> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№41 listopad 2007

Nowa Wieża Babel + Przytulenie kaczki (gratis) Jan Ostrowski

I oto nadszedł ten moment. Chwila niczym nieskrępowanej wolności. Nieskończoność wyborów i możliwości. Zawężona jedynie przez wiecznie ograniczoną, choć nie ważne jak długo poszerzaną świadomość. To już koniec egzaminów i stresów. Teraz życie będzie egzaminem, w którym będę mógł wykorzystać te niewyobrażalne wprost mądrości, jakie bez wątpienia posiadłem. Nareszcie nadszedł czas rozwinąć skrzydła, uważniej pielęgnować twórczy potencjał, który odłożony gdzieś na strych osobowości — tam gdzie nie kłuje w oczy, co jakiś czas upominał się o chwilę uwagi, kiedy zmuszony byłem, zagłębiać się w bardzo ważne zagadnienia z zakresu socjologii: Co ty tutaj robisz?, To pojęcie może mieć jeszcze… ze 32 definicje, Widziałeś? Wykładowca też ziewnął, On to ma przez całe życie, Ty masz jeszcze szanse. Uciekaj! I zawsze zostawałem. Może to z lenistwa, gdyż sumienie nie pozwoliłoby mi odejść dopóki nie napisałbym tych 32 definicji. A może ze strachu, bo po tych 32 definicjach, mógłbym odnieść wrażenie, że jeszcze nie wystarczająco jasno określiłem znaczenie przedmiotu rozważań i że np. jego sens leży w podmiocie, że się tak wyrażę, rozważającym. A to niestety oznacza dużo, dużo definicji (jakieś sześć miliardów razy więcej — przyjmując oczywiście, że każdy ziemianin wygenerowałby chociażby te 32). A w domu czeka kilka zakurzonych książek, które choć nie należą do tych lektur, które każdy intelektualista powinien „mieć przeczytane”, to jednak mają subiektywną wartość, nawet jeśli stymulują tylko mój umysł.

Tak oto potencjał, który we mnie drzemie nie pozwala mi spokojnie przyjmować wiedzy proponowanej mi przez różnego rodzaju ośrodki kształcenia. (Na potrzeby powyższego zdania, przyjąłem, że w każdym człowieku drzemie jakiś tam potencjał — również we mnie.) Choć nie powiem, nieraz zdarzyło się, że uraczyłem się mieszanką wiedzy i osobowości wykładowcy. Niestety na ogół raz poszerzona przez to świadomość, musiała zwężyć się z powrotem do regułek i typologii. Nie można powiedzieć, że uczenie się ich jest stratą czasu. Jeśli są postrzegane jedynie jako narzędzia do analizy rzeczywistości, mogą być wzbogacające. Problem w tym, że te narzędzia można produkować w nieskończoność. Ilość abstrakcji i perspektyw postrzegania świata zależy jedynie od umysłowości badacza. Niestety nieważne ile posiądzie mądrości, i tak w pewnym momencie pojemność (lub istnienie) jego umysłu się skończy, nie mówiąc już o możliwości swobodnego poruszania się po skrzętnie gromadzonej wiedzy.

Wzbogacona przez pozytywistyczne ideały nauka wydaje się w ten sposób realizować romantyczną wizję ciągłego dążenia do prawdy absolutnej pomimo świadomości skończoności ludzkiego poznania. No, ale cóż jeżeli w nieskończoność będzie się tworzyć nowe, lepiej wyjaśniające rzeczywistość teorie, ktoś w nieskończoność będzie je wydawał, a na uczelni w nieskończoność będzie coraz więcej nowych etatów (w ramach postępującej w nauce specjalizacji), na które o dziwo coraz trudniej będzie się dostać, bo coraz więcej książek trzeba „mieć przeczytane”, żeby zdobyć uznanie. W ten sposób zamiast uczyć myślenia i analizy bieżącej rzeczywistości, uczelnie produkują kolejne tomy książek, przez które trzeba przebrnąć. Z jakichś bardzo wytrwale obiektywizowanych powodów jedne tomy tych wypocin są ważniejsze od drugich. Oczywiście do czasu, aż ktoś uzna, że są już bezużyteczne i trzeba napisać nowe, grubsze, mądrzejsze lub bardziej estetyczne, w myśl nowo odkrytej prawdy, doktryny, idei (niepotrzebne skreślić).

No i wyszła mi piękna teoria spiskowa, aż by się chciało opublikować i zgarnąć kasę. Szkoda tylko, że nie ja pierwszy o tym mówię (P. Bourdieu, J. Passeron, „Reprodukcja. Elementy teorii systemu nauczania” — nie polecam i nie czytałem — tak tylko mi się obiło o uszy, że tam jest mowa o homo academicus, który stosuje przemoc symboliczną wobec wszystkiego co się rusza) i wbrew pozorom nie uważam, żeby to było coś niewłaściwego czy też nieetycznego. Jest to niewątpliwie mechanizm, który powstał samoistnie w związku z przyjętymi przez naukę metodami, bez świadomego narzucania kierunku rozwoju. Nie ma więc za bardzo sensu postrzegać tego w kategoriach dobra i zła. Tym bardziej że choć współczesna nauka nie jest już w stanie ogarnąć w całości poznanej rzeczywistości, to przynajmniej stanowi jakiś względnie efektywny system jej poznawania, chroniąc przed celową manipulacją dostęp do prawdy (czy też tworzenia prawdy).

Obawiam się jednak, że bez spojrzenia na postępy nauki jako całości — sumy wiedzy wszystkich jej dziedzin, nie da się dłużej utrzymać przyspieszenia, z jakim odbywa się rozwój cywilizacyjny, ani spójności wszystkich teorii, których ilość rośnie w skali logarytmicznej. Ogrom wiedzy zaczyna uniemożliwiać pełne wykorzystanie jej zasobów. Wielość specjalizacji w nauce i odpowiadająca jej wielość perspektyw poznawczych od dawna nie jest już możliwa do ogarnięcia przez umysł ludzki.

Współpraca poszczególnych dyscyplin zakłócana jest przez charakter aktu komunikacji. Mam tu na myśli zniekształcenie relacji między symbolem określającym obiekt a samym obiektem, spowodowane przez subiektywny charakter znaczenia, jakie nadawane jest zarówno obiektowi, jak i symbolowi (trójkąt semantyczny C. K. Ogdena i I. A. Richardsa). Mówiąc prościej, jeżeli powiem np. nie lubię kaczek, może to oznaczać, że nie lubię jeść kaczek, nie podoba mi się ich styl bycia, bądź też to, że mnie jakaś po prostu udziobała kiedyś. Mało tego, niejeden bystry rozmówca mógłby dojść do wniosku, np. że skoro nie lubię kaczek, to jestem wegetarianinem, nie wiem, co jest dobre, albo, że jestem jakimś podłym liberałem, naiwnym socjaldemokratą, albo warchołem czy członkiem układu. Może to nawet oznaczać, że jak nie lubię kaczek, to kur pewnie też nie, że jestem członkiem ochotniczej straży pożarnej albo pyłem gwiezdnym, jeśli tylko miły rozmówca będzie miał ochotę wyczytać to z moich słów.

(Już wyjaśniam: Miły, bądź nie, rozmówca może dojść do wniosku, że rozmowa ze mną nie ma sensu, bo jeżeli narzekam na tak cudowne stworzenie jakim jest kaczka, to albo się nie wyspałem, albo jestem kimś, kto nic tylko narzeka i nie warto ze mną gadać. Ale!!! Przecież zarówno kaczka, jak i ja, jesteśmy stworzeniami bożymi (nie: boskimi), wiecznie zmagającymi się z ciasnotą naszych umysłów, przez co robiącymi od czasu do czasu jakieś głupstwo w postaci narzekania, pomówienia, małego szantażyku lub aresztowanka. A to przecież może zdarzyć się każdemu, kto ma jakiegoś upierdliwego znajomego, nielubianą ciotkę, ciągle tą samą żonę, konkurencję w pracy, lub przeciwnika politycznego.

Nasz rozmówca może dojść do wniosku, że potępianie mnie za powyższe przewinienia, choć niewątpliwie słuszne, może nie przynieść pożądanego efektu. Problemem nie jest tutaj bowiem człowiek, ale jego brak świadomości. Wiedząc, że mądrość osiąga się dzięki wewnętrznej potrzebie jej osiągnięcia i doświadczeniu, niestety można zrobić niewiele więcej niż być odzwierciedleniem i źródłem wiedzy, którą było nam dane zrozumieć. Gdy to nic nie daje, pozostaje nam pozwolić ludziom doświadczać skutków własnej niewiedzy (mnie, kaczkom, upierdliwym znajomym, czy wyborcom). Rzeczywistości nie da się kontrolować, a kiedy mądra osoba kłóci się z nie tak mądrą, to ktoś, kto patrzy z boku może nie dostrzec żadnej różnicy. Niestety, proces wzrastania świadomości wymaga czasu i ofiar. Na to skazany jest każdy człowiek — na ponoszenie konsekwencji własnej niewiedzy. Ale jest i dobra wiadomość: w miarę upływu czasu, ofiar jest mniej.

Walka z czyimiś poglądami powoduje, że krytykowana osoba wzmacnia swoje stanowisko, zmuszona do wyszukiwania nowych argumentów dla podtrzymania istnienia tego stanowiska. Atak wzmaga opór, agresja wywołuje agresję, zmuszając naszego rozmówce do utraty rozsądnego dystansu, z którego można prowadzić dyskusję. Powoduje odejście od istoty rozmowy z drugim człowiekiem, którą, według mnie, jest właśnie zwiększenie świadomości prowadzących dialog ludzi.

Brak świadomości, jak sama nazwa wskazuje, oznacza pewną niepełność. Jest wybrakowaniem u osoby, która nie posiada odpowiednich narzędzi do podejmowania właściwych, rozsądnych działań. A co za tym idzie, jak każdy człowiek popełnia błędy. Prawdziwym błędem jest jednak oczekiwanie od otoczenia, że będzie zgodne z posiadaną na jego temat wiedzą. Nieszczęście zaczyna się, gdy przestajemy wątpić w naszą nieomylność, gdy przestajemy zadawać sobie pytanie, czy jest coś nie tak w moim postrzeganiu rzeczywistości. Zamiast rozumienia, dostrzegania przyczyn i skutków, poszukiwania odpowiedzi, rozwoju, mamy wtedy walkę z postrzeganą rzeczywistością i ludźmi wokoło, przemieniającą się niekiedy w galopującą żenadę w postaci walki z układem. Tajemniczym układem — jedyną rzeczą, która psuje nasz kraj.

Zatem widząc kogoś, kto podąża na oślep, miotając się we własnej złości i niewiedzy, zamiast dołączać do chóru nienawiści, trzeba robić swoje. Ten ktoś nie radzi sobie po prostu ze swoją niedoskonałością. Doświadcza przemocy, którą sam wokół rozdaje. Pytając się, jak to możliwe, że ktoś postępuje w ten sposób, na pociechę można sobie pomyśleć: „Wiem! Jego trzeba przytulić!”

Kończąc powyższy zarys toku myślenia, prowadzącego od niechęci do kaczek do pyłu gwiezdnego: jeżeli nasz miły rozmówca (a teraz już śmiało można powiedzieć, że rozmówca jest miły) wykaże się przedstawionym tu sposobem myślenia, dojdzie do wniosku, że nie warto krytykować mnie za ewidentny przykład marudzenia. Może obdarzyć mnie akceptacją i zrozumieniem, bo przecież wszyscy zamieszkujemy ten sam wszechświat i w momencie wielkiego wybuchu wszyscy byliśmy jednością. Atomy, z których jesteśmy zbudowani, powstały w wyniku wybuchu gwiazd. A po co się tyle przejmować jakimś marudą, skoro jesteśmy tylko zagęszczonym pyłem gwiezdnym. No cóż, nawet jeśli wykaże się brak racjonalności w powyższym myśleniu, nasz rozmówca może sobie tak pomyśleć.

Aha… nasz rozmówca mógł być także świadkiem akcji ratunkowej straży pożarnej, która została wezwana na pomoc pewnej kaczce przymarzniętej do tafli jeziora. Wiąże się to z pewnymi oznakami niezadowolenia w związku przebywaniem na mrozie dla jakiejś kaczki czy jakiegoś innego ptactwa. Stąd wniosek, że człowiek nieprzepadający za kaczkami może być członkiem ochotniczej straży pożarnej. Hm… głupie, ale możliwe. Żeby to udramatycznić, można sobie wyobrazić przymarzniętego do lodu premiera.

Zresztą nie o chodzi tu o prawdopodobieństwo konkretnego zdarzenia. Powyższe przykłady wskazują na ogromne pole możliwości interpretacji, subiektywizm rozumienia każdego symbolu, jakiego używamy w komunikacji, i postrzegania każdego przedmiotu, jaki staramy się określić. Rozbieżności są tym większe, im bardziej różnią są nasze uwarunkowania społeczne i kulturowe.

Nie ma człowieka idealnie racjonalnego. Jeden z klasyków socjologii Max Weber — twórca socjologii rozumiejącej, koncepcji typu idealnego, autor takich dzieł jak „Etyka protestancka i duch kapitalizmu”, „Gospodarka i społeczeństwo” — podczas swoich wykładów miewał ataki płaczu i histerii, dlatego że jego studenci nie byli w stanie go zrozumieć. Im bardziej rozbudowany aparat pojęciowy, tym więcej można zrozumieć czy opisać. Tym większa także staje się przestrzeń, w ramach której mogą zrodzić się nieporozumienia.)

Można oczywiście precyzować znaczenie, jakie nadaje się każdemu pojęciu, ale to oznacza dodanie kolejnych kilkunastu słów, których znaczenie także dobrze byłoby sprecyzować. Pozostaje jedynie wiara w fenomenologię albo racjonalność komunikacyjną w wydaniu J. Habermasa, czyli otwarty umysł, uzbrojony w empatię, pozbawiony egocentryzmu, jaki towarzyszy zawsze wszelkiego rodzaju sporom naukowym. Ich uzasadnienie na ogół oznacza walkę o utrzymanie niezmienności i stabilności całych tomów nabytej z mozołem wiedzy, bądź też zwyczajnie sprowadza się do podświadomej postawy, którą można wyrazić stwierdzeniem: Moja prawda jest prawdziwsza od twojej, bo to znaczy, że jestem mądrzejszy i dobrze się z tym czuję.

Lepsza komunikacja stanowi jedynie środek łagodzący skutki, niewyjaśniający istoty problemu. Możemy nauczyć się względnie dobrze rozumieć siebie nawzajem przy pomocy mieszanki logiki i intuicji, lecz nie pozbawi nas to odczucia, że im bardziej gonimy za prawdą, tym bardziej nam ona ucieka. Im więcej otrzymujemy odpowiedzi, tym więcej pojawia się pytań. Jak widać rozum nie jest wystarczającym narzędziem poznawczym, żeby wyjść poza jedynie dostępną dla człowieka prawdę subiektywną. Pozwala nam określić wszystko, co tylko jesteśmy w stanie dostrzec i mamy ochotę opisać. Jednak jest to tylko opis naszego postrzegania tego co widzimy, tego co nauczyliśmy się widzieć, dzięki naszym predyspozycjom poznawczym, jakie uzyskaliśmy w naszym społeczeństwie i kulturze. Mówiąc inaczej, prawda o poznawanym obiekcie nie leży w nim samym, tylko w umyśle, który go poznaje. Jest interpretacją tego obiektu. Stanowi tylko wycinek prawdy o nim. Z filozoficznego punktu widzenia prawda obiektywna może istnieć (w postaci absolutu, Boga, pierwszej przyczyny), ale dla umysłu ludzkiego poznawalna jest tylko prawda subiektywna. Skazani zatem jesteśmy na mniej lub bardziej trafne próby obiektywizacji rzeczywistości. Chcąc, nie chcąc, zawsze będziemy mogli poznać tylko cząstkę prawdy. Gromadzenie wiedzy jest niestety syzyfową pracą. Istota rzeczy zawsze będzie nam umykać.

Skoro i tak skazani jesteśmy na interpretowanie rzeczywistości powstaje pytanie: czy zagłębienie się w subiektywizm ludzkiego poznania może przynieść jakieś korzyści? Rozum, pomimo swej skuteczności w organizowaniu rzeczywistości, tworzy tylko kolejne złudzenia prawdy. Prawdy, którą zawsze można zastąpić inną, prawdziwszą. Badanie świata zewnętrznego przy pomocy umysłu jest czasochłonne i w ostatecznym rozrachunku skazane na porażkę. Jak pisze Schopenhauer:

od zewnątrz nigdy nie zdołamy dotrzeć do istoty rzeczy: jakkolwiek by badać, nie uzyska się niczego prócz obrazów i nazw. Przypomina to kogoś, kto obchodzi wkoło zamek, szukając daremnie wejścia i szkicując tymczasem fasady.1

Gdzie zatem znajdują się drzwi do istoty rzeczy? Dokąd prowadzi nas subiektywizm?

Chaos poznawczy, który towarzyszy wielości wiedzy, wartości, punktów widzenia i wejrzeń w rzeczywistość, ma swoje dobre strony. A są nimi… nie uwierzycie: wielość wiedzy, wartości, punktów widzenia i wejrzeń w rzeczywistość. Człowiek, choć nie jest w stanie zdobyć wiedzy pewnej, na której mógłby bez obaw oprzeć swoje działania, może korzystać z prawdziwego bogactwa, jakie dostarcza mu światopoglądowo zróżnicowane, a przez to pożywne intelektualnie i kulturowo społeczeństwo. Choć nie może kontrolować rzeczywistości, kształtować jej według swojego uznania, to może włączyć się w proces jej tworzenia, być przekaźnikiem, jak i twórcą wiedzy i umiejętności. W ten sposób subiektywizm postrzegania świata, przekierunkowuje nasze wysiłki na przestrzeń, którą o wiele łatwiej jest nam poznać i rozwijać, czyli nasze wnętrze, naszą rozumność.

Być może tu właśnie znajdują się drzwi do „istoty rzeczy”. Prawda może znajdować się bliżej niż myślimy. Zamiast szukać jej wokół nas, może warto lepiej przyjrzeć się sobie samemu. Zamiast walczyć o to, kto jest bliżej prawdy, możemy skupić się na tym, żeby nasze poszczególne prawdy dawały nam łącznie pełniejszy obraz rzeczywistości. Niech każda para oczu „widzi co innego” i podzieli się tym ze światem. Mało tego, niech widzi te same rzeczy w inny sposób. Indywidualny wysiłek wielu ludzi włożony w subiektywne poznanie rzeczywistości może przynieść więcej korzyści, niż próba dojścia do jedynie słusznej prawdy. W ten sposób powstaje prawdziwe bogactwo kulturowe, wielość możliwości i dróg rozwoju. Zamiast próbować kontrolować rzeczywistość, możemy pozwolić jej swobodnie się rozwijać. Możemy tworzyć ją wspólnie przez sumę naszej świadomości, bez złudzenia, że będzie słuchać pojedynczych głosów „rozsądku”, że da się zamknąć w schematy i typologie. Czas już porzucić złudzenie kontroli biegu zdarzeń. Nie musi nas już paraliżować strach przed nieznanym.

Suma świadomości wszystkich ludzi powoli przestaje być zwykłym bezładem. Zaczyna kształtować się „wolny rynek idei i wiedzy”. Kończy się miejsce dla destruktywnych, nieświadomych działań. Obecnie największe szanse na przetrwanie ma wiedza, która niesie ze sobą rozwój i jak największe korzyści dla wszystkich ludzi. Demokracja i wolne media są mechanizmami, w ramach, których spotyka się ze sobą świadomość wszystkich ludzi. Rzeczywistość społeczna jest wypadkową wszystkich myśli, emocji, działań (zarówno tych świadomych, jak nieświadomych). W ten sposób bogactwo kulturowe, mądrość ludzkości (lub jej brak) wizualizuje się w mniej lub bardziej konstruktywny sposób. Można wyodrębnić w ten sposób obraz pewnego rodzaju nadświadomości, która zmierza do coraz szybszego rozwoju, wchodzi na coraz wyższe szczeble organizacji, tworzy coraz efektywniejsze metody poznawania rzeczywistości. Tą nadświadomością nie można kierować, ani spojrzeć na świat przez pryzmat całości zgromadzonej w niej wiedzy. Każdy z nas może za to korzystać z jej osiągów. Wykorzystać tę wiedzę, która jest nam akurat potrzebna, aby szybciej i lepiej wzbić się na wyższy poziom świadomości. Dawać coraz większy wkład w nadświadomość tworzoną przez naszą cywilizację, tak, aby mogła zabrać nas jeszcze dalej. Stworzenie internetu czy teleskopu Hubble’a nie jest możliwe dla pojedynczych ludzi. Jednak każdy z nas może wykorzystać osiągi ludzkości, żeby uzyskać nowy wgląd w rzeczywistość.

Czas już pogodzić się z tym, że nasze postrzeganie rzeczywistości jest subiektywne, że granica wytyczona przez całokształt naszej wiedzy dąży do nieskończoności. Wiedza, mądrość, świadomość mogą mieć swoje ograniczenie, ale tylko wtedy, jeśli tego sami zechcemy. Kiedy pozwolimy, aby uwięził nas jakiś wytwór naszego umysłu czy jakiegokolwiek innego aspektu naszego istnienia, każąc nam żyć, myśleć i funkcjonować wobec ściśle określonych reguł. Oznaczałoby to zejście z drogi postępu, rozwoju. Czy to możliwe, że kiedyś postanowimy zatrzymać się, nie pragnąć już nigdy niczego nowego, większego i lepszego? Jeżeli chcemy kiedykolwiek odnaleźć drzwi do „istoty rzeczy”, musimy zdać sobie sprawę, dokąd zmierzamy. Naszym celem jest nieskończoność, a jej osiągnięcie zajmie nam, nie mniej, nie więcej niż wieczność. Budujemy nową Wieże Babel. Kładziemy każdą kolejną cegłę właśnie wtedy, kiedy stworzymy nowy język opisu rzeczywistości. Gdy ktoś wzbije się ponad to, co zostało już zrozumiane, dostrzeżone i przedstawi inne spojrzenie, stworzy nową abstrakcję, nową dziedzinę nauki, sztuki, życia.

Co na to Bóg? Czy pozwoli nam spojrzeć na świat jego oczyma? Czy ukarze nas kolejną katastrofą? Czy chaos, który na nas zesłał w momencie, gdy zaczęliśmy postrzegać rzeczywistość w sposób zindywidualizowany, jest naszą karą czy po prostu skutkiem naszego wyboru? A może jest czymś więcej? Może jest wręcz istotą aktu twórczego.

Chaos zawiera w sobie nieskończoność wyborów, możliwości, dróg rozwoju. To z chaotycznie zagęszczającej się materii powstały pierwsze gwiazdy i planety. Z chaotycznie mieszających się związków chemicznych powstało życie. Jak pisze Ilya Prigogine, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii: Przechodząc od warunków równowagowych do warunków dalekich od równowagi, oddalamy się od tego, co jest powtarzalne i powszechne, zbliżamy zaś ku niepowtarzalnemu, szczególnemu. Istotnie, prawa równowagi są uniwersalne. Stan bliski równowagi sprzyja „powielaniu się” procesów zachodzących w materii, natomiast z dala od równowagi pojawia się ogromne bogactwo mechanizmów odpowiadających rozmaitym możliwym rodzajom struktur dysypatywnych” (struktur rozproszonych).2 Podobnie z chaosu idei i perspektyw poznawczych wyłaniają się te, które zwiększają możliwości twórcze ludzkości. Wnoszą nas na wyższy poziom świadomości. Pozwalają stworzyć na jej podstawie nowy porządek. Porządek, który jednak jest przejściowy. Nie jest istotą rozwoju, ale tylko jego kolejnym etapem. Sprawdzającym się do czasu, aż niemożliwy do ujarzmienia chaos wyrwie się z pod jego jarzma i zacznie zmierzać się do samoorganizowania się nowego ładu. Bardziej złożonego, charakteryzującego się pełniejszym rozumieniem rzeczywistości i możliwości, jakie mamy jako elementy tej rzeczywistości.

Jednak chaos taki, jak go obecnie postrzegamy, jest czymś innym. Jego konsekwencje stały się przyczyną stworzenia rzeczy, których doniosłość sięga wysoko ponad ramy ziemskiej egzystencji. Gwiazdy, planety, wszelkie przejawy życia, całe galaktyki są efektem twórczego oblicza chaosu. Jednak my koniecznie chcemy postrzegać go jako element destrukcji. Jako naszą karę za to, że nasza cywilizacja nie jest odzwierciedleniem boskiego planu, naukowej doktryny, ideologii, kodeksu moralnego lub czegokolwiek, w co nauczyliśmy się wierzyć, w zależności od naszych uwarunkowań. Starożytni mieszkańcy Mezopotamii, według symboliki biblijnej, byli pierwszymi ofiarami chaosu. A właściwie jako pierwsi nie potrafili sobie z nim poradzić. Choć czasy się zmieniły, na Bliskim Wschodzie odmienność, różnorodność poglądów nadal traktowana jest jako zagrożenie, jako coś, z czym trzeba walczyć wszelkimi możliwymi sposobami. Każdy walczy o swoją wizje ładu, w ramach którego mogą zmieniać się jedynie rodzaje broni służące do jego podtrzymania.

My, orędownicy pokoju, wielcy humaniści kultury Zachodu, stanowczo odcinamy się od tego typu postępowania. O tak! My potrafimy komunikować się między sobą bez używania przedmiotów trwale odbierających naszym rozmówcom możliwość wyrażania własnego zdania (w postaci nagłej śmierci). Osiągnięcia naszej cywilizacji sprawiły, że wzbiliśmy się ponad to barbarzyństwo. Przemoc, którą wytrwale w sobie pielęgnujemy, wzbiła się na wyższy poziom. Jest o wiele bardziej wyrafinowana. Po co zabijać naszego rozmówcę, skoro można trwale odbierać mu jego wartość? Bardziej opłaca się trzymać kurczowo własnych poglądów, wykazać ich wyższość. Można by przyjąć, że rzeczywistość można postrzegać na wiele sposobów, ale jakie to przyjemne, jak udowodni się komuś, że moja prawda jest prawdziwsza od jego prawdy, że jest się bardziej oczytanym, potrafi się zacytować więcej klasyków, artystów, mniej lub bardziej szalonych filozofów (ja gustuje w tych bardziej szalonych) i różnego rodzaju mądrali. A zresztą, taka otwartość wymagałaby ciągłej analizy własnych poglądów, ciągłej gotowości do porzucenia tego, co już wiemy. Nie można by było oprzeć się na stałe na żadnej wiedzy. Oznaczałoby to ciągły brak bezpieczeństwa, ciągły strach przed zmianą. Wprawdzie można by zaakceptować, że zmienność rzeczywistości jest jak najbardziej naturalna, a wręcz sprawia, że w istnieniu zawsze będzie można znaleźć jakiś nowy, ciekawy aspekt. Może nawet nauczylibyśmy się swobodnie dostosowywać się do tych zmian, rozumieć je i cieszyć się nimi. Ale to jest coś nieznanego, czyli coś, czego nauczyliśmy się już obawiać. O wiele łatwiej żyje się w lękach, które już znamy. Lepiej jest, gdy pilnujemy, aby rzeczywistość spełniała nasze oczekiwania. Łatwiej jest bez przerwy obawiać się, że nas czymś zaskoczy, niż otworzyć swój umysł na kolejne jej aspekty. Nie ważne, że one mogą wzbogacić naszą osobowość. Życie to walka. Nawet jeśli zdobędziemy się na otwartość, inni będą chcieli to wykorzystać. Będą chcieli cieszyć się swoją wyższością. Ludzie nie lubią dzielić się mądrością. Po prostu chcą być mądrzejsi. Lepiej jest mówić to, co zagnie naszych rywa…, tzn. rozmówców. Albo to, z czym będą musieli się zgodzić, żeby nie wyjść poza to, co jest powszechnie szanowane, uznawane za prawdziwe (taktyki są różne). W każdym razie, na pewno trzeba się ciągle szkolić, pilnować, aby mieć rację. Jak to powiedział nasz Józek Oleksy: Ja bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i k… będę jak brzytwa.3 Oczywiście zawsze może się pojawić ktoś, kto przeczytał co innego, i trzeba będzie stoczyć kolejną walkę, aby być tym, który jest bliższy prawdy absolutnej. Ale lęk, że zawsze może znaleźć się ktoś „ostrzejszy”, też jest nam bliższy. Łatwiej jest nam przełknąć to, że czasem znajdzie się jednak ktoś mądrzejszy. Z całą resztą można konkurować. Przez rywalizację wyłaniają się te wytwory ludzkiej działalności, które mają większą siłę przebicia, są lepiej przyjmowane przez ludzi. Niestety, niekoniecznie muszą lepiej wyjaśniać rzeczywistość. Może się zdarzyć, że przysłonią coś, co jest bardzo wartościowe. Niewielka to jednak cena za możliwość walki o wyższe miejsce na drodze do absolutu, dzięki któremu o wiele łatwiej jest zbudować poczucie własnej wartości.

Jednak czy czasem nie jest tak, że ta ciągła walka powoduje, że tak trudno nam odnaleźć w sobie wartość? Kiedy jest tyle chętnych, żeby nam ją odebrać. Tylu ludzi, przed którymi musimy się bronić. Poczucie własnej wartości wielu z nas ugina się pod ciężarem nieporozumień, wzajemnych walk, depresji, poczucia osamotnienia. To jak siebie oceniamy, jest więc w mniejszym lub większym stopniu oparte na tym, jak widzi nas otoczenie, które jest naszym naturalnym punktem odniesienia. Może nie każdy ma ochotę się do tego przyznać, ale często pozwalamy, żeby nasza jaźń, nasze postrzeganie samego siebie było kierowane z zewnątrz. Tak, żeby nie można nam było niczego zarzucić, żeby nikt nie miał podstaw do tego, żeby obniżyć naszą samoocenę. Oddajemy część naszej swobody w zamian za dobre samopoczucie. Ci silniejsi potrafią sami tworzyć zasady gry, być punktem odniesienia dla innych. Na ogół nie polega to jednak na ofiarowywaniu wiedzy, mądrości, ale jest efektem wygranej walki o autorytet, status społeczny i uwagę ludzi. Ci, którym się to udaje, sami więc muszą poddać się najpierw czyimś regułom. Muszą podwoić swoje wysiłki, wygrywać z innymi, nauczyć się tego, co trzeba znać, kosztem tego, co chce się poznać. Dopiero wtedy można cieszyć się czyimś uznaniem.

W taki sposób umiejscawiamy źródło naszej wartości, na zewnątrz nas. Oddajemy część wolności za poczucie akceptacji i bezpieczeństwa. A mogłoby być zupełnie odwrotnie. Można by odnaleźć źródło własnej wartości w sobie i pomóc jednocześnie w tym innym, ofiarowując im poczucie akceptacji i bezpieczeństwa. Każdy ma prawo doświadczyć konsekwencji własnej mądrości, jak i własnej głupoty. Wszystko, co złe, nierozsądne, nieprawdziwe i tak w końcu przeminie. Ewolucja eliminuje wszystko to, co nieefektywne, nieodpowiadające wymogom rzeczywistości, zarówno na płaszczyźnie biologicznej, jak i na płaszczyźnie świadomości, która jest w końcu czymś, co ma ułatwić przetrwanie. Jeśli zatem ktoś jest „misiem o bardzo małym rozumku” i błądzi gdzieś po bezdrożach swojej świadomości, po co mu dodatkowo z tego powodu dokuczać? Jeżeli zechce otworzyć swój umysł, a my rzeczywiście mamy mu coś wartościowego do przekazania, to może coś od nas zaczerpnąć. Zawsze przecież możemy znaleźć się w odwrotnej sytuacji. Jeżeli rzeczywiście możemy poszczycić się wysoką wartością, to obronimy się przed czyjąś głupotą, i szczelnym murem wokół głowy. Obronimy się jednocześnie przed poszukiwaniem swojej wartości poza nami samymi. Przed ograniczaniem sobie i innym swobody rozwoju, przed uzależnieniem się od nich. Ludzkie wnętrze może pomieścić wiele różnych wartości. Warto je w sobie odnajdywać, pracować nad sobą. Warto dostrzegać i pielęgnować w sobie prawdziwe bogactwo. Niezależnie od wyniku, jaki ostatecznie uda nam się osiągnąć, warto wzrastać, wychodzić poza własne ograniczenia. Nawet jeśli inni mogą więcej, to nie znaczy, że mogą sobie przywłaszczyć poczucie wyjątkowości. Sami i tak nic nie zdziałają. Niezależnie od tego, co udało Ci się osiągnąć, nie pozwól sobie wmówić, że nie ma w Tobie wartości. Obok zdrowej dyscypliny bądź dla siebie łagodny. Jesteś dzieckiem wszechświata nie mniej niż drzewa i gwiazdy, masz prawo być tutaj. (Maks Ehrmann, „Dezyderata”, nie mogłem znaleźć żadnej publikacji, trzeba by sobie w Google wpisać, w internecie jest całość).

Jeśli będziemy w stanie nauczyć się ofiarowywać zamiast zabierać, jeśli zaczniemy budować w każdym z nas wewnętrzne źródło wartości, chaos pokaże nam w końcu swoje konstruktywne, twórcze oblicze. Konflikty przestaną już siać spustoszenia. Będą tylko kolejną okazją do rozwoju, do wzbicia się ponad sprzeczne ze sobą sposoby postrzegania rzeczywistości. Jeżeli chodzi o destrukcję, to nie ma sensu zwalać jej na Boga. Sami jesteśmy w niej wystarczająco dobrzy. Wystarczy nam to, że mamy wolną wolę. Co z nią dalej zrobimy, zależy cały czas od nas. Możemy aktywnie uczestniczyć w procesie tworzenia i poznawania rzeczywistości.

Teoria względności mówi, że nie można określić, czy jest się w ruchu bez spoglądania na zewnątrz. Żeby określić, czy dane ciało wykonuje jakiś ruch, konieczny jest jakiś punkt odniesienia, który byłby zewnętrzny względem tego ciała. Tę zasadę można rozciągnąć na inne „dziedziny istnienia” każdego właściwie obiektu. Aby stwierdzić, do czego służy, jaki kształt, wymiary ma nasze ciało, jaki jest poziom naszej świadomości, jakimi cechami możemy siebie określić, potrzebny jest nam jakiś drugi obiekt (człowiek, zwierzę, przedmiot, ziemia, po której stąpamy, cokolwiek). Gdybyśmy nigdy takiego obiektu nie spotkali, nie doznali nigdy obecności czegoś zewnętrznego względem nas, nie wiedzielibyśmy, czym jest odległość, kształt, świadomość, a nawet czym są cechy. Przypominałoby to bycie zawieszonym w pustej, ciemnej przestrzeni (lub uniemożliwiającej wyróżnienie jakichkolwiek cech światłości), bez innych przedmiotów, istot, gwiazd, planet. Czym by było takie „trwanie”? No właśnie, nie można by było stwierdzić nawet, czy jest istnieniem, bytem. Dlatego, że to również są jakieś cechy, które trzeba na podstawie czegoś określić, jakoś zweryfikować. Jeżeli zatem wszechświat, Bóg, absolut (w zależności od przyjętej konwencji) jest wszystkim, wszędzie i zawsze, tak jak obecnie się tego spodziewamy, to czy może w jakikolwiek sposób określić sam siebie? Czy jest w stanie wyjść poza to, czym sam jest? Czy może odnaleźć coś, co jest względem niego zewnętrzne? Jeżeli tak, to rezygnuje w tym momencie ze swojego absolutyzmu. Przestaje być wszystkim. Być może stąd właśnie wynika nasza jednostkowość, subiektywny charakter wszystkiego, co wiąże się z naszym istnieniem. Bóg, absolut, wszechświat mógł właśnie po to stworzyć niedoskonałe istoty, jakimi jesteśmy. W świecie względności, nierównowagi, kontrastów można się samookreślić, poznać samego siebie i to w sposób pozbawiony granic. Suma naszych doświadczeń, naszej wiedzy, świadomości daje łącznie coraz pełniejszy obraz tego, czego częścią jesteśmy. W ten sposób stajemy się narzędziem, dzięki któremu wszechświat jest w stanie poznać sam siebie. Jeżeli rzeczywiście uda nam się dorosnąć do tej roli, być może tajemnica nieskończoności, wieczności, celu istnienia w końcu się przed nam odsłoni. Jeśli jednak zagubimy się we wzajemnej walce, nieporozumieniach, egoizmie, gdy zawężymy zbyt mocno swoje możliwości poznawcze, chaos po raz kolejny wyeliminuje to, co nieefektywne, niekonstruktywne. Pokaże nam swoje destruktywne oblicze. Nie będzie już miało znaczenia, czy nazwiemy to karą bożą, bezdusznością świata czy ludzi. Zostanie tylko to, co bardziej świadome, mające w sobie więcej zrozumienia i akceptacji tego, co nas otacza. Jeżeli nie będziemy odzwierciedleniem tych wartości, w nowopowstałym ładzie może nie być dla nas miejsca. Suma przemocy, jaką nauczyliśmy się stosować, uderzy w końcu w nas samych. Być może miły rozmówca się nie myli i wszyscy w pewnym sensie jesteśmy jednością, częścią nadświadomości, która próbuje poznać sama siebie.

W każdym razie, lepiej będzie, jeśli będziemy dla siebie trochę milsi. W końcu mieszkamy wszyscy na tej samej kuli, która zresztą zaczyna się robić coraz mniejsza. Możemy pomagać sobie nawzajem w tym, aby być coraz lepszym, zamiast ciągle sprawiać wrażenie, że się jest lepszym niż inni. Niewiadomo, ile jeszcze uda się nam razem ciekawych rzeczy zbudować, jaka jeszcze sieć nas wszystkich oplecie (oprócz internetu), co pokaże nam jakiś nowy, jeszcze potężniejszy teleskop. Czy wtedy każdy będzie mógł swobodnie spojrzeć przezeń na wszechświat i zobaczyć coś innego? Czas już zacząć łączyć swoje siły, zamiast próbować je sobie nawzajem odbierać. Nikt w pojedynkę nie będzie w stanie wybudować nowego okna na świat, ale jeśli razem je wybudujemy, to każdy będzie mógł przez nie spojrzeć. Tak samo, jak w pojedynkę nie uda nam się skonstruować nowej, silniejszej bomby, ale jeśli tak postanowimy, to każdy będzie miał okazje wyparować od jej wybuchu.

© 2007 Jan Ostrowski

1 A. Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, tłum. J. Garewicz, BKF Warszawa 1994.

2 Ilya Prigogine, Isabelle Stengers, Z chaosu ku porządkowi, PIW, Warszawa, 1990, s. 28.

3 Taśmy Oleksego, dodatek do tygodnika „Wprost” 2007 nr 35.

verte.art.pl > Myśl > Eseje > Nowa Wieża Babel + Przytulenie kaczki (gratis)

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski