Kwestia duchowości (jakkolwiek definiowanej) jest wysoce problematyczna, szczególnie biorąc pod uwagę, że jej sens może być wyrażony głównie poprzez metaforę czy symbol i tylko w taki sposób możemy „dotknąć” poszczególnych idei, stanowiących o ideologiczno-poglądowym horyzoncie danego systemu. Natomiast faktograficzne pisanie o duchowości będzie par excellance sztuką piękną.
Wybierając między „istnieniem” lub „nieistnieniem” Boga, stajemy się częścią poważnego konfliktu, którego strony charakteryzują się określonymi własnościami – z jednej strony mamy metodologię opartą na racjonalizmie i logikę, z drugiej zaś swoisty system ontologiczno-poznawczo-filozoficzny, jakim jest religia (upraszczając). W momencie, w którym zastosowana metodologia staje się swym własnym odbiciem w krzywym zwierciadle, zaczyna się spór o coś, co jest (dosłownie!) bez znaczenia.
Ukochaliśmy prowadzenie dyskusji na temat, który w swej bezpośredniej wymowie nie przekazuje żadnych konkretnych informacji. Jest to „grzech” zarówno teistów, jak i ateistów. Zmuszenie duchowości (rozumianej jako zespół pewnych wewnętrznych funkcji świadomości niekoniecznie tożsamych z jakąś konkretną religią) czy nauki do ustosunkowywania się względem mglistych koncepcji (nie)istnienia Boga, jest pewnym zafałszowaniem metodologii u samych jej podstaw. Zarówno teizm, jak i ateizm okazują się chwytnymi ideami, na kanwie których można bez problemu stworzyć monumentalne i inspirujące koncepcję, jakie dzięki swej atrakcyjności będą wyjątkowo silnie oddziaływać na wyobraźnie ludzi, żądających podniet związanych z perspektywą odnalezienia doświadczeń absolutnych w swym domniemanym obiektywizmie. W ten sposób nauka i religia zawierają w tym wymiarze nieświadomy sojusz, którego axis mundi jest (nie)istnienie Boga. Teista walczy z ateistą, chociaż w obrębie jego psychiki zachodzi bardzo podobny proces… i vice versa.
Dla potrzeb tekstu ukułem termin „postteizmu”, który w moim mniemaniu ma być swoistą alternatywą zarówno dla ateizmu, jak i teizmu oraz form pośrednich. Nie odrzucam ani duchowości, ani sceptycznego paradygmatu naukowego, chcę po prostu oczyścić obie koncepcje z zupełnie niepotrzebnej idei „Boga”. Już Denis Diderot w liście do Woltera zauważył, że jest bardzo ważne, by nie pomylić cykuty z pietruszką, ale kwestia wierzyć czy nie, naprawdę nie ma większego znaczenia. Funkcjonowanie ludzkiego umysłu jest w swej naturze egocentryczne. Dostosowujemy się do określonych pasm, dzięki czemu odbieramy dany rodzaj informacji. Nieświadomie absolutyzujemy pasmo, które obraliśmy, za własne. Próbujemy zamykać własne życie psychiczne w strukturach kodu lingwistycznego, konfrontując w ten sposób nasze wnętrze z możliwością stworzenia jego werbalnego opisu. Odpowiedzi na nurtujące nas pytania, które wykreowaliśmy w ten sposób, będziemy przeważnie traktować jako „obiektywne”. Niezależnie, jak bardzo byśmy chcieli, fenomeny życia wewnętrznego bardzo niechętnie poddają się sztywnym ramom lingwistyki oraz tego, w jaki sposób przekazujemy informację Innym. Tak jak wspomniałem wyżej – pisanie o duchowości w praktyce okazuje się sztuką piękną.
Określając dostępny nam przedział możliwych dla naszej psychiki form manifestacji myśli (w tym wypadku dotyczących (nie)istnienia Boga), będziemy najpewniej rzutować specyfikę tej części na całą niepoznaną resztę. Tworzymy w ten sposób naszą „rzeczywistość”, która, choć upośledzona, zawiera w naszym mniemaniu „prawdę ostateczną” – nawet nie wydaję nam się szczególnie dziwne, że potrafimy określić „prawdę ostateczną” za pomocą skończonej (choć bardzo szerokiej) gamy symboli, powiązań, emocji, fenomenów umysłowych, znaków graficznych, czy w końcu słów i zdań. W rzeczywistości desygnat nie może przecież objąć całości, choćby ze względu na ograniczenia czysto biologiczne czy psychologiczne. W związku z powyższym chciałbym przedstawić tezę, że rozpatrywanie (nie)istnienia Boga jest absurdalne, zarówno z punktu widzenia nauki, jak i duchowości.
Proponowana przeze mnie duchowość „postteizmu” to koncepcja filozoficzno-mistyczna, stojąca ponad wiarą w bogów oraz usilną potrzebą do mocowania się z ideami, których nie sposób zweryfikować. „Postteizm” stawia w centrum uwagi człowieka, zarówno jego wymiar „duchowy”, jak i „naukowy”. Mówiąc „duchowy”, mam na myśli (w skrócie) indywidualistyczne i całkowicie subiektywne fenomeny życia wewnętrznego, związane z funkcjonowaniem naszego układu nerwowego oraz alternatywnymi stanami świadomości, które pozwalają nam na postrzeganie rzeczywistości w kontekście nieco szerszym niż ten, do którego jesteśmy przyzwyczajeni podczas wykonywania codziennych obowiązków.
Chcąc rozważyć koncepcje religijne z punktu widzenia „postteistycznego”, należałoby na całe zagadnienie spojrzeć przez pryzmat kognitywistyki. Niezależnie od koncepcji semantycznych, lingwistyka kognitywna rozpatruje znaczenia określonych pojęć w kategoriach konceptualizacji. Zamiast postrzegać znaczenie jakiegoś pojęcia jako modelu, który jest sposobem na interpretację danego fenomenu, możemy postrzegać jego istnienie w kategoriach „mentalnej przestrzeni”, którą zajmuje w umyśle czy „języku” jako takim. Dojdziemy wtedy do koncepcji, którą zwykło się ogólnie określać mianem nonkognitywizmu teologicznego. Język religii okazuje się bowiem językiem pozbawionych znaczenia słów, których możliwości definicyjne wyrażają (i określają) podstawę całego konfliktu ateistów z teistami.
Pojęcie „Boga” może być zdefiniowane tylko w sposób negatywny (kim lub czym Bóg nie jest) lub odnoszący się do relacji z jego domniemanymi przymiotami, które zważywszy na swój równie absolutny charakter (co jest zrozumiałe), nie przynależą również do zwyczajnego porządku lingwistycznego i są równie nieweryfikowalne. W zdaniu: jeżeli bóg jest wszechmocny, niechaj stworzy kamień, którego sam podnieść nie może mamy więc dwa błędne z punktu widzenia językowego założenia – puste pojęcia: „bóg” oraz „wszechmocny”. Absurdem jest więc próba rozwiązywania tego paradoksu, gdy nie dysponujemy aparatem poznawczym, umożliwiającym nam zrozumienie koncepcji absolutnych, które w kontekście codzienności nie mają faktycznie zbyt wiele wspólnego (pomijając np. matematykę teoretyczną) ze światem „rzeczywistym”.
Jeżeli przyjmiemy więc, że koncepcja Boga jest w pewnym sensie przynależna jakiemuś wymiarowi kongwistyki symbolicznej, to zauważymy, że koncentruje się ona głównie wokół modelowania świadomych i abstrakcyjnych procesów myślowych, które celem samopotwierdzania łączą się w umysłowy model definiowalny jedynie z punktu widzenia zunifikowanych w sobie przymiotów, których znaczenie można odkryć tylko poprzez myślenie o nich samych. Innymi słowy, „Bóg” wraz ze swymi określeniami tworzy zestaw pozbawionych znaczenia koncepcji, które pozostając w oderwaniu od „obiektywnego” (nie-transcendentnego) porządku rzeczywistości, definiowane mogą być tylko i wyłącznie same przez się.
Powyższa koncepcja wydaje się nieco mniej „dogmatyczną wersją” czystego ateizmu („nie bo nie”), który jako taki również zawiera w sobie pewne sprzeczności. Ateizm oddaje na swój sposób hołd koncepcjom teologicznym, ponieważ zakłada, że w rzeczywistości istnieje coś, co najrozsądniej (najbardziej uczciwie itd.) jest zanegować poprzez „niewiarę”. Ateiści zdają się uważać, że koncepcja Boga zawiera w rzeczywistości jakieś konkretne znaczenie czy założenie, wobec którego można się ustosunkować – wyrazić pogląd, czy przedstawić opinię. Co jest oczywiście absurdem. Jak wspomniałem wyżej, skoro nie wiemy nawet, o czym właściwie mówimy, przekonywanie do istnienia jest podobną stratą czasu, jak przekonywanie do nieistnienia.
Jeżeli potrafimy wyobrazić sobie ogólne podłoże konfliktu o (nie)istnienie bogów, dojdziemy do wniosku, że zarówno teizm, jak i ateizm są w pewnym sensie wiarą. Oczywiście, o ile teiści są zupełnie świadomi własnej wiary, to ateiści będą próbować przedstawiać swoje stanowisko jako absolutne z punktu widzenia światopoglądowego i ontologicznego. Wiara to ciemnota, ateizm to normalny stan rzeczy – stwierdzenie, które jest do pewnego stopnia podkreśleniem absolutyzmu ateistycznego, ze swym założeniem, że Boga po prostu nie ma, i taka jest Prawda. Jednak jeżeli istnieje coś takiego jak „prawda ostateczna”, musiałaby ona być do pewnego stopnia objawioną. Mamy tu więc do czynienia z bronią obusieczną.
Natomiast duchowość postteisty należałoby rozpatrywać w kategoriach czynu transgenicznego wobec poglądów zarówno teisty, jak i ateisty. Transgresja oznacza przekraczanie. Jest subiektywnym ruchem „w przód”, wyjściem ku czemuś, w zależności od tak podmiotu, jak i celu. Transgresja nie jest ruchem „ku czemuś”, ale raczej „od czegoś”, co stanowi rdzeń i centrum. Dla (niektórych) zadeklarowanych teistów i (niektórych) zadeklarowanych ateistów koncepcja Boga stanowi axis mundi – fundament światopoglądu, wokół którego koncentruje się życie psychiczne i który swoim cieniem przysłania zdolności poznawcze, zamykając umysł na nieskażone dogmatem czy pewnością postrzeganie określonego fragmentu rzeczywistości (w tym wypadku będzie to dotyczyło tzw. duchowości). „Postteista” wykracza poza prosty podział na istnienie, bądź nieistnienie, odcinając się tym samym od problemów, które w rzeczywistym świecie nie mają żadnego znaczenia.
Dlatego też duchowy wymiar „postteizmu” należałoby rozpatrywać jako stojący ponad wiarą w bogów oraz siłowanie się ze związanymi z nimi ideami, stawiając człowieka w centrum zainteresowania duchowości. O ile ateista będzie stawiał się w opozycji do Boga, postteiście nie jest to już do niczego potrzebne, jest przebrzmiałym reliktem minionych epok. Ateista będzie uparcie negował kościelne święta, tradycje i rytuały. Postteista potraktuje je jako żywy element tradycji oraz obrządków charakterystycznych dla danego kręgu kulturowego. Rytuały może rozpatrywać w sposób zupełnie racjonalny (nieideologiczny) jako fascynujące/nieciekawe, pasjonujące/nudne, umilające życie/przeszkadzające w życiu. Należy zauważyć, że zakorzenione w społeczeństwie memy są spuścizną naszych przodków i obecnie nie muszą być koniecznie tożsame z wiarą w jakiekolwiek istoty metafizyczne. Wiele osób obchodzi święta (Boże Narodzenie, Wielkanoc) nie chodząc wcale do kościoła, wielu innych chodzi do kościoła, ale nie wierzy. Nie ma w tym nic szczególnie obscenicznego – szczególnie że nikt nie karze nam wierzyć w pogańskich bogów, gdy chcemy spalić marzannę albo puszczać wianki na wodzie.
Kościelne obrządki są li tylko pozostałością po dawnych, stricte religijnych, tradycjach. Nie trzeba być katolikiem, aby wziąć udział w kościelnej uroczystości. Nie ma też poważnej potrzeby krytykowania kogokolwiek za chęć propagowania własnego podejścia do rzeczywistości. Poprzez analogię można tego rodzaju koncepcję odnieść do innych zjawisk tradycyjnej kultury. Głupotą byłoby piętnowanie hejnału mariackiego tylko dlatego, że oparty jest na legendzie. Jednogłośnie dajemy mu prawo bytu, widzimy potrzebę istnienia, chociaż musimy za to płacić. Mimo że smok wawelski jest bujdą na resorach, skrajnym idiotyzmem byłoby zmienianie „smoczej jamy” na „grotę pod Wawelem” tylko dlatego, że smok to bajka oraz przekazywana z pokolenia na pokolenie ściema.
Konflikt między teistami a ateistami przyjmuje często wymiar wyjątkowo dziecinny. Jest tutaj analogia do podobnego konfliktu – „wojny” między „prawicą” a „lewicą”, która opiera się na podobnych założeniach, operując pojęciami, które do stanu rzeczywistości mają się nijak. Agnostycyzm i ateizm nie muszą być jedyną alternatywą wobec teizmu. Mogę siebie postrzegać w kategoriach agnostycznego nihilizmu, który każe mi zakładać, że prawdy w żaden sposób nie będziemy w stanie poznać, bowiem zawsze istnieje jakaś możliwość, że Zeus, Różowy Jednorożec czy Jahwe istnieją – w najlepszym przypadku nawet wszyscy naraz! Z drugiej strony postrzegam siebie w pewnym sensie jako ateistę, gdyż wydaje mi się, że bogowie są tylko wytworami umysłu. Nie zmienia to faktu, że być może istnieje realne środowisko (wszechświat czy raczej głębiny ludzkiej psychiki), które bogowie w jakiś sposób „zamieszkują” – choćby pod postacią archetypów, symboli czy innych (mniej lub bardziej zanieczyszczonych) idei.
Ateista dostrzega w agnostyku coś zupełnie obcego, szczególnie kiedy łudzić się będzie, że można ostatecznie powiedzieć, że boga (bogów) nie ma – w ten sposób ateiści uznają swoje przekonanie za coś więcej niż pogląd. Argumentacja u teistów przyjmuje wymiar bardzo podobny. Obydwie grupy, myśląc, że znają prawdę, nie mają świadomości, że posiadanie argumentów czy ogólnego światopoglądu (nawet poprzedzonego wieloletnimi przemyśleniami) nie oznacza poznania kompletnej wiedzy o świecie (tzw. prawdy).
Może być tak, że ilość energii zużytej na daną potrzebę jest kryterium stopniowania wartościowości w ocenie przydatności/zasadności określonego zagadnienia (innymi słowy – im więcej o czymś myślimy, tym więcej o tym mówimy, czy jeszcze inaczej – bardziej nas to obchodzi, niezależnie od „obiektywnych” przesłanek i zewnętrznych czynników). Wartościowe staje się więc zaspokojenie potrzeb – rozładowanie nadmiaru psychicznej energii poprzez poruszanie tematów religijnych. Okazuje się, że istnieje popyt na takie dyskusje. Skoro tak, mimo pustki semantycznej słowa „Bóg”, idea ta musi w jakiś sposób funkcjonować w świadomości – „istnieć” przynajmniej na poziomie czysto psychicznym – choćby ze względu na fakt, że tak wiele osób znajduje wielką przyjemność w spieraniu się o coś, czemu zarzucamy nieistnienie. W gruncie rzeczy, jeżeli możemy się o coś spierać, w jakimś wymiarze musi to istnieć, nawet jeżeli nie jest rzeczywiste w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Z drugiej jednak strony, przy podejściu nieco bardziej psychoanalitycznym, dojdziemy do wniosku, że dyskusja niekoniecznie musi opierać się na potrzebie przekonania interlokutora. Osoby, których religijność wyraża się w wymiarze doktrynalnym (czyli czysto teoretycznym – większość „moherowych babć” spędza z różańcem dużo czasu, co nie oznacza, że przeżywają przy tym doznania mistyczne, wzlatując w niedostępne śmiertelnikom wymiary doświadczenia), nierzadko same będą prowokować dyskusję, żeby poprzeć (poprzez przekonywanie innych) własne wywody i poglądy, tym samym przekonać samych siebie do własnej doktryny, która pozbawiona podstaw rzeczowych będzie zawsze budzić jakieś wątpliwości – które przeważnie wypychane są do nieświadomości, nie dając jednak spokoju. Jest to powód, dla którego wierzący MUSI próbować nawracać, podobnie jak niewierzący, który aby być w zgodzie ze sobą, będzie MUSIAŁ forsować poglądy skrajnie przeciwne.
Jak się okazuje, każdy ma potrzebę naprawiania świata. Z pewnością można założyć, że każda „czysta” forma jakiejś ideologii (czysty teizm czy ateizm – w sensie, że dany pogląd będzie hegemonicznym w danych społeczeństwie), a więc posiadająca wymiar utopijny, nigdy się w rzeczywistości nie sprawdzi. Szczególnie jeżeli weźmiemy pod uwagę, na jak bardzo zwierzęcym, jako gatunek, jesteśmy poziomie emocjonalnym.
Człowiek posługiwać się może umysłem w celu formułowania określonych koncepcji i tworzenia między nimi relacji. Mimo to spektrum ludzkich doznań jest na tyle szerokie, że ciężko je wszystkie upchnąć w wyłącznie poznawczej sferze funkcjonowania ludzkiego umysłu. W zależności od sposobu postrzegania rzeczywistości, pojęcia takie jak skuteczność, praktyczność czy prawdziwość nabierają znaczenia wysoce relatywnego. Porażka czeka nawet osobę, która choć bezpośrednio w konflikt niezaangażowana, chce przetestować słuszność swych tez. Powodem tego jest, że nie sposób przebić się przez ścianę dogmatu, powstałego w obliczu bardzo pociągających koncepcji intelektualnych, które aspirują do bycia „prawdziwymi” i „obiektywnymi”, choć w swej naturze (i w ustach swoich zwolenników) okazują się apriorycznymi w swych założeniach.
Każdy myśliciel określa przymioty rzeczywistości, posługując się własnymi spostrzeżeniami (będącymi przeważnie rozwinięciem czyichś koncepcji), dąży do stworzenia modelu świata. Modelu, który jest konstruowany na fundamencie organizacji własnego układu nerwowego i względów indywidualnych, specyficznych dla każdego człowieka. Poglądy te ulegają jednak absolutyzacji i są projektowane na całą rzeczywistość. Określając (nie)istnienie Boga, trafiamy na pewną pułapkę, wynikająca z upośledzenia naszych zdolności poznawczych. Jakakolwiek koncepcja filozoficzna, poddana analizie logicznej, okaże się jednocześnie słuszna i fałszywa (w zależności od indywidualistycznego sposobu oceny zjawiska). Mimo że nie jest to zbyt powszechna metodologia, używana do określania fenomenów, mnogość koncepcji i tak świadczy o niemożliwości zaistnienia prawdy absolutnej. Skoro wielcy myśliciele nie zgadzają się ze sobą, jeżeli chodzi o tak podstawowe pojęcia jak „wolność”, „wola”, „świadomość”, „prawda”, czy „istota bytu”, nadgorliwością byłoby oczekiwać, że istnieje coś takiego jak fundamentalna („obiektywna”) płaszczyzna pojęciowa oraz nieomylny sposób weryfikacji wszelkich twierdzeń. W tym właśnie upatrywać możemy idei „postteizmu” – ukazania absurdu dążenia do urojonego absolutu. Skupienie się na tym, aby usunąć wynaturzenie w postaci „obiektywnego” Boga z ludzkiej świadomości, zastępując je humanocentryzmem w najczystszej postaci, będącym afirmacją indywidualnej transcendencji tkwiącej w każdym z nas. Wolę wyjść z założenia, że każdy (nie) ma swojego własnego „Boga”, lub każdy „Bóg” (nie) ma swojego własnego człowieka (niepotrzebne skreślić) – podług woli oraz osobistych zapatrywań. Bóg w tym znaczeniu byłby więc „prywatną” transcendencją, która byłaby immanentna dla każdego z osobna – nicość, z której wyłania się przestrzeń potencjalnych możliwości.
© 2009 Maciej Twardowski
verte.art.pl > Myśl > Eseje > (Nie)istnienie Boga, czyli „postteizm”
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski