Granicę Wschodu i Zachodu przekraczam na moim rowerze marki DIAMANT przeważnie trzy razy w tygodniu. Jadę wtedy z Kreuzberga na Lichtenberg, z rozedrgania starych kamienic w śpiączkę enerdowskich bloków. Z kolorowości arabskich straganów w mało malowniczą pustkę postindustrialną – w pootwierane dzioby lamp, powybijane oczy budynków. Piękne chusty na głowach ciemnoskórych, pramatczynych jakby kobiet, niepostrzeżenie zmieniają się w białe bluzy ze złotymi napisami „Dolce & Gabbana”; dominacja siatek ZARY kończy się gdzieś za centrum handlowym Alexa, kiedy to królować zaczynają reklamówki PLUS i ALDI; kompletnie niezrozumiałe i nieskończenie piękne dźwięki południowej mowy przechodzą w hochdeutsch, następnie w berliner dialekt, aby pod koniec zmienić się w znajomy słowiański rosyjski lub pląskający chiński.
Jechać rowerem po Berlinie to trochę tak, jakby urządzać sobie podróż po sztucznym kontynencie Eurazja, zredukowanym do terytorium jednego kraju. Jakby poruszało się po makiecie, na stworzenie której poświęcono jedno miasto. A co tam – Berlin, ten Nowy Jork Europy Zachodniej, niejedno już widział, nic mu nie zaszkodzi.
Zawsze zastanawiam się, gdzie był mur. Kiedy przyjechałam tu w październiku, miałam świadomość, że to miasto jest jedną wielką, źle pozszywaną raną, na której jednak jakimś cudem odrodziło się życie. Blood is liquid that dries very fast – powiedział Charles de Gaulle. Jak oni mogą tu normalnie żyć, jak wstali, otrzepali spodnie z historii i idą dalej – nie wiem. Ja od pół roku udeptuję chodniki mając świadomość, że broczę we krwi po kolana.
Pamiętam swój szok po przyjeździe do Niemiec. Przez dwanaście godzin jechałam pociągami na trasie Warszawa – Poczdam. Esesmani od początku uśmiechali się do mnie na granicach, których nie ma. Jechałam jak zwykle, żeby żyć sobie w trybie stand by, żeby widzieć wszystko w zbliżeniu milion pikseli, na przestrzał. Z nadzieją, że może kiedyś dokonam czegoś, przez co moje życie będzie wyglądało inaczej. Że jak pojadę gdzie indziej, być może odkryję lepszy świat. Psy i wieśniacy gdzieś za Kustrin Kietz stali na polu i patrzyli hipnotycznie w pociągi widma, z szacunkiem i lekką obawą. Po co to, gdzie jedzie i dlaczego, czy u siebie na miejscu nie ma wszystkiego, co potrzeba?
Przemieszczałam się ze Wschodu na Zachód i była to dla mnie ogromna skala przeżycia. Do kraju, gdzie trawa jest zieleńsza, a biedronki mają więcej kropek, wybierałam się pooglądać różnice. Nie mogłam się nadziwić prostym chodnikom. Bezczelnej nonszalancji wystroju berlińskich mieszkań, tak innej od polskiego porządku meblościanki i wersalki.
Zostawianiu roweru na ulicy bez łańcucha. Wszystko, co w moim wyobrażeniu powinno być brudne, było tu takie wystylizowane, a nie organicznie nieczyste. Wszędzie byłam mile widziana. Wszyscy chcieli mi pomóc. Nikt na mnie nie krzyczał. Chciało mi się wszystko.
Berlin. Jakoś bardziej myśli się w tym mieście, jak to jest z tą Europą. Punki stoją na dworcach jak posągi dawnego systemu, dawnej dążności do obalenia złej władzy. Widzi się szalenie dokładnie, że jeżeli żyło się w rzeczywistości, w której granice trzeba było przekraczać schowanym w kufrze / w głośniku / w balonie własnej roboty / we wnętrzu atrapy krowy / kopiąc tunele wanienką dziecięcą, to jest się innym człowiekiem niż ten, który urodził się w roku 1988. Takie to oczywiste i takie niesamowite zarazem. Zrozumiałam tu, że nic nie rozumiem. To, co mi wydaje się daleką groteską, działo się naprawdę. I ci, co mają to w głowie, nie mogą wiedzieć, jak to jest, nie mając tego w głowie. Po prostu. Tak jak z Norwegiem i Dunką, którzy ze mną mieszkają, nigdy nie porozmawiam inaczej niż po wierzchu o wojnie i kto miał rację, ponieważ oni tego nie przeżyli, nie doświadczyli tej emocji – nawet cienia tej emocji, przekazanej z pokolenia na pokolenie. I trzeba to przyjąć. Bardzo mało wiemy o sobie nawzajem. Bo Polak nie jest przecież tylko złodziejem, a Szwed sytym i samotnym człowiekiem Zachodu. Jeszcze lata ciężkiej harówy przed nami, żeby się o tym przekonać.
Gdy wyjeżdża się na łono obczyzny, wszystko widzi się wyraźniej. Myśli się, że chęć integracji współgra jednak z tendencją do dezintegracji. Gdy ktoś pyta mnie, czy w Polsce potrzebujemy wizy do wszystkich krajów i czy mamy taką samą pogodę i czas jak tu,
w Niemczech, to myślę, że są jednak dwie Europy. Ja jestem z tej drugiej, gorszej, w której wyrosłam i która zostawiła mi niezmazywalne znaki w głowie. Ochrzciła mnie, czyniąc na czole wielką literę „E”, jak East. To dlatego czasem wydaje mi się, że Zachód wcale nie chce Wschodu, usuwa nas jak niechcianą ciążę. Tylko ten płód jest już w połowie drogi. To dlatego czuję się winna kupując kawę za 4 euro w Starbucksie, myśląc o tym, że moja babcia tyle ma przeznaczone na dzień zakupów. W głupim H&M-ie czuję zawsze wyrzut, uświadomiwszy sobie, że ta biedna pani z obsługi musi odwieszać ubrania, które przymierzyłam. To dlatego, gdy moi niemieccy przyjaciele przynieśli mi prezenty w pięknych opakowaniach, szkoda mi je było wyrzucać, chciałam sobie zostawić na później do popatrzenia albo zapakowania czegoś w czasach kryzysu. To dlatego Rosjanka w metrze od Alexanderplatz do Kurfurstendamm całą drogę przepraszała mnie słowem i wzrokiem za to, że nadepnęła mi na nogę (w spojrzeniach także kryje się wschodniość lub zachodniość). Jakbym miała ją za to deportować do jej ojczyzny. To dlatego ja ze swoim wschodnioeuropejskim kompleksem rowerzysty jako wroga publicznego zarówno pieszych, jak i automobilistów, zawsze poddańczo kłaniam się, gdy ktoś przepuszcza mnie na światłach. Naprawdę ja? – myślę sobie i rozglądam się wokół. To dlatego – chociaż będąc na Olimpia Stadion pomyślałam, że to jest właśnie scenografia moich koszmarów, straszna realizacja strasznego snu o strasznej potędze – w architekturze NRD zawsze jest mi trochę bardziej jak w domu: lichtenbergowskie smętne mlecze, gdzieniegdzie stokrotki, niby natura, ale skomponowana jak bloki. Karl Marx Strasse jak Nowa Huta i gdańskie osiedle Zaspa. Słodka kraina dzieciństwa. Dla mnie zawsze bardziej przyswajalna niż szwedzki spokój dzielnicy Krumme Lanke, gdzie wyobrażam sobie, że jestem żoną jakiegoś niemieckiego doktora i tak sobie po prostu bezkarnie spaceruję ulicą Bergmana albo Rybackich Kapeluszy. O niczym innym nie da się tam wśród rozkwitających magnolii myśleć. Psy nie szczekają, bo i po co. O co się kłócić. O co walczyć.
Istnieją dwie Europy, które tworzą jedną, napiętą całość. Obie popełniły błędy – ta po prawej myślała, że kiedy upadnie mur, od razu dostanie wszystko, czego przez lata nie miała – i dobrobyt, i wolność przemieszczania się, a ta po lewej – że po śmierci Systemu od razu nastanie światła demokracja. Ale przecież tak nie jest. Pół wieku komuny zostawiło po sobie potężne zgliszcza, trzeba procesu, żeby je usunąć. Europa Wschodnia jest w stanie jakiejś potężnej żałoby po tym, co było, i po niemożności złapania za ogon tego, czego widmo przesunęło się po horyzoncie. Kiedy myślę o wschodniej Europie, to mimowolnie widzę popodłączane do swych różowych empetrójek dziewczęta w tramwaju na Landsberger Allee
i staruszkę w różowym dresie Calvin Klein Jeans, która obejmuje miłośnie swój balkonik
i próbuje się z tego tramwaju wydostać. Dobrobyt i destrukcja mają ten sam kolor.
Mam 20 lat i czuję, jak bardzo historia mnie przytłacza. Wcale już nie mam tego miłego poczucia, że wszyscy są zacofani i żyją w świadomości i kulturze swojego kraju, a ja, światła i nowoczesna, unoszę się ponad granicami, mogąc wszędzie dogadać się po angielsku i znaleźć tego nieszczęsnego Starbucksa. Jestem z Europy Wschodniej, zawieszona między zimną Północą, gorącym Południem, nigdy niewidzianym Wschodem, czasem nudnym Zachodem. Przywiozłam tu, do Berlina, spory pakunek swoich resentymentów i pyzatych stereotypów. Jestem wśród setek innych narodowych problemów i poważnych wojen, na które brak czasu w wiadomościach. Jakiż jest ważniejszy problem dla Serba w Berlinie, niż bitwa pod Kosowym Polem w 1389? Żaden. Co jest ważniejsze dla Francuzki Alice, niż to, że w Lille zamknięto jej ulubioną galerię? Nic. Co jest ważniejsze dla mnie, niż to, że w Gdańsku autobusy nocne są niezsynchronizowane z SKM-ką? Nic. Ale życzę sobie, żeby za kilka lat każdy Polak dziwił się jak moja przyjaciółka Johanna, kiedy zobaczy paradę wojska na koniach 11 Listopada (to był u nas za Hitlera! To taki śmieszny dla mnie było w Polsce!). Życzę sobie, żebym skończyła nienawidzić swoje przedniojęzykowe „r”, którego nigdy nie wymówię gardłowo i prawidłowo, i zawsze sztucznie brzmiących umlautów. Życzę Wschodowi, żeby każdy miał szansę.
Dwadzieścia lat po upadku murów emocje opadły, a zostało rozczarowanie. Trzeba rozebrać też mur w głowach. Trzeba samemu ruszyć się, robić. Ja w Berlinie zbieram już te resztki kurzu i pyłu, kiedy siedzę przy jednym stole z Niemcem, Włochem, Serbem, Holendrem, Izraelczykiem i Turkiem. Podróżuję namiętnie międzynarodowym metrem, West Bahnem, który pędzi na szynach naszej mentalności i który mówi do mnie z głośników rzeczy będące metaforą sytuacji w Europie, która nie jest jeszcze na „Ende Station”, nie „diese Zug endet hier” – na to jest za wcześnie; już nie „einsteigen bitte” – bo w środku jest szalenie ciasno; troszeczkę, w chwilach złości „bitte alle aussteigen”; najbardziej pasuje mi jednak: „Bitte beachten Sie die Lucke zwishen Zug und Bahnsteigkante”. Trzeba uważać, bo ta luka pełna jest ludzi, którzy nie są ani po jednej, ani po drugiej stronie. I to nie jest zarzut – oni po prostu nie wiedzą jeszcze, gdzie powinni być.
Może to głupi optymizm, ale myślę, że Europa zmienia się. Europa – mimo wszystko – otwiera się, pędzi po szynach. To, że ja, Polka z proletariackiej rodziny, jadę w letniej kanikule na rowerze DIAMANT z Zachodu na Wschód, a potem ze Wschodu na Zachód, bez paszportu, bez wizy, legalnie – jest na to najlepszym dowodem. Mam nadzieję, że najpierw metrem, a potem moim skrzypiącym rzęchem dojadę niedługo do Polski, pokazać, jak niewiele straciłam i jak wiele zyskałam pod berlińskim niebem.
© 2009 Anna Wakulik
verte.art.pl > Myśl > Eseje > Niebo nad Berlinem, czyli na Zachodzie (bez) zmian
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski