Próbuję zrozumieć dokonania Kongresu Kultury. I jego odpowiedź na słabość kultury w naszych strukturach: publicznych, prywatnych, społecznych – a nade wszystko we wspólnotowej wyobraźni ulicy, osiedla, miasta. Tam gdzie jej miejsce pierwsze. I jak dotąd najsłabsze. Czy coś postanowiono?
Któż nie pamięta „Kawy i papierosów”. Kultowy cykl, który wyrzucał nas z trampek, czy co tam miał kto na nogach. Ilekroć spoglądam na mały ekran komputera, żeby sobie popatrzeć na jeden z najbardziej przenikliwych opisów relacji międzyludzkich na podłożu konsumpcyjno-krytycznym obserwowanych, zawsze przez moją głowę przechodzi myśl, że kultura jest czasoprzestrzenią zmultiplikowanych strategii życia, które, każda z osobna, jest zwykłą, przeciętną czynnością, sytuacją niewnoszącą nic do mojego stanu wiedzy. Przy czym, co bardzo istotne, przez wiedzę rozumiem kompleksową strategię działania. Kultura, konsekwentne rzecz ujmując, jest zmultiplikowaniem wiedzy – jej różnorodnością. Oczywiście można spokojnie zadać pytanie: kultura czy kultury? I nie potrzeba odpowiadać.
Zarówno kawa, jak i papierosy wielokrotnie stawały się przedmiotem (a fe) aktywności twórczej, zwanej potocznie artystyczną. Jednak dopiero, zupełnie niedawno, kilka chwil temu, uświadomiłem sobie, że papierosy są dużo bardziej kulturowe niż kawa.
Po pierwsze nieczęsto początek palenia papierosów jest łagodny w dorosłości podmiotu palenia papierosów. Najczęściej jest złamaniem dziecięcości. Jest, często głupim, wejściem w dorosłość. A to już sprawa kulturowo poważna. I gdyby się poważnie zastanowić, współczesność nie daje nam wielkiego wyboru rytuałów przejścia. Papierosy są: tanie (jeśli nie nałogowo po trzydziestce), tajemnicze (warunek jak wcześniej, lub po rzuceniu przed partnerem/partnerką), wspólnotowe (jeśli w kiblu na przerwie, bądź w krzakach za boiskiem), nielubiane przez dorosłych (jeśli pojawiają się w kontekście dzieci/młodzieży). Są zatem kapitalnym budulcem rytuału przejścia do dorosłości. Mają jeszcze bowiem tę cechę, że faktycznie koledzy i koleżanki uważają taki podmiot pierwszego szluga za podmiot bohaterski. A więc mamy pierwszą poważnie kulturową cechę.
Po drugie. Kiedy już wejdziemy w dorosłość papierosową, następuje etap czekania na nałóg. Czasami trwa kilkanaście lat, czasami kilka miesięcy. Długość oczekiwania da się określić wyłącznie ex post. I to nawet nie wówczas, kiedy już od 15 lat palimy. Właściwie dopiero wtedy, kiedy decydujemy się rzucić palenie... a ono mimo to trwa. Zatem popadanie w nałóg nikotynowy jest procesem długiego trwania. Niczym uwarunkowania kulturowe – nie pojawiają się po odpowiednio przygotowanym dowodzie wprost. Cóż, palenie jest jak długotrwała definicja – działa, kiedy działa. I jeszcze druga cecha kulturowa długiego trwania (ewidentnego argumentu na rzecz poważnej kulturowości palenia). Otóż uzależnienie staje się samoświadome dzięki procederowi ujętemu w piękną metaforę Sowy Minerwy przez Hegla – przylatuje, kiedy niczego już nie ma. Zawsze po czasie. Chciał ponoć Hegel o rozumności, a wyszło mu o nikotynizmie.
Po trzecie wreszcie, wyłącznie palenie przyprawia człowieka o pełen resentyment. Nic innego jak palenie właśnie wywołuje przewartościowanie wszystkich wartości. Jest bowiem palenie, jak by to ujął Nietzsche, filozofowaniem młotem. Błędnie postępuje ten, kto, w paleniu, osiągnąwszy najpierw dorosłość, potem wiedzę Minerwy, chce po prostu je rzucić. Wola, choćby silna, kiedy pozostaje samotna, nie staje się wolą mocy. A pozostaje samotna, gdy tkwi w oderwaniu od świata doświadczenia. Przestać palić to nie po prostu nie palić papierosów. Papierosy bowiem stały się sensem wszystkiego, a w przypadkach radykalnych wszystko stało się sensem papierosów. Cóż zatem z tego, że odrzucę gest palenia? Nic. Nie sam gest czynił mnie palącym. Palącym uczyniło mnie to, że wszystko było przyporządkowane do palenia, a palenie do wszystkiego. Zadaniem, zadaniem wielkim, zadaniem na miarę nowego człowieka jest teraz przewartościować wszystkie wartości. Powinienem teraz każdą wartość mojego życia ujrzeć w innym sensie. Nadać jej inne znaczenie. Przecież nie może być tak, że nie pójdę do mojego klubu, by tam w oparach niewłasnych papierosów napić się wódki z bliskimi. A nie pójdę, bo będę się męczył. Bo wciąż czekam na czas, w którym moja silna wola (od której jestem wszak silniejszy) padnie pod naporem mojej siły i... zapalę. Ale przecież pójdę do tego klubu. Będę się tam dobrze czuł rozmawiając do rana. Bo on nie ma już sensu papierosowego. Bo rodzi się we mnie wola mocy. Wolna od tego, co zewnętrzne. Wola, która chce samej siebie.
I taka jest właśnie kultura. W sumie, kiedy już sobie to powiedzieliśmy, żal, że towarzystwo krawaciarskie, które spotkało się na Kongresie Kultury, nie umiało woli kultury przekuć w kulturową wolę mocy. Nie chce mi się pisać o kreatywności, różnorodności i otwartości miejsc i ludzi. Kultura szyta takimi nićmi niczego więcej nie potrzebuje, jak tylko mądrej i zrównoważonej współpracy. Wystarczy przygotować przestrzeń i mechanizmy współpracy.
Czasem tak tylko, kiedy się obejrzy „Kawę i papierosy” i nie pali się od 8 dni, człowiek sobie pomyśli o Kongresie Kultury Polskiej, który przy okazji się odbywa. Z którego i tak nic nie wynikło.
A po głowie chodzi taki bydgoski kongres kultury... kultury rewolucyjnej. Czy Bydgoszcz jest gotowa?
© 2009 Karol Zamojski
verte.art.pl > Myśl > Eseje > Papierosy i kultura albo o Kongresie Kultury Polskiej
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski