czyli wskazanie na fakt, że bezrefleksyjnie wielbimy niemoralną królową popu, a wielbić powinniśmy raczej bóstwo, Boga; i, w końcu, że jest ona tak zwaną ikoną pop-kultury. A ikona, jak wiadomo, kiedyś, za czasów Rublowa na przykład, wiązała się z wiarą, mistycyzmem, boskim natchnieniem i całą tą „kabałą”, o której nie chcę tu za dużo rozprawiać, bo i nie w tym rzecz.

Osobiście nie widzę w tego typu poczynaniach, jakimi odznaczył się parę lat temu nawet tygodnik społeczno-polityczny „Wprost” (przypominam: głośna sprawa-afera: Matka Boska i Dzieciątko Jezus w maskach gazowych). Ale — i to jest to drugie spojrzenie na sprawę — czy niecnym zamysłem „Machiny” miało być zgotowanie kolejnego szoku dla społeczeństwa? Czy gazeta ta chciała otwierać nam oczy, zmuszać do refleksji nad samymi sobą, podjąć jakieś działanie transgresyjne, uogólniając: czy miała jakąkolwiek misję? Otóż powiadam Wam: naprawdę nie sądzę. W kwestiach religijno-obyczajowych możliwości szokowania zostały wszak, zdaje się, całkowicie wyczerpane. Tak zatem, redakcja miesięcznika musiała doskonale zdawać sobie sprawę z faktu, iż żadnego szoku nie będzie, a jedynie wyniknie z tego jakaś kolejna bezsensowna, naciągana i nudna afera i rozpocznie się kolejne polowanie na czarownice, dzięki któremu „Machina” będzie mogła śmiało pretendować do miana biednego, męczeńskiego pisma i wszyscy się na to nabiorą, wszyscy będą chcieli ją mieć, kupić, czytać i nosić pod pachą, żeby być trendy. Chodziło więc jedynie o to, by zbulwersować pewne kręgi, narobić za ich pomocą szumu medialnego, którego nikt, oprócz samej „Machiny”, tak naprawdę nie potrzebuje i, co za tym idzie, zagwarantować sobie świetną, na wpół darmową reklamę. I to wszystko, moim skromnym zdaniem.

Jak to zatem nazwiemy? Odpowiedź jest prosta: zwykłym pójściem na łatwiznę, obraniem najprostszej drogi, którą wcześniej wydeptały i przemierzyły już całe milionowe pochody quasi-skandalistów. I to boli najbardziej — że „Machina” stała się banalna, kompletnie wyzuta z wyobraźni twórczej, że powieliła schemat marketingowy. Osobiście zawiodłam się na nich strasznie, a tak czekałam na ten dzień, kiedy „Machina” powróci z charyzmą i zrewolucjonizuje (na nowo) nasz rodzimy rynek prasowy.

To jest właśnie problem, na jaki chciałam w tej całej, przyjmijmy że wieloaspektowej „machinowej” aferze zwrócić uwagę, a nie natomiast na problem ograniczania wolności wypowiedzi. Jak się dziś sprawy mają — każdy widzi, co tu dużo mówić? I każdy wie także, iż w tej sytuacji zmuszeni będziemy po prostu powrócić najpewniej do tzw. drugiego obiegu, który, być może, w sposób całkowicie nieświadomy zapoczątkowała „Machina” tym swoim „horrendalnym” numerem zerowym.

No i bardzo dobrze, przynajmniej znowuż zacznie być ciekawie, twórcy zmobilizują się i utworzą kulturalną opozycję, wyrwiemy się z tego marazmu, w jakim tkwimy z wygodnictwa. (Bo, jak wiadomo, byt kształtuje świadomość — a więc jakie czasy, taka prasa, literatura, etc.) I może dopiero wtedy ktoś taki, jak na przykład mój, niezmienny od lat idol, Tadeusz Konwicki wyda w końcu jakąś książkę — pod pretekstem jakże kuszącej, bo prestiżowej i bohaterskiej podziemnej działalności.

Ale, jak już wspomniałam, ów ewentualny drugi obieg „Machina” mogła zainaugurować jedynie w sposób nieświadomy i niezamierzony, bo w chwilę później odcięła się już od tego typu działań, gdyż straciła wszystkich sponsorów i jej ewentualny powrót na rynek zawisł na włosku. To musiało być straszne! W tej podbramkowej sytuacji musiała więc zmienić swe oblicze i pójść na jakiś kompromis, niestety. Bo, jak się okazuje, nie czas, nie miejsce na reaktywację takiej „Machiny”, której hasło przewodnie miałoby brzmieć, jak dawniej: Jesteśmy subiektywni. Pod naciskiem jakichś decydentów „Machina” zmuszona była zmienić swą postać i tym samym jej obecnym, jakże wymownym mottem jest smutne stwierdzenie: Byliśmy subiektywni. Nic dodać, nic ująć, tyle tylko, że teraz pismo to traktuje o… No właśnie — o czym? Po prostu: promuje przeciętność, jak każde inne czasopismo dzisiaj. Przepraszam „Machinę” za to, co mówię, ale tak sprawa wygląda — i nie jest to tylko moje zdanie.

Wydaje mi się, że „Machina” nie będzie już nigdy subiektywna nie dlatego, że nie da się dziś iść pod prąd, a dlatego, że łatwiej jest płynąć z prądem. Bo „Machina” nie przegrała, „Machina”, niestety, dała za wygraną. Zamiast trafić do kiosków z hukiem fajerwerków, uczyniła to skromnie i po cichu, jakby chcąc uniknąć żenady.

Wniosek: jedni idą na łatwiznę, drudzy nie. Tak było zawsze, w każdej sytuacji politycznej czy jakiejkolwiek innej, stwarzającej trudności.

© 2006 Emilia Walczak

Referat wygłoszony 26 maja 2006 roku na seminarium kulturoznawczym „Przestrzenie Krytyki Kultury” zorganizowanym przez Pracownię Kultury Współczesnej w Wyższej Szkole Gospodarki w Bydgoszczy

verte.art.pl > Myśl > Eseje > Nie będziemy subiektywni

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski