> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№22 kwiecień 2006

Pismo, język, różnica — szkic do krytyki logocentryzmu Karol Zamojski

Sens, któż wątpić sobie pozwoli, to zawsze bezsens, o który głowa nie boli. Odo Marquard

Bez względu na to, jak rozumieć to określenie, problem języka z pewnością nigdy nie stanowił problemu. Ale też nigdy tak jak dzisiaj nie opanował jako taki całego horyzontu najrozmaitszych badań i najróżnorodniejszych — co do intencji, metody, ideologii — dyskursów. Jacques Derrida

W pewien sposób myśl nic nie znaczy. Tenże

Żeby sensownie wniknąć w strukturę współcześnie rozumianej krytyki, wydaje się, że niesłusznym byłoby zaczynać od jej historii. Każda historia pisana jest w jakimś języku. Każdy, z kolei, język niesie w sobie jakąś filozofię. Rozpocząć trzeba od przełamania monopolu filozoficznego języka. Po to, aby w języku wydobyć nowe możliwości rozumienia.

Perspektywa rozumienia, z której występuje się tutaj na drogę gramatologicznego projektu krytyki języka, da się określić, w warstwie innej niż eksplorowana, jako perspektywa krytyki logocentryzmu. Innymi słowy próbuje się tutaj przekroczyć metafizyczne, onto-teo-logiczne, ograniczenie rozumienia podstaw kultury.

Europa wykształciła typ myślenia, w którym silnie utożsamia się myśl z rzeczywistością. Czego efektem jest klasyczna teoria prawdy: prawda jest zgodnością rzeczy i myśli. Kulminuje to specyficznym rozumieniem języka, w którym język staje się zwierciadłem i przezroczystym przekaźnikiem. Efektem staje się dominacja języka, instytucjonalnie wyrażona we władzy językoznawstwa. Aby mieć możliwość ujrzenia strukturalnie konstrukcji myślowej, jaka jest zbudowana w oparciu o tę tyranie, należy spróbować przyciąć napotkaną w myśleniu obecność i wówczas spojrzeć jakiego typu ów konstrukt ma podstawy.

Podstawowym zadaniem jakie staje do wykonania, jest prześwietlenie modelu rozumienia, zbudowanego w oparciu o przekonanie, że słowo daje do myślenia. Efekty same staną się propozycją odmiennej perspektywy interpretacyjnej. Tekst niniejszy nie zamierza włączyć się w żadną historię języka, czy myśli. Posiłkując się Derridą, dotyka pewnej struktury języka, jako istoty kultury logocentrycznie pojętej, po to, aby wykazać słabość podstaw mitu logocentrycznego. Ostatecznie założonym efektem tego tekstu będzie zobrazowanie miejsca, z którego będziemy mogli powiedzieć, posiłkując się Heideggerem: koniec filozofii, zadanie myślenia. I będzie to właściwie dopiero początek myślenia. W którym język obnaża swą bezsiłę, a myśl nie domaga się mocy.

Derrida powie więcej: Świadczy o tym sama dewaluacja słowa „język”, to wszystko, co w przyznanym mu kredycie zaufania zdradza lenistwo słownika, pokusę taniego oczarowania, uleganie modzie, moralność awangardy, czyli ignorancję. Ta inflacja znaku „język” jest inflacją samego znaku, inflacją całkowitą, inflacją jako taką. A jednak ukazując się i znikając, czyni ona jeszcze znak: kryzys ten jest zarazem symptomem. Pokazuje, jakby mimo woli, że pewna epoka historyczno-metafizyczna całość swego problemowego horyzontu określić musi w końcu jako język. Musi nie tylko dlatego, że to wszystko, co porządanie chciało odebrać grze językowej, zostało prze nią odzyskane, ale tez dlatego, że również sam język jest śmiertelnie zagrożony, zbity z tropu, pozbawiony zakotwiczenia we własnych granicach, zdany na własną skończoność właśnie wówczas, gdy jego granice ulegają, jak się wydaje, zatarciu, właśnie wówczas, gdy traci pewność siebie, panowanie nad sobą i ramy, gwarantowane przez nieskończone znaczone, które jak się wydawało, go przekracza.

Cały problem, w referującym skrócie można przedstawić następująco. Oto od około dwudziestu wieków (okres rozwoju europejskiego racjonalizmu i metafizyki obecności), bardzo powolnym ruchem następuje pewne, istotne, przestawienie akcentów. Wszystko to, co przez ten czas, w sposób ledwie dostrzegalny zintegrowało się pod nazwą język, zaczyna być określane i streszczane jako pismo. Tak, jakby pojęcie pisma — które, z powodu zaledwie dostrzegalnej konieczności, przestaje oznaczać szczególną, pochodną, pomocniczą formę języka w ogóle (traktowanego jako komunikacja, relacja, ekspresja, znaczenie, konstytucja sensu czy myśli itd.), które przestaje oznaczać zewnętrzną powłokę, nietrwały duplikat wyższego znaczącego, znaczące znaczącego — zaczynało wkraczać w zakres języka. Pismo, we wszystkich znaczeniach tego słowa, ogarniałoby język. Wygląda to tak, jakby zachodnie pojęcie języka (w tym, co — poza jego wielomównością, poza wąską i problematyczną opozycją parole i langue, z głosem, słuchem, dźwiękiem, oddechem z parole) objawiło się dziś jako postać, czy przebranie jakiegoś pierwotnego pisma: głębiej zakorzenionego niż to, które przed zwrotem uchodziło za zwykłe „uzupełnienie mowy”. Derrida powie nawet, że: wygląda to zatem tak, jakbyśmy coś, co nazywamy językiem, ze względu na swe pochodzenie i cel mogło stanowić jedynie pewien moment, pewien istotny, ale określony tryb, przejaw, aspekt, rodzaj pisma. I dalej: I jakby udawało mu się, zmyliwszy tropy, utrzymać to w zapomnieniu tylko na czas przygody: jako sama ta przygoda. Przygoda w sumie dość krótka. Splatałaby się ona z historią, która od niemal trzech tysiącleci łączy technikę i logocentryczną metafizykę. Teraz zaś byłaby bliska zadyszki. W tym przypadku — a jest to tylko jeden z przykładów — bliska owej śmierci cywilizacji książki, o której tyle się mówi i która przejawia się najpierw konwulsyjnym rozrostem bibliotek. Wobec tego stawiamy tu postulat: Albo pismo nigdy nie było uzupełnieniem, albo bezzwłocznie należy zbudować nową logikę tego uzupełnienia.

Językoznawstwo chce zatem być nauką o języku. Odłóżmy tutaj na bok wszystkie ukryte rozstrzygnięcia, które ustanowiły taki projekt. Weźmy najpierw po prostu pod uwagę, z interesującego nas punktu widzenia, ze nauce tej nierzadko przyznaje się naukowość z powodu jej fonologicznej podstawy. Fonologia, mówi się dziś często, przekazuje swą naukowość językoznawstwu, które samo służy za epistemologiczny model całej humanistyce. Zdecydowanie i systematycznie fonologiczna orientacja językoznawstwa (Trubecki, Jacobson, Marinet) spełnia przede wszystkim intencje de Saussure’a, ten bowiem mówi: Język i pismo to dwa odrębne systemy znaków; jedyną racja bytu pisma jest to, ze jest obrazem (reprezentacją) języka. To oczywiście bliska reminiscencja Rousseau, który miał powiedzieć: Pismo jest tylko przedstawieniem mowy; to dziwne, że więcej starań poświęca się określeniu obrazu niż przedmiotu. De Saussure, opierając się na założeniu, zupełnie słusznym, gdyż tak jest w łonie myślenia etnocentrycznego, a szczegółowiej — eurocentrycznego, że prawdą jest, iż pismo fonetyczne rządzi całą naszą kulturą oraz całą naszą nauką i nie jest z pewnościa jednym spośród rozmaitych faktów. Nie odpowiada jednak żadnej absolutnej i powszechnej, istotowej konieczności. Właśnie na jej gruncie De Saussure określa projekt i przedmiot językoznawstwa ogólnego: przedmiotu językoznawstwa nie określa połączenie wyrazu pisanego i wyrazu mówionego: przedmiotem tym jest wyłącznie wyraz mówiony.

Językoznawstwo jako nauka określa ostatecznie język — obszar jego obiektywności — od strony nieredukowalnej niezłożoności jego istoty jako jedność phone, glossa i logos. W stosunku do tej jedności pismo byłoby zawsze czymś pochodnym, niespodziewanie przybyłym, jednostkowym, zewnętrznym, podwajającym element znaczący: byłoby fonetyczne.

Intencja, która ustanawia językoznawstwo ogólne jako naukę, okazuje się jednak pod tym względem sprzeczna. Deklarowany zamysł, wyrażając to, co rozumie się samo przez się, potwierdza podporządkowanie gramatologii, historyczno-metafizyczną redukcję pisma do rangi instrumentu służącego pełnemu i pierwotnie mówionemu językowi. Ale inny gest uwalnia przyszłość pewnej gramatologii, dla której fonologiczne językoznawstwo byłoby jedynie podległym i ściśle ograniczonym regionem.

W tym momencie stoimy przed możliwością referencyjnego otwarcia podstaw gramatologii, jednakże trzeba w powrotnym oglądzie ujrzeć gotową już jej pracę. Wyjście w językoznawstwie od de Saussure’owskiego ograniczenia: ograniczymy nasze badania do systemu fonetycznego, zwłaszcza zajmiemy się tym, którego używamy obecnie, a którego prototypem jest alfabet grecki, po pierwsze stanowi źródłowe (jak wiemy nieuchwytne, ale niektórzy tego nie wiedzą) uzasadnienie późniejszej tezy André Martineta, że pismo tworzy „ekran słowa”, po drugie funduje możliwość dyskursu pisma, który w sposób radykalny kończy erę ksiązki, a zaczyna erę pisma. Zwróćmy uwagę, jak złą w tym kontekście robotę wykonał Sokrates. W sensie podstawowym, jako ojciec „wszystkich filozofów” nie napisał nic; tylko mówił. Paradoks przywołuje jego słowa w pismie. Kiedy więc de Saussure nie traktuje już wprost o pismie, wówczas gdy problem ten, jak sądzi, bierze w nawias, to na odwrót, uwalnia obszar gramatologii ogólnej. Która nie tylko nie byłaby wykluczona z językoznawstwa ogólnego, lecz zdominowałaby je i objęła swym zakresem. Dostrzegamy wówczas, ze to, co zostało wypędzone za granicę, przez językoznawstwo, stale nawiedza język, jako jego (jak mówi Derrida) pierwsza i najbardziej intymna możliwość.

Ukonstytuowanie nauki lub filozofii pisma jest zadaniem koniecznym i trudnym. Ale myśl o śladzie, różnicości, która dochodzi do tych granic i bezustannie je powtarza (językoznawstwo jako praktyka autoodtwarzania) powinna również przebijać poza pole episteme. Myśl, która nic nie znaczy, jak wszelkie otwarcie i ten indeks, od swej widzialnej strony, należy do wnętrza epoki przeszłej (logocentrycznej). Myśl ta nic nie waży. W grze systemu jest ona tym, co nigdy nic nie waży. Myślenie jest czymś, czego jeszcze nie zaczęliśmy robić: czymś, co mierzone krojem pisma, rozpoczyna się jedynie w episteme.

Tak rozpoczyna się dopiero możliwa historia myślenia, którą przyjdzie nam się zająć w części następnej.

© 2006 Karol Zamojski

verte.art.pl > Myśl > Eseje > Pismo, język, różnica

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski