Z cyklu „Czytając Baumana”:
Umysł ponowoczesny jest zbyt skromny, by zakazywać, i zbyt słaby, by skazywać na wygnanie, ma więc nikłe szanse po temu, by zaradzić ekscesom rozbrykanych nowoczesnych ambicji. Na tyle go tylko stać, by spojrzeć na nie z należytej perspektywy — obnażyć ich ukryte sprężyny i nazwać po imieniu próżność i zarozumialstwo, jakie nimi kierują. Zygmunt Bauman
Kiedy człowiek pomyśli o tym, co go otacza, pomyśli o tych myślach, o sposobach myślenia, które stają się „wzorcowe”, to jakaś nieprzychylność wobec świata się pojawia. Wtedy też, w ślad za ową nieprzychylnością, podąża myśl, jakże to możliwe, że w XXI wieku, w środku Europy…
Takie nieprzychylności zawsze ku krytyce skłaniają. Krytyka zaś zarówno karmi się ironią, jak i ją buduje. Może nawet bardziej buduje. Narzędziem bowiem krytyki jest dystans. Dystans zaś niweluje niechęć i daje nadzieję. Ironia z kolei podtrzymuje nadzieję przy życiu.
Zatem żywiąc nadzieję, z lekko ironicznie przymkniętym okiem, marzy mi się zrozumienie, gdzie tkwi ta rysa w europejskości, że będą nasze dzieci, już od września, w tym moja kochana Ola, w mundurku z tornistrem, jak i mnie się drzewiej zdarzyło, do szkoły biegać.
Począwszy zaś od zrozumienia tego, co ważne w byciu Europejczykiem, a co się też w „drodze” do szkoły objawia, do jakiejś tam krytyki tego wszystkiego dotrzemy, wcale jej nie kończąc, zaledwie możliwość ukazując, na dyskusję i kontynuację, nie tylko własną, licząc.
Dzieje europejskiego myślenia rozpoczynają się od skonstatowania, prostego z naszej perspektywy, że oto europejskością jest taki sposób bycia, w którym wyraża się ludzkie dążenie do osiągnięcia idealnego modelu bycia. Ów ideał w ciągu rozwoju myśli definiowano różnorako. Już to był on Bogiem, kiedy indziej matematyką, jeszcze bywał czystą nicością. Jedno wszelako jest w tej perspektywie stałe: należy dążyć tam, gdzie nas jeszcze nie ma, a gdzie rozum nasz, mniejsza o jego genezę, skierowuje nas jak w miejsce lepsze, niż to, w którym obecnie przebywamy. Innymi słowy modelem europejskiego człowieczeństwa byłaby „droga”, lub raczej „bycie w drodze”.
W swoim czasie, gdy myśl europejska przebyła już szereg zakrętów, zwrotów, nawiązań i nieciągłości, dojrzała ona do bycia w pełni świadomie myślą — filozofią — drogi. Francuski egzystencjalista, Gabriel Marcel, ukuł nawet definicję człowieka: „homo viator” — „człowiek w drodze”. Jest ta definicja swoistym zwieńczeniem wielowiekowego samouświadamiania sobie przez Europejczyków swego losu. Nie stał się bowiem Marcel wyrazicielem wąskiego zaledwie grona filozofów egzystencjalistów przez przypadek i tylko z własnej wyobraźni. Po pierwsze, to egzystencjalizm poprzez swoje analizy egzystencji, zawsze w kontekście jej historii (jeśli mówimy o egzystencjalizmie jako myśli, a nie jako zabawie), stał się perspektywą możliwego wypowiedzenia jednej z podstawowych metafor europejskiego człowieczeństwa. Po drugie, dzieje myśli starego kontynentu długo pracowały rękoma pokoleń nad ukuciem „drogi” jako metafory najbardziej nośnej dla człowieka. Gabriel Marcel nie jest zatem dla nas istotny jako taki a nie inny myśliciel. Jego oryginalność chowa się za głosem, jakim przemówiła przez niego historia. „Homo viator” stał się metaforą nie do przewrócenia.
Gdybyśmy poszukiwali źródeł europejskości jako bycia w drodze, to wystarczy sięgnąć do mitu założycielskiego Europy. Jest to opowieść o tym, jak Zeus, przybrawszy postać byka, uprowadził księżniczkę Europę. Wówczas jej ojciec Agenor, król Tyru, wyprawił synów na poszukiwanie siostry. Jeden z jej z braci — Kadmos — zawitał na Rodos i wszedł w głąb lądu, gdzie w świątyni delfickiej dowiedział się, iż siostry nie znajdzie. Na cześć nieszczęsnej ziemia ta nazwana została jej imieniem. W tym micie, jest już wszystko ukryte: Europy nie ma, jej trzeba szukać. Europa jest zadaniem nieskończonym.
Kolejną perspektywą mityczno-kulturową, do której trzeba się zwrócić w potrzebie uchwycenia europejskości, jest chrześcijaństwo. Pomijając wielość szczegółów interpretacyjnych zwróćmy uwagę, że chrześcijaństwo, jako jedna z fundamentalnych kultur Europy, jest religią drogi każdego człowieka do chwały boskiej doskonałości.
W sposób nieuchronny, już u początków rzeczywistości zwanej Europą stoimy przed perspektywą drogi. To właśnie „bycie w drodze” nadaje sens istocie ludzkiej.
Wcielenia tej idei, które zarazem były kolejnymi etapami jej transformacji, bywały różne. Począwszy od wypraw kolonialnych, podczas których mieczom zanoszono ludom nieeuropejskim światło nieskończonego, były zapewne mniej chlubnymi fragmentami „bycia w drodze”. Do grona niechwalebnych zachowań, z równie niskich instynktów wyrastających, są współczesne, tuż obok czynione, próby wmówienia nam, że jest oto model człowieka, jedyny słuszny, do którego wszyscyśmy dorastać powinni. Czego jeśli nie robimy, to się na wzgardę i sankcje „funkcjonariuszy mądrości” narazić możemy.
Zastanawiające jest zatem, co takiego mieści się w idei „drogi”, że choć szatę ma ładną i łagodnie przywołuje każdego do siebie, to bywa iż całe zastępy „przywołanych” stają się nagle zastępami „powołanych” i już nie „droga”, a miecz i szyderstwo stają narzędziami ruchu.
Gdybyśmy spróbowali spojrzeć na „drogę” krytycznie, zapewne ujrzelibyśmy możliwość takiego „przebywania” w którym łagodność i ironia dyktują kierunek; nie zaś, wspomniane, miecz i szyderstwo.
Możliwość drogi i wybranie jej jako sposobu bycia, pociąga za sobą pewne konsekwencje, które w sposób konieczny przynależy do „drogi” jako struktury egzystencjalnej. W pierwszej kolejności musimy zauważyć, że droga pociąga za sobą konieczność „przestrzeni”. Nie ma bowiem sensu pojęcie drogi, która nie prowadzi skąd dokądś. „Droga” zawsze jest funkcją przestrzeni. Ale to jest tymczasem tylko obraz „drogi” w sensie statycznym.
Na ten obraz nałożyć teraz należy obraz „drogi” w sensie dynamicznym. Otóż „droga” pociąga za sobą również konieczność „czasu”. „Droga” jako ruch skądś dokąd, w sposób konieczny wymaga różnicy czasowej. Ta zaś możliwa jest tylko przy założeniu czasu jako tła — koniecznej przestrzeni — w jakiej możliwa jest droga.
Podsumowując te dwie uwagi, musimy jeszcze ustawić ważność — pierwotność: drogi, przestrzeni i czasu. Wydaje się oczywiste, że to nie „droga” umożliwia zaistnienie czasu i przestrzeni. Jak powiedzieliśmy, zarówno czas i przestrzeń ujawniają się jako konieczne przy analizie „drogi”. Możemy zatem uznać, powtarzając tu zaledwie ustalenia Immanuela Kanta, że czas i przestrzeń są niezależnymi od wszystkiego (transcendentalnymi) warunkami umożliwiającymi wszystko, w tym i „drogę”.
Tylko czy to przybliża nas do uchwycenia specyficznego sensu „drogi” o jaki nam idzie? Choć rzeczywiście nie wniknęliśmy jeszcze w treść „drogi”, to przecież ustanowiliśmy już warunki formalne, w jakich należy mówić o „drodze”. Czego domaga się zatem „droga” od „idącego”. Ktoś idący zawsze jest zarazem w jakimś miejscu i w innym miejscu. Innymi słowy sensem „drogi” jest zdobywanie i pozostawianie. Będąc „w drodze” zawsze stojąc jedną nogą w jakimś miejscu, rzeczywiście jesteśmy „w drodze” gdy w tym samy czasie stawiamy już nogę w innym miejscu. Jest zatem „droga” przekraczaniem tu i teraz w jakieś tam i wtedy.
Istotę „drogi” odsłania to „przekraczanie”. Owo przekroczenie odsłania coś jeszcze — ono odsłania przed nami, że między każdym krokiem jest jakaś granica. Że nie miałoby sensu przekraczanie, gdyby „tu” od „tam” nie było oddzielone.
I tutaj znajduje się ugruntowanie szyderstwa jakie bywa udziałem wielu, którzy rozumieją „tam” jako miejsce zaprojektowane przez prawodawczy rozum.
Rozumiawszy, być może podskórnie tylko, czym jest droga jako przekraczanie granic, ci, którzy mówią o sobie, że wiedzą jak być winno, bo rozum i historia podpowiedzieli im, w którą z możliwych stron prowadzić społeczeństw o każdego człowieka z osobna, podążają oni tą drogą łamiąc po kolei wszelkie zasieki łagodności, jakie stawiają im na swych terytoriach obrońcy bycia-sobą-na-własnej-drodze.
Ci ostatni nie rozumieją, dlaczego muszą być innymi. Nie rozumieją zaś ci pierwsi, że ktoś może rozumnie chcieć być innym. Nowoczesny rozum, rozum porządkujący, rozum dla którego tylko to, co racjonalne na nowoczesna miarę jest rzeczywiście istniejące, nie bierze pod uwagę, że ktoś może chcieć inaczej. Przecież, jak twierdzi rozum nowoczesny, wszyscy, którzy chcą żyć inaczej, sami skazują się na życie nieszczęśliwe — życie nierozumne. Proponuje tedy ów rozum, rękoma swoich urzędników, aby wprowadzić atmosferę tolerancji. W której inny będzie zauważalny tylko w perspektywie podatków, ubezpieczeń i administracji. Ale wystarczy, że ów rozum nowoczesny, który to z taką jasnością widzi słuszny porządek rzeczy, okrzepnie w swym — jakimkolwiek w istocie — wcieleniu, i już domaga się likwidacji innego. Bo, jako żywo, jest on — ów inny — zagrożeniem istotnym dla szczęścia ludzi rozumnych, tych co z oświecenia rozumu nowoczesnego czerpią siły żywotne. Swe roszczenia atroficzne wobec nierozumnych — odpadów, formułuje już nie rękoma urzędników. Teraz te ręce są już rękoma funkcjonariuszy, dla których „droga” stała się, nie wiedzieć kiedy, karnym marszem w lepszą, mądrzejszą, przyszłość.
Coś się w tej „drodze” z ducha europejskiej, zgubiło. Co, gdzie i jak to odnaleźć, jest sprawą myślenia krytycznego.
Jest „droga” marszu narzędziem realizacji przeznaczenia dla funkcjonriuszy rozumu oświeconego.
Zapominają oni jednak o drobnej rysie na tak rozumianej idei drogi. Zapominają mianowicie, że cel, jaśnie oświecony rozumnością cel ich marszu, jest ich celem, a nie celem wspólnym. Zaś u źródeł „drogi” europejskiej tkwi cel nieskończony — cel, którego nie widać. Cel wobec którego każde przeznaczenie jest zaledwie błądzeniem. Cel nieskończony, który domaga się, by przeznaczenie, aby nie popaść w poplątanie psychiczne, trzeba ujrzeć jako los. Oto „droga” ma szansę stać się rozgrywką losu. Dowiedział się bowiem Kadmos, że Europy, swej zaginionej siostry, nie znajdzie. Ale przecież szukać przestać nie może.
Kiedy prarodzice poznali już owoc drzewa poznania dobra i zła, kiedy zostali ludźmi posiadającymi wolną wolę, kiedy przestali być zwierzętami — gdzie posłał ich Bóg? Posłał ich poza swoje dobra, gdzie będzie płacz i zgrzytanie zębów. Przede wszystkim zaś będzie tam ciemność. Ciemność oznacza niemożliwość ustalenia relacji między miejscem, w którym jesteśmy teraz, a miejscem, w którym byliśmy przed chwilą. Ciemność uniemożliwia narysowania mapy miejsca, w którym się znajdujemy. Ciemność też uniemożliwia, gdybyśmy nawet mapę posiadali, odczytania jej, a tym bardziej odnalezienia odczytanej z mapy „drogi” w terenie. Ciemność, zapowiedź nieznalezienia, sprawia, że „drogą”, w którą zostaliśmy wysłani, jest bardziej losem, niż przeznaczeniem.
Dopiero teraz jest czas na rozumność. Miast bowiem udawać, że jesteśmy w posiadaniu wzoru na przyszłość, winniśmy pogodzić się z naszą „drogą” bez wyraźnej przyszłości. I w ten sposób przyjąć ten nasz wspólny los jako przeznaczenie. Zadaniem myślenia ponowoczesnego, myślenia człowieka płynnej nowoczesności, jest przekuć los w przeznaczenie jako poszukiwanie wspólnego szczęścia w drodze bez mapy.
Jest jakimś wymogiem czasu pozostawienia myślenia definicyjnego i poszukiwanie myślenia przechodzącego w rozumieniu rzeczy ponad granicami definicyjnymi tych rzeczy. Nie o budowanie zasieków tu chodzi, bowiem zasieki ograniczają teren dobrze wyznaczony. Rzecz raczej w poruszaniu się łagodnie, ironicznie po terenie, który jeszcze wczoraj był domeną absurdu, paradoksu.
„Droga” dotychczas zdobywająca na drodze do rozumności kolejne granice i kolonizująca kolejne tereny, obecnie jest przestrzenią transgranicznego przepływu, w którym granice raczej się kolekcjonuje niż niszczy.
Przywołajmy na zakończenie słowa Zygmunta Baumana, który, jak zwykle, mówi to wszystko nieporównanie lepiej:
Umysł ponowoczesny o wiele mniej, niż jego nowoczesny kontrahent, podnieca się perspektywą zamknięcia świata w klatce sztywnych kategorii i klarownych podziałów — a jeszcze mniej czuje ochoty, by klatkę taką uszczelniać i wyposażać w patentowe zamki. Mniej jakoś przeraża nas dziś uporczywa skłonność spraw ludzkich do wylewania się poza brzegi definicyjnych pojemników — a nawet i supozycja, że ludzkie władze umysłowe są zbyt wątłe, by pojemniki zaiste hermetyczne i przed wyciekiem zabezpieczone kiedykolwiek wykoncypować.1
© 2006 Karol Zamojski
1 Z. Bauman, Ponowoczesność jako źródło cierpień, Warszawa 2000, s. 283.
verte.art.pl > Myśl > Czytając Baumana > O tym, jak nieskończoność się w wielorakość nie zmienia, choć może
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski