> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№60 czerwiec 2009

O nadziei. Uwagi w przedwiośniu rewolucji Karol Zamojski

Filozofia jest, jak zapewne słusznie zwykł mawiać Hegel, własnym czasem ujętym w myślach. Dziś już wiemy, że słuszność, bądź niesłuszność tego twierdzenia zależy od przyjętych założeń. Choć z innej strony – czy może nie być założeniem mojego myślenia jakikolwiek twórca, którego dzieła, nawet jeśli nie przeze mnie bezpośrednio czytane, kształtowały umysły moich nauczycieli, bądź chociaż umysły kogokolwiek, kto pojawił się w jakiejkolwiek rozmowie ze mną… kiedykolwiek? W takim raju zaimkowym trudno o jednoznaczność. Być może pisanie dzisiaj ma tę własność, którą przypisujemy rzeczywistości: rozbicie, upłynnienie, niejednorodność, transwersalność, multiwersalność. Być może… Ale znów pojawia się założenie – przecież język nie musi (a robi to, bo na to się zgadzamy) odzwierciedlać rzeczywistości – nie musimy być realistami językowymi. Może zatem to rzeczywistość odzwierciedla język, jak powiada stary mit o Wieży Babel – że oto bóg miał pomieszać języki i dopiero wówczas rozpoczęła się różnorodność.

Nawiasem mówiąc, dałoby się zbudować biblijną teorię wiedzy i jej korelat – ontologię – jako drogę od monokolorystyczności (społeczeństwa monochromatycznego) do multikolorystyczności (społeczeństwa tęczowego). Ale z kim o tym rozmawiać…

Jakkolwiek mówić, pisać nam trzeba. Uparcie twierdzimy, że następuje jakieś warunkowanie wzajemne i język na tyle kształtuje rzeczywistość, na ile jest przez nią kształtowany. W tym uporze pozostając, podobnie jak w rozumieniu świata jako rozbitego w swoich własnych konsekwencjach, wyczekujemy z tęsknotą jakiegoś rozwiązania. Rozwiązania, które może nic nie uporządkuje, ale za to pozwoli nam zrobić krok wprzód – bądź gdziekolwiek; bezruch jest zabójczy.
Jakie konsekwencje świata są rozbite? Oczywiście garść definicji, na użytek tekstu: świat = nowoczesność, rozbite = dysfunkcjonalne. Otóż dysfunkcjonalne ostatecznie stały się autozałożenia nowoczesności o wiecznej (oczywiście doczesnej) modernizacji, możliwej jako dążność do społeczeństwa zmodernizowanego – nowoczesnego, które w całości będzie podporządkowane władzy rozumności. I choć pozostaję miłośnikiem metodologii, twierdzę, iż rozum nie zawsze sobie radzi w samotności. Dobra metodologia, co już od trzydziestu lat wiadomo, domaga się również estetyki. A często i emocji. Jeśli tak, winniśmy w tej potrzebie komplementarności dostrzec siłę wszelkich ideologii – choćby lokalnych i chwilowych.

Należałoby zatem zapytać, co winno stanąć u podstaw świata rozbitego i niejednoznacznego, w którym ułożenie scenariusza życia, a później jego dobre wyreżyserowanie, jest niemożliwe. A przynajmniej udaje się tylko wyjątkowo silnym jednostkom. A przecież wiemy, że świat nie jest zbiorowiskiem wyjątkowo silnych jednostek – świat, w swej większości, składa się z mężczyzn i kobiet, którzy i które w „kodzie kulturowym” mają zapisane, że mogą się z zaufaniem oprzeć na sąsiadach i sąsiadkach – że społeczeństwo pomoże.

Konsekwencje nowoczesności pokazały nam groźny świat silnych ludzi, który w perspektywie ekonomiczno-społecznej uległ groźnemu dogmatowi – dogmatowi neoliberalnemu. Jeśli zatem jesteś słaby – giń. Nie ma dla Ciebie miejsca. Należy umieć walczyć. I wszystko w imię niewinnie brzmiącej zasady równego startu. Bo przecież wszyscy startujemy ze stosunkowo równym zapleczem biologicznym, powiadają miłośnicy neoliberalizmu. Czemuż zatem jedni sobie radzą, a inni (zdecydowana większość) nie? Bo im się nie chce. Bo słabi są. Powiadają nasi szczęśliwcy. I cały czas słyszymy zewsząd, że winniśmy owych szczęśliwców wspierać, bo jakimś dziwnym trafem dobroć ich kont spłynie na nas. O ile oczywiście wcześniej nie znajdzie się na Cyprze…

Przeciwstawiamy równości startu ideę równości szans. Nie punkt wyjścia się liczy – on z założenia jest skrajnie różny dla różnych osób. Bowiem nie warunkowanie biologiczne determinuje warunki bytowe. To warunkowanie kulturowe i społeczne mają siłę determinującą warunki bytowe. Wyrównywanie szans jest zatem ideą pracy nad tymi, którzy szans są pozbawieni, bądź suma ich szans jest mniejsza niż jednostek silnych. Taki kierunek widzimy jako drogę ku światu sprawiedliwemu.

Ale przecież w dalszym ciągu nie mamy jutrzenki swobody. W dalszym ciągu nie potrafimy zrozumieć, jakimi mechanizmami wyprodukować interesującą nas perspektywę drogi. Znamy już z historii ograniczenia rozumu. Wiemy już, że naiwna, samotna emocja zwana dobrocią, również się zużywa bezużytecznie. W jakiej materii pracować, żeby świadomość równości szans stała się narzędziem i ideą regulatywną. Silni bowiem chcą ją ośmieszyć i przekonać nas, że perspektywa zysku, efektu kapitałowego, jest jedyną ideą regulatywną godną zainteresowania.

II

Kiedy chrześcijanie opisali świat na podstawie słów proroka, którego nazwali Zbawicielem, szli zwartym szeregiem, choć w sieci niechęci, bowiem prowadziła ich nadzieja. Chrześcijaństwo, wprowadzając ideę zbawienia, zamknęła starą perspektywę czasu i życia kołowego – wiecznego powrotu. Po setkach lat temat ten podjął Fryderyk Nietzsche jako temat krytyki chrześcijaństwa. Czymże było wprowadzenie czasu liniowego – czasu, którego celem była konkretna rzeczywistość? Otóż było wprowadzeniem w perspektywę wyobraźni, a przede wszystkim do kodu kulturowego, nadziei. Nadzieja bowiem pociąga. Nadzieja wspólna jest siłą, która potrafi, zaprzęgając do powozu ludzkości rozum i emocje, powieźć nas dalej, niż możemy się spodziewać.

W świecie rozbitym, jak mówi banalne i zużyte powiedzenie, pozostaje tylko nadzieja. Mówimy tak wówczas, kiedy rozum już nie podsuwa rozwiązań. Kiedy już rozwiązania, zarówno koncyliacyjne, jak i autorytarne się wyczerpały – liczyć należy na nadzieję. Chrześcijanie chcą nam mówić: na cud. Lecz my wiemy, że nadzieja nie jest cudem.
W czasie postpolitycznym, kiedy naturalne rozwiązania nowoczesności się najzwyczajniej nie sprawdziły, kiedy sen Fukuyamy o końcu historii – bowiem nikt nie wymyśli lepszego ułożenia spraw społecznych niż liberalna demokracja – się nie sprawdził (bo może lepszego nie, ale gorsze wymyślono), należy narzędziem wyzwalającym uczynić nadzieję. Co chrześcijanie nazywają cudem nadziei, my rozumiemy, że jest jednością rozumu i serca – jest wrażliwością pełną, która staje się narzędziem politycznym. Ta wrażliwość, której warunki możliwości dało chrześcijaństwo – dając nadzieję jako sposób myślenia, a której zręby opisał Karol Marks – dając ideę równości jako przedmiot nadziei – stoi jako jutrzenka swobody. Nadzieja bowiem nie jest ostatecznością. Jeśli założymy, że najlepszym światem z możliwych jest świat rozumu samotnego, wówczas pozostaje nam tylko nadzieja. Ale kiedy staniemy wyraźnie i mocno, pewnymi nogami i całymi sobą, na gruncie świata pełnej wrażliwości, wówczas nadzieja staje się naszą drogą. W niej widzimy nie zakończenie, nie ostateczność kapitulacji – w niej widzimy pełnię naszego bycia. Nasz związek z kolejnymi pokoleniami! Nasz związek z resztą doświadczalnej rzeczywistości. Nadzieja łączy nas ze światem. Stajemy się w jej atmosferze jednością. Kiedy króluje nadzieja, to jest jak melodia, w której każdy tańczy taniec wolności – w której wszyscy tańczymy taniec wolności. Wtedy ujrzeć, że do tej równości w różnorodności doprowadziły nas dwie drogi: chrześcijaństwo i socjalizm, będzie radością. Radością, która przez spojrzenie na obie nowymi oczyma – oczyma nadziei – pozwoli nam nie troszczyć się o rozumność każdego gestu, ale z troską pochyli nasze oczy nad szansą każdego gestu, który jest naszym wspólnym udziałem, czy kieruje się on drogą nadziei. Nadziei jako fundamentalnego narzędzia postpolityki – procesu równościowego uwalniania i budowania równości szans rozwojowych.

I zakończę fragmentem proroka nowej nadziei, Zygmunta Baumana 1:

„Czego Pan zatem chce? Zmienić ludzkość?” Castoriadiś odparł: ”Nie, czegoś znacznie skromniejszego: chcę, żeby ludzkość (sama) się zmieniła, tak jak stało się to już dwa lub trzy razy”2

Jest pewna nadzieja, że ludzkość może dokonać tego samego wyczynu raz jeszcze. W końcu przecież, jak to wspaniale ujął Patrick Curry: „Zbiorowa dobrowolna prostota staje się jedyną pozytywną alternatywą dla zbiorowego unieszczęśliwienia”3

W tej perspektywie nie pozostaje już nic innego jak zacząć, lekturą i czynem, ćwiczyć nową nadzieję.

© 2009 Karol Zamojski

1 Z. Bauman Praca, konsumpcjonizm i nowi ubodzy, Kraków 2006, s. 210.

2 C. Castoriadis, Le monde morcele, Paris 1990, s.100.

3 P. Curry, Defending Middle-Earth, Edinburgh 1997, s.51

verte.art.pl > Myśl > Eseje > O nadziei. Uwagi w przedwiośniu rewolucji.

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski