Zarówno sztuka, jak i ojczyzna, same przez się niewiele znaczą. Znaczą one bardzo wiele, gdy człowiek poprzez nie, wiąże się z istotnymi, najgłębszymi wartościami bytu — zwykł mawiać Gombrowicz.
Dziwnym zbiegiem okoliczności największy współczesny adwersarz Gombrowicza, też na G. (minister — dla ułatwienia) twierdzi, iż błędem, dla historii przyszłych pokoleń niewybaczalnym, byłoby czytanie książek Gombrowicza. Zresztą nie tylko Gombrowicza. Do grona pisarzy spod znaku persona non grata dołączyli też Dostojewski, Kafka, Conrad, Witkacy i inni. W istocie sami idioci i beztalencia kompletne.
Rodzi się zatem we mnie pytanie: czego boi się minister G., że odmawia moim dzieciom czytania wspomnianych autorów. I chętnie zadałbym mu to pytanie. Obawiam się jednak, iż zostałbym nazwany wrednym trzecioerpeowcem. Co by mi, w końcu to prawda, nie przeszkadzało. Mnie i moim lekturom — oczywiście.
Gdyby jednak nauczyć ministra kultury i uniemożliwić mu typowe dla niego odzywki, a skłonić (bóg jeden wie jak) do mówienia grzecznie i po przemyśleniu — musiałby się wreszcie przyznać: boję się ich, bo ich nie znam. Nie od dziś bowiem wiadomo, że strach jest efektem niewiedzy. Niewiedzy, rzecz jasna, związanej z nieznajomością tego, co nas przestraszyło (bądź wciąż straszy).
Krąży więc nad Europą, wrednie szczerząc zęby w uśmiechu cynicznym, widmo Dostojewskiego, Conrada, Gombrowicza, Witkacego, Herlinga-Grudzińskiego, Goethego. Żal, że dotychczas w kanonie lektur nie było Nietzschego, Marksa, Kanta (ten mógłby nas okantować; zaś pierwszym puścić z niczym, jak drzewiej Prezydent niektórych w skarpetkach). Krąży zatem widmo wspomniane i straszy. Straszy tych, którzy w lekturze wspomnianych autorów głów swych nie zbrukali. Jakoś siła fatalna, czysta negatywność Goethego, nie powstrzymała podrozumu ministerialnego od kroku w świat złudnej oczywistości: czystej rasy słowiańskiej. Gdybyśmy bowiem, znając zaplecze intelektualne podrozumu ministerialnego (wcielone pokolenie wcześniej) zapytali skąd nam się to bierze, że niektórych nie czytamy, to odpowiedź jest prosta: bo chcemy być rasowo czyści. Jakoś, z niewiedzy i płytkich możliwości tej wiedzy nabycia, nie zauważył podrozum ministerialny, że wykluczył najważniejszych rzeczników rozumu słowiańskiego. Ot wpadka, po prostu. Goethe tam może średniej pasuje. Ale tylko miejscem narodzin — duchem jest z nami.
I kiedy idę czerwcową ulicą w roku 2007 w Polsce, podrozum ministerialny zakazuje czytać moim dzieciom, to moja kochana Małgorzata (jak dobrze, że jesteś, Małgosiu) wskazuje pozytyw tego wszystkiego: zawsze zakazy wzmagały rozum. Nakazane mundurki przyczynią się do rozwoju rozumu estetycznego, zakazane książki zaś, przyczynią się do rozwoju rozumu w ogóle. Ot przewrotność i spryt podrozumu nadrozumnego.
Dziękuję Ci, panie ministrze. Nie żyję w nudnych czasach. Choć nie lubię idiotów…
© 2007 Karol Zamojski
verte.art.pl > Myśl > Felietony > O trudnych początkach przyszłego sukcesu
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski