> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№61 lipiec 2009

Prawda Jarosław Sujczyński

Potrzeba silnej wiary nie jest dowodem silnej wiary, jest raczej odwrotnie. Gdy ją posiadamy, możemy pozwolić sobie na luksus sceptycyzmu.

Nietzsche, „Zmierzch bożyszcz”

Przedmiot i jego wartość

Gdy chodziłem do szkoły (i kiedy mi belfer stawiał dwóje!), nie zastanawiałem się nad tym, kiedy nareszcie będę mógł robić to, na co naprawdę zasługuję,tylko słuchałem bajek opowiadanych przez nauczycielkę. Oto wykład zatytułowany „Przedmiot i jego wartość” wygłoszony przez panią Barbarę przed ośmioletnim audytorium. Ustawiam dekoracje: kaflowy piec, ławki z pulpitem z otworem na kałamarz, stolik nauczycielki na niskim podium i pani Barbara zaczyna: 1. teza: rzecz absolutnie bezcenna nie istnieje. 2. ilustracja tezy: Król postanowił ofiarować rękę swojej córki i królestwo w posagu temu młodzieńcowi, który podaruje jej rzecz absolutnie bezcenną. Zjawiło się trzech kandydatów. Pierwszy przyniósł ze sobą dywan, dzięki któremu można było natychmiast wszędzie dotrzeć. Drugi – szklaną kulę umożliwiającą zobaczenie „na odległość” dowolnego miejsca. Trzeci – jabłko, którego kęs uleczy ze śmiertelnej choroby. Królowi żaden z tych przedmiotów nie wydał się absolutnie bezcenny… Ani nawet wszystkie trzy naraz. Oczywiście dzięki szklanej kuli możemy zobaczyć miejsce, w którym znajduje się umierająca królewna i dotrzeć tam wystarczająco szybko na latającym dywanie, aby dostarczyć jej uzdrawiające jabłko. Ale uzdrawiające jabłko zostanie pewnego dnia zjedzone, a wtedy królewna umrze. Król wydał swą córkę za czwartego kandydata, który przybył tylko z efemerycznym, jak wszystkie rzeczy na świecie, uśmiechem. Wykłady pani Barbary były zawsze na najwyższym poziomie; prawdziwy śmiech zaczął się w szkole średniej na lekcjach logiki: nasz profesor używał również słowa prawda jako znaku przystankowego – inni w tym celu stosują słowo k... – i często trudno było zrozumieć, o którą prawdę mu chodzi.

1. Prawda

W nocy śniło mi się wydarzenie, które miało miejsce w małym miasteczku w województwie łódzkim na początku lat sześćdziesiątych. Nic specjalnego: świt budzi się nieśmiało, syn chorego odwozi saniami mojego ojca i mnie, który mu w tej nocnej eskapadzie towarzyszyłem. Niezależnie od snu pamiętam doskonale tę noc prawdopodobnie dlatego, że jak przyjechaliśmy na tę daleką wieś, mój ojciec zajął się chorym, a mnie kobiety odmrażały w piekarniku. To było dawno, wtedy mój ojciec – jak wielu jemu podobnych – dzięki penicylinie i gruszce do mierzenia ciśnienia utrzymywał przy życiu, w paru wsiach, tych, którzy tego życia jakoś się jeszcze sami trzymali. Później mój ojciec zrobił kilka specjalizacji, a ja skończyłem kilka szkół i stałem się tym, czym on był całe życie: pierwszym bezrobotnym po bogu. Medycyna okazuje się skuteczna tylko dla tych, którzy dysponują choć resztkami zdrowia; żaden lekarz nie ożywił trupa; z filozofią jest bardzo podobnie, interesują się nią i może ona być pomocna tylko dla tych, którzy już coś wiedzą „od siebie”. Skoro wspomniałem o papie lekarzu (wtedy na wiejskich drogach, podczas epidemii, spotykało się siano ze środkami dezynfekującymi, aby konie nie przenosiły zarazków), pozwolę sobie dorzucić jeszcze dwa słowa o higienie. Kiedy czytamy Epikura czy Lukrecjusza, dowiadujemy się dwie, trzy rzeczy i mamy prawo się dziwić, dlaczego potężne głowy do nich przywiązują aż tak wielką wagę. Cóż jest aż tak ważnego w tym, że: prawda jest tożsama z aktualnym stanem materii, a dobro ze szczęściem? Te dwie chudziutkie myśli mają wielką wartość higieniczną: poszukiwanie prawdy w tym, czego nie ma; poszukiwanie dobra w czymś innym niż szczęściu; na pewno pozwala na wielkie konstrukcje intelektualne, które zastosowane w życiu tworzą dużo poważniejsze katastrofy od „biedy”, „prostoty” czy „banału”, do których mogą doprowadzić wyżej wspomniane „prawdy” materialistów. Te prawdy materialistów są najlepszymi definicjami, jakie mamy do dyspozycji; definicja – jak nazwa wskazuje – wcale nam nie mówi, czym jest rzecz, ale do czego się ogranicza; definicja, niezależnie od kontekstu jest Kantorowskim dalej nic. Wartość prawdy filozoficznej, paradoksalnie, nie zawiera się w tym, co ona nam mówi, lecz w tym, przed czym ona nas broni, i dlatego prawda filozoficzna często nie jest rzeczą najmilszą: broni nas zabijając naszych wrogów, których traktowaliśmy jak przyjaciół, podobnie jak działanie antybiotyku nie czyni nas silniejszymi czy inteligentniejszymi, antybiotyk jest skuteczny, jeżeli jego działanie doprowadzi nas do stanu, w jakim się znajdowaliśmy przed atakiem mikrobów. Prawda filozoficzna broni nas przed chorobą bardzo groźną, jeżeli zgodzimy się z tezą de Montaigne'a: de nos maladies la plus sauvage, c’est mépriser notre être (najgorszą naszą chorobą jest pogardzać życiem).

2. Prawda i konkluzje

… inaczej mówiąc, soczewki i teleskop. Jednym z najlepszych, wszystkim znanym, przykładem na to, że prawda jest samotna i często nie ma nic wspólnego z konkluzjami, do których próbujemy ją zaprząc, są „Trzy dialogi między Hylasem i Filonusem”Berkeleya. Niestety nie wiem, czy Berkeley napisał wstęp do dialogów, jak to często się zdarza, po napisaniu tychże dialogów; jedno natomiast jest oczywiste: dialogi nie mają najmniejszego związku z poprzedzającym je wstępem, dialogi są doskonałą robotą, poprzedzający je wstęp jest robotą ideologa: ponieważ zamiarem moim było przekonać rozumowo sceptyków i niewierzących, toteż wysiłki moje szły w kierunku ścisłego stosowania najsurowszych praw rozumowania. Dla bezstronnego czytelnika będzie oczywiste, mam nadzieję, że wzniosłe pojęcie Boga i spokojnego oczekiwania nieśmiertelności w sposób naturalny powstają ze ścisłego i metodycznego myślenia, bez względu na to, do jakich wyników doprowadziła kręta i nieznana droga, którą zupełnie niewłaściwie nazywają wolnomyślicielstwem pewni libertyni, którzy nie mogą znieść przymusu logiki, tak samo jak przymusu religii czy rządu. Ten fragment ze wstępu nie ma nic wspólnego z dialogami, w których nie ma najmniejszego błędu i trudno się nie zgodzić, jak mówi sam autor, że są wynikiem ścisłego i metodycznego rozumowania, ale mamy również prawo, mimo naszej absolutnej bezstronności, dziwić się, na jakich fragmentach dialogów Berkeley się opiera, aby pisać podobne rzeczy. Filonous: Jestem głęboko przekonany, że przedmiot, który filozofowie nazywają substancją materialną, nie istnieje. Gdyby jednak wskazano mi jakąś sprzeczność w mym poglądzie, miałbym tę samą rację do odrzucenia go, którą, w moim rozumowaniu, mam obecnie do odrzucenia poglądu przeciwnego. Doskonale, trudno wyrazić doskonalej nasz pogląd, że uznajemy prawdę jakiegoś twierdzenia tylko i wyłącznie wtedy, gdy ta prawda wychodzi zwycięsko z konfrontacji z prawdami jej przeciwnymi. Z czego wniosek, że prawda pozostaje zawsze hipotetyczna, ponieważ aby czegoś można było być absolutnie pewnym, trzeba by najpierw zebrać wszystkie dane, inaczej mówiąc, czekać do końca czasu, co jest z definicji niemożliwe. Jeśli chodzi o temat dialogów, czyli istnienie substancji materialnej, Filonous jest bezbłędny: mamy do czynienia tylko z substancją zmysłową, co stanowi problem dla materialistów i powinno również stanowić dla biskupa Berkeleya. Genialny Berkeley, wbrew sobie, przygotował teren dla Hume’a, któremu – precyzyjnie na tym terenie – nie pozostało nic do roboty, poza stwierdzeniem: na temat istnienia boga nie mam absolutnie nic do powiedzenia, ponieważ na to nie pozwala mi żadna percepcja. Soczewki Berkeleya funkcjonują doskonale, na temat utworzonego z nich teleskopu nie czuję upoważniony się wypowiadać. Nie będąc ani nawiedzonym, ani w kontakcie z autorem faktu ontologicznego, nie mam na ten temat nic do powiedzenia.

3. Prawda, jedna z prawd

Wszyscy oczywiście wiedzą, że kochać – siebie, inną osobę, przedmiot, hipotetycznego boga – są różnymi odmianami miłości do realności lub radością spowodowaną odczuciem, że jest byt; a każda z osobna jest radością świadomą przedmiotu (powodu), który ją powołuje do życia: Amor nihil aliud est, quam Laetitia concomitante idea causae extrenae, czyli miłość jest niczym poza radością świadomą swojego powodu(Spinoza) – miłość jest czymś najwspanialszym, co może spotkać człowieka w życiu. Oczywiście możemy te odmiany miłości hierarchizować: która z nich daje nam najwięcej radości chwilowo, a która pozwala nam się radować swoim przedmiotem przez całe życie. Ale niezależnie od hierarchizacji, każda z odmian miłości charakteryzuje się brakiem związku pomiędzy swoją realnością a swoją ideą, ponieważ ideą miłości jest wieczność, a realnością miłości jest efemeryczność. Jak zauważył Platon, i nie widzę powodu, aby się z nim nie zgadzać, gdy pisze coś rozsądnego: miłość pozwala me on,czyli najmniejszemu z możliwych bytów, na efemeryczny kontakt z bytem. Ale okrucieństwo Peni, pijaczki, jest równe okrucieństwu realności, potrafi zamienić me on w byt, jak również odesłać me on do nicości.  Rezultat wszyscy znają: miłość do siebie okazuje się miłością do projektu, który się nigdy nie zrealizuje; prawdziwa miłość do drugiej osoby, analizowana szczerze i tylko jako miłość, zawsze przegrywa z czasem, swoim przeciwnikiem; miłość do boga podobnie, i najczęściej, kończy się słynnym: dlaczego mnie opuściłeś! Miłość jest więc sprawą bardzo dziwną, a co pogłębia tę dziwność, to fakt, że nie bardzo wiemy, czy jest tematem dla psychologa, czy ontologa. Jeszcze gorzej: cokolwiek istnieje, jest również bardzo dziwne i prawda miłości nie różni się niczym od innych prawd o innych rzeczach lub zjawiskach. Jak zauważył Clément Rosset, jedyny filozof, który w XX wieku stworzył swoją ontologię („L’objet singulier”,1978), niepewny charakter najgłębszych prawd filozoficznych pozwala na wytłumaczenie faktu, pozornie paradoksalnego i tajemniczego, że tezy formalnie sprzeczne i nawet zaprzeczające sobie mogą być traktowane jako równie słuszne. Nic bardziej trafnego, na przykład, niż to, co mówią o miłości Platon w „Uczcie” i Lukrecjusz w „De rerum natura”, ale nic również bardziej diametralnie sprzecznego. Ta pokojowe współżycie prawd tłumaczy się nie Heglowskim złudzeniem wiedzy absolutnej godzącej w końcu we wszystkie tezy filozoficzne, ale niepewnym charakterem każdej z tez. Rozważane jako definitywnie przyjęte, prawdy filozoficzne wykluczają się koniecznie, jak tylko nie mówią tego samego. Rozważane jako zawsze niepewne, tolerują się nawzajem. Nie istnieje w dodatku żaden powód interpretacji różnic doktrynalnych w terminach opozycji, twierdzenia, że idea jest sprzeczna z inną, gdy jest tylko różna. Nietzsche dostrzega, na początku „Poza dobrem i złem”,że konieczne przejście od idei różnicy do idei sprzeczności zawiera w sobie jeden z głównych dogmatów iluzji: Głęboka wiara metafizyków jest wiarą w sprzeczność wartości. Nawet najostrożniejsi, ci, którzy przyrzekali sobie „de omnibus dubitatndum”, nie zdołali przyjąć tej wątpliwości, początku swojego przedsięwzięcia, mimo że wątpliwość była bardziej niż konieczna. (...) Być może (...) to, co stanowi o wartości rzeczy dobrych i uwielbianych, bierze się z tego, że przywłaszczają sobie, mieszają się, lub mylą podstępnie z rzeczami złymi i pozornie sprzecznymi, jedne i drugie być może są tej samej natury (Clément Rosset, „Le principe de cruauté”, 1988).

4. Prawda moralna

Naukę w szkole podstawowej kontynuowałem później w uroczym miasteczku pod Warszawą, gdzie szybko poznałem młodych bandytów. Z „Nikotynką”– miał zawsze przy sobie papierosy i mosiężną zapalniczkę na benzynę – bardzo się lubiliśmy i stale informował mnie o swoich odkryciach naukowych, jak na przykład: prawo Ohma, nie wychodź z domu bez łoma! W tamtych czasach kradł rowery, rzadziej motorowery. Z „Nikotynką” bardzo się lubiliśmy i „Nikotynka” nigdy mnie zawiódł; spotkaliśmy się dziesięć lat temu, właśnie wyszedł z więzienia i parę latek za kratkami, jak prawdziwy bandyta z Dostojewskiego, poświęcił rozmyślaniom nad błędem w sztuce, który za te kratki go zaprowadził. Pobyt w więzieniu uważał za konsekwencje błędu w sztuce i tylko do siebie mógł mieć o to pretensje. „Nikotynka” jest raczej wyjątkiem – chwała i medale dla „Nikotynki”! – większość bandytów, których znałem, była moralistami. Pamiętam, jak piłem z jednym, którego czekał proces za kradzież kilkunastu samochodów, podpalanie stogów na pobliskich wsiach oraz napady rabunkowe na ludzi w stanie nietrzeźwym, gdy w drzwiach restauracji ukazała się roześmiana siostra „Bidulki”. Mój znajomy popatrzył na nią z obrzydzeniem, po czym zwrócił się do mnie: Widzisz, ona w głowie ma tylko zabawę i ani przez chwilę nie pomyśli o swoim bracie, któremu pozostała do odsiadki jeszcze siódemka. („Bidulka” jest najgłupszym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkałem; już w szkole podstawowej wsławił się włamaniem do szatni i kradzieżą butów, które najbardziej mu pasowały, czyli swoich własnych; później próbował funkcjonować jako meliniarz, ale nikt mu nie ufał; do więzienia się dostał za rzucenie butelką w milicyjny gazik, wtedy wagowy podliczył mu wszystko, co się dało, i wyszła z tego ósemka). Pamiętam jednego bardzo inteligentnego trzydziestolatka, miał maturę i czasem myślał o pomaturalnej szkole handlu zagranicznego, doskonale prosperującego do wpadki na oszustwach finansowych, użalającego się nad nieszczerością przyjaźni: Katarzyna (żona jego ex-wspólnika) powtarzała mu: idź do Stefana na patrzonko, a Jarzębiak (jego ex-wspólnik) tylko machał ręką i odpowiadał, że nie ma czasu. Ja, po dobrym interesie, zapraszałem go nieraz nawet do Kongresowej na striptiz. To wśród bandytów spotkałem najwięcej ilustracji do tezy: kiedy jesteśmy smutni, natychmiast stajemy się moralni (Proust), ale moralność nie ogranicza się tylko do świata przestępców, spotykałem się z nią i stale spotykam również u ludzi smutnych, za słabych, aby sobie samemu z własnym smutkiem poradzić: kanalii moralnych, mszczących się na innych za swoje własne nieszczęście. Aby być całkowicie bezstronnym, dorzucę na zakończenie, że bardzo, ale to bardzo rzadko spotykałem również ludzi, których moralność nie brała się z resentymentu, lecz z hojności! To ostatnie wyznanie ma ten feler, że nie bardzo się zgadza, a nawet zaprzecza Nietzscheańskiej krytyce moralności, który to filozof widział w niej walkęquasi-klasową: niewolników przeciwko panom.

5. Dwie prawdy wzajemnie sobie przeczące, z których każda jest równie prawdziwa

Stolik, przy którym piszę te notatki, znajduje się w jadalni Rifugio Scarfiotti pod przełęczą Etache, jestem hic et nunc, oto moja realność. No a ten chłopiec, co jechał z ojcem saniami, co z nim zrobimy? Zapomnimy o nim, ponieważ pan Sujczyński nie jest pępkiem świata; zastanowimy natomiast się nad realnością przeszłości. Realność przeszłości jest paradoksalna; nie jest hic et nunc, ale kiedyś hic et nunc była. Dlatego: 1. Realność przeszłości jest pozbawiona realności, ponieważ realność i obecność są synonimami (jak twierdzili stoicy oraz Nietzsche). 2. Realność przeszłości posiada realność „wieczną” i w pewien sposób „pewniejszą” od realności teraźniejszości. Każdy nasz pobyt w „tu i teraz” jest doświadczeniem wieczności; najprawdopodobniej jedynym doświadczeniem wieczności: sentimur expermenturque nos aeternos esse, czujemy i doświadczamy, że jesteśmy wieczni (Spinoza); nie w sensie, że jesteśmy wieczni na świecie, ale że żadna przyszłość nie ma najmniejszego już wpływu na naszą teraźniejszą obecność, która natychmiast staje się przeszłą. Dlatego: 1. Sub spiecie temporis, ze względu na czas: realność przeszłości pozbawiona swojej obecność jest nierealna. 2. Sub spiecie aeternitatis, ze względu na wieczność: realność przeszłości jest realna, ponieważ charakteryzuje się dokładnie tym samym, czym charakteryzuje się każda teraźniejszość: byciem poza czasem. Na ten dziwny charakter teraźniejszości oraz na jej podobieństwa do wieczności zwrócili m.in. uwagę Plotyn, św. Augustyn, Schopenhauer i Bergson: przynależność teraźniejszości do czasu jest bardzo dziwna, możemy nawet powiedzieć wręcz: teraźniejszość nie należy do czasu – co może wydawać się absurdem – ale ilu ludzi dałoby wiele, aby przez chwilę być w przyszłości lub przeszłości. Niestety! Od kiedy świat istnieje, nikomu nie udało się choćby na krok, niezależnie od jego siły, inteligencji, jego znajomości wyższych hierarchii rzymskich lub brukselskich, opuścić teraźniejszości. Ani nam, ani temu chłopięciu, który jechał z ojcem saniami.

6. Prawda faktu, prawda racji

Życie jako fenomen biologiczny może być bardzo dobre. Arystoteles, który pierwszy na to zwrócił uwagę, był równocześnie filozofem, który zauważył, że na Ziemi mimo wszystko„też coś się dzieje”: być może życie jest radością samą w sobie. Nie czas na pytania, czy istnieją radości poza radością życia, jak np. radość z życia itd. Radość życia jest koniecznością innych radości: kulinarnych, seksualnych, sensualnych itd. Oddychać jest już radością – twierdził Edgar Poe, Białoszewski radował się zimowymi spacerami, Paul Morand pływaniem, Cioran jazdą na rowerze, a bohater powieści „Zagubiony autobus” Steinbecka – fasolą po meksykańsku przygotowywaną mu przez żonę; w związku z tą fasolą podejmował najważniejsze decyzje swojego życia… Możemy rozsądnie wątpić, czy bez wielkiej radości muzykalnej (a muzyka może doprowadzić do najwyższego stopnia radości według m.in. niemieckiego filozofa, o wiele wyższego od radości seksualnej) Nietzsche stworzyłby swoją filozofię. Kiedy pomijamy fakt i kierujemy się ku jego racji, zaczynają się schody, zawroty głowy i rozpacz. Radość życia nie zmienia w niczym faktu, że człowiek radosny jest prowizorycznym me on, czyli prawie niczym i już wkrótce będzie kompletnie niczym. Z tej perspektywy życie jest skandalem; gdyby nie istniał jeszcze większy skandal: absolutnie nie wiemy, skąd czerpie swoją siłę radość, natomiast znamy jej działanie: smutek jest głęboki, ale jeszcze głębsza jest radość lub radość przeważa smutek (Nietzsche). Przy okazji: kilka lat temu pewnym znajomym przestałem opowiadać o moich smutkach, dzieliłem się z nimi tylko moimi radościami. Rezultat? Po kilku tygodniach przestali mnie zapraszać! Co bardzo źle świadczy o rodzaju ludzkim: wszechświat, po wystarczająco poważnej i bezstronnej analizie, może okazać się dowcipem.

7. Prawda teologiczna, prawda arytmetyczna

Ostrzeżenie! My tutaj „robimy” za miłośników (philos) mądrości (sofia) i nie wypowiadamy się na tematy religijne. Osobiście na te tematy nie mam nic do powiedzenia (zastosowanie społeczne wiary nie należy do naszego temaciku). Wiara religijna, są na to liczne przykłady, nie przeszkadza w rozsądnym myśleniu (pomijamy określenie przedmiotu wiary, zgadzamy się z jej funkcjonowaniem: radość mistyków funkcjonuje jak każda głęboka radość i nijak nie przeczy definicji miłości Spinozy: radość świadoma przedmiotu, który ją powołuje do życia, w tym wypadku boga). Najlepszym tego przykładem jest Blaise Pascal, wielki naukowiec i filozof, człowiek głębokiej wiary, który w eseju o cudach dochodzi do bardzo podobnych wniosków, co ateista David Hume. Troszeczkę komplikuje sprawę fakt, że cuda były warunkiem wiary Pascala: bez cudów nie byłbym chrześcijaninem. Aby nie zaczynać głębszych analiz tego problemu – co niektórych mogłoby ranić, a innym wydać się bluźnierstwem – powiem krótko: Pascalowi nie przeszkadzała w wierze geometria, innym może w niej przeszkadzać arytmetyka. Ponieważ teolodzy zapewniają nas o wszechpotędze boskiej, która może wyrwać nas z czasoprzestrzeni i przenieść do nieskończoności czasowej. Ale nic nie mówią o przestrzeni. Wspaniałość tej obietnicy pogarsza to, że wszechpotężny bóg składa obietnicę nieskończonej liczbie wiernych. Inaczej mówiąc: pobyt w raju nie jest niczym innym jak nieskończonym trwaniem bez miejsca, bez konieczności, bez celowości. Raj, w odróżnieniu od błahości czasowej (ziemskiej), będzie błahością wieczną. Na zakończenie pozwolę sobie dorzucić, że prawdziwa wiara religijna jest wielką tajemnicą i najprawdopodobniej zostanie nią na zawsze. Powtarzam, nie ma to najmniejszego związku z inteligencją. Ograniczę się tylko do jednego przykładu. Bergson, jeden z dwóch największych filozofów XX wieku, pozostawił po sobie genialne analizy percepcji. Równolegle do swojej filozoficznej roboty prowadził badania nad historią religii i odkrył w chrześcijaństwie zwieńczenie judaizmu. Było za późno na zmianę religii (1941) – do końca pozostał wśród swoich, przez solidarność z prześladowanymi – ale w liście napisanym tuż przed śmiercią prosił o pogrzeb katolicki: a gdyby to było niemożliwe, należy się zwrócić do rabina, lecz bez ukrywania przed nim mojej przynależności moralnej do katolicyzmu. Filozofia nie jest pomocna w rozważaniach nad wiarą religijną. Podobną tajemnicą, proszę mi wybaczyć, jest seks, który genialny Freud badał przez całe swoje życie i na krótko przed śmiercią wyznał: prawdę mówiąc nic z tego nie zrozumiałem. Jeżeli chodzi o moją skromną osobę, muszę przyznać się, że obserwuję od pięćdziesięciu lat następujący paradoks: 1. Na temat istnienia boga nie posiadam żadnych informacji. 2. Zgadzam się ze Spinozą kiedy pisze: najdoskonalszy ze wszystkich efektów jest natychmiastowe działaniem boga i im więcej efekt potrzebuje powodów pośrednich, tym bardziej jest niedoskonały. Oczywiście to zdanie z „Etyki”możemy interpretować bardzo różnie, możemy zmienić niektóre słowa na inne, ale podstawowa intencja wydaje mi się niepodważalna. To, co Spinoza nazywa natychmiastowym działaniem boga, jest tym, co ma najwięcej perfekcji, czyli realności. Oczywiście nie bardzo zgadza się to z przyjętą moralnością: najlepsze jest nam arbitralnie dane i bierzemy to bez mediacji rozumu; im bardziej próbujemy na coś zasłużyć, tym bardziej jest to niedoskonałe.

8. Prawda o człowieku

Jakie szczęście, że zaczęliśmy od bajki! Tylko w bajkach istnieją siły unicestwiające przeszłość. Tylko bajkowe siły pozwalają nam zmazać, jak gąbką z tablicy szkolnej, z historii filozofii, na przykład, średniowiecznych nominalistów. Bez tego destrukcyjnego gestu nie mamy ogólnej prawdy o człowieku; wykazali oni, raz, dobrze i wystarczająco, że prawdy są zawsze szczególne, prawdy ogólne są iluzją. Gorzej! To co zrobimy przypomina trochę robotę Freuda, który od „Dostojewskiego” odejmował schizofrenika, onanistę, mężczyznę utrzymującego związki sado-maso z własną żoną (to ona bardzo dyskretnie popychała go w kierunku kasyna), aby odnaleźć te resztki, w których krył się genialny pisarz. My z Wittgensteina zdejmujemy geniusza. Tylko geniusza. Pozostaje nam nieubłagalny logik i naiwny jak trzyletnie dziecko moralista (o czym mogą świadczyć m.in. rozpaczliwe listy do matki – 1918 rok – w których błaga ją, aby zaniechała starań uwolnienia go z obozu zakładników). Czyli ktoś, kogo spotykamy najczęściej. (Ten bezbłędny logik, w swojej filozofii, zdemolował doszczętnie etykę: gdyby jakiś człowiek mógł napisać książkę o etyce, która byłaby naprawdę książką o etyce, ta książka, jak eksplozja, zniszczyłaby wszystkie inne książki z tego świata. Ponieważ etyka jest inwestygacją ogólną tego, co jest dobre, a dobro jest zawsze czyimś dobrem – tłumaczy nam bezbłędnie logik, podczas swojej konferencji o etyce – dorzucając na dokładkę słowa Hamleta: nic nie jest dobre, nic nie jest złe, to myśl tworzy dobro i zło. Ta myśl Hamleta może służyć za motto całej twórczości Wittgensteina, w przedmowie do „Tractatusu” znajdujemy: moją książkę może zrozumieć tylko ten, kto już sam przemyślał myśli w niej wyrażone... Paradoksalnie, książka napisana „dla tych, którzy ją już znają” stała się jedną z najważniejszych traktatów logicznych XX wieku).

9. Prawda ideologiczna

Ideologia, jak każda religia, zawsze ma trudności z określeniem przedmiotu swojej wiary. Zmiana ideologii (i jaka szkoda, że młody psycholog, marksista Jacek Kuroń, który do końca lat 70. zastanawiał się, „gdzie Marks się pomylił”, nie czytał Freuda) polega na zastąpieniu jednej chimery inną: wykluczając bezlitośnie wszystkie systemy idealistyczne i wszystkie iluzje, marksizm sam wprowadził nowe chimery niemniej wątpliwe i niemożliwe do udowodnienia, jak te stare. Każda ideologia zapewnia nas, że w jej urzeczywistnieniu przeszkadzają jej wrogowie i dlatego wprowadzenie ideologii zaczyna się od ich eliminacji, ale istnienie wrogów usprawiedliwia powolność realizacji tej ideologii: zastanawiam się z niepokojem, za kogo wezmą się Sowieci po eksterminacji wszystkich mieszczan. Freud nie miał najmniejszych nadziei na to, aby jakakolwiek formacja społeczna miała najmniejszy wpływ na naturę ludzką – pod tym względem pozostał wierny filozofii Hobbesa. Czy Freud „gdzieś się nie pomylił”? Według mnie tylko raz i – co jest najśmieszniejsze – jego pomyłka jest ideologiczna, gdy dedykował Mussoliniemu książkę, którą napisał z Einsteinem, „Dlaczego wojna?”(1933): od starego człowieka pozdrawiającego Duce bohatera kultury. Przy okazji warto wspomnieć, że Freud był pierwszym (podobnie jak Marks w ideologii niemieckiej), który miał dużo zastrzeżeń do swojego własnego wynalazku: dyspozytywu terapeutycznego, ten ostatni pod pewnym względem jest połączeniem konfesjonału z burdelem. Ale to był jego wynalazek, jemu poświęcił swoje życie, więc o jego niedoskonałości wypowiadał się bardzo niejasno. Moja hipoteza jest następująca: mówienie o doznanych szokach, których ślady w podświadomości są powodem zachowania neurotycznego, pomaga w uwolnieniu się od nich; ale do tego musimy znaleźć kogoś, komu będziemy mogli – swobodnie, omijając cenzurę świadomości – o tym mówić. Warunkiem tego jest tak zwany pozytywny transfer i tu jest właśnie problem, ponieważ podczas transferu zachowanie psychoanalityka i neurotyka jest – z nielicznym wyjątkami – zawsze kopią najczęściej spotykanego zachowania nieszczęśliwej miłosnej pary – jedno cierpi, drugie się nudzi – czego konsekwencją jest to, że pacjent bardzo rzadko uwalnia się traumatyzujących go szoków i od psychoanalityka, którego według siebie niewystarczająco uwiódł. Inaczej mówiąc, po kilku latach terapii jego zachowanie neurotyczne spowodowane jest – jak przed rozpoczęciem analizy – doznanym szokiem oraz nowo nabytym poczuciem winny.

10. Prawda demokratyczna

Churchill powiedział, że demokracja jest najmniej złym z ustrojów społecznych. O czym to świadczy? Na moim biurku leżą książki, zeszyty, długopisy i ołówki; mogę je policzyć: cztery książki, dwa zeszyty, jeden długopis i pięć kolorowych ołówków. Nawet mogę doliczyć się dwunastu przedmiotów. Ale z ludzką wolą to nie funkcjonuje – i to się nazywa życiem – ponieważ wola ludzka jest indywidualna i tylko indywidualna, wspólna wola – suma woli wyborców – to contraditio in terminus. Nie bądźmy jednak zbyt wymagający: demokracje doskonałą widział tylko Hamlet na cmentarzu, jego mieszkańcy niczym już nie różnili się od siebie. Nasza demokracja jest najmniej złym z ustrojów społecznych; dla naszego ego daje poczucie decydowania o formie, jaką przybierze życie społeczne, co też nie jest wcale takie pewne: Hitler wygrał demokratyczne wybory; demokracja gwarantuje obywatelom wolność czynu, ale wolno mi nie jest jednoznaczne z mogę. Ci, którzy ją zwalczają, i ci, którzy o nią walczą, popełniają ten sam błąd: traktują jako tożsame to, co Bergson nazywał możliwym, z tym, co nazywał realnym.

6. Prawda faktu, prawda racji

Kiedy wracam wieczorem do domu, zapalam światło, aby móc swobodnie się poruszać i bez trudu używać sprzętów, które tam się znajdują. Moje istnienie nadaje sens przedmiotom, które używam. A co nadaje sens mojemu istnieniu? Tu jest właśnie problem, na który, paradoksalnie – ponieważ nie jest to wątpieniem metodycznym, lecz radykalnym – zwrócił uwagę człowiek pracujący 14 godzin na dobę: gdy zastanawiamy się nad celem i wartością życia, natychmiast zapadamy w chorobę; ponieważ ani to, ani tamto realnie nie istnieje; po prostu stwierdzamy, że posiadamy nieusatysfakcjonowane zasoby libido, dla których coś innego powinno się wydarzyć, pewien niepokój prowadzący do smutku i depresji. (...) Pewna reklama kręci mi się po głowie, uważam ją za najodważniejszą i najdoskonalszą z reklam amerykańskich: Why life, if you can be buried for ten dollars? (Freud, list do hrabiny Marie Bonaparte, sierpień 1937). I oto mamy człowieka, który haruje od świtu do nocy i nie widzi w tym najmniejszego sensu, jak to się dzieje? Freud odpowiedział na to pytanie gdzie indziej: wola życia jest nam nieświadoma o reszcie wiemy, sens: urojenie, cel: grób. Ale do czego przydaje się nam ta wiedza? Do niczego. Wolę życia nazywał neutralnym coś (id), które odnajdujemy w sonecie Omara Kayyama (1050-1123): coś się bawi nami na szachownicy bytu...  Sonet Kayyama, z uwzględnieniem rymów, przetłumaczył K.A. Jaworski następująco:

życie to szachownica tylko dni i nocy,
z nas w rękach losu – figurka szachowa;  
Zarówno pionek lichy, jak i król w jego mocy,   
Suwa nami, zabija i pudełku chowa.

12. Prawda o filozofach

Tereny dzisiejszej Turcji kiedyś należały do Cesarstwa Rzymskiego i dzisiejszy Samsat nazywał się Samosat; tam urodził się w 119 roku wybitnie utalentowany pisarz Lucjan. W „Filozofii na sprzedaż” wystawił na straganie większość znanych tez filozoficznych, aby klienci, w zależności od swoich psychologicznych potrzeb, mogli kupić to, co im się podoba. W „Pochwale pasożyta” przedstawił filozofów jako ludzi mniej sprawnych od właściwych pasożytów, ci ostatni już są pasożytami, tamci próbują nimi się stać i nie zawsze im się to udaje. Na pewno podobna opinia może okazać się dla wielu krzywdząca, pomimo licznych przykładów podanych przez Lucjana (i każdy z nas może znaleźć podobne w naszych czasach), ją potwierdzających; dlatego proponuję zadowolić się opinią następującą: my wszyscy – a szczególnie filozofowie – spędzamy nasze życie na nieudanych próbach ominięcia czegoś oczywistego, ponieważ nie posiadamy nad tym żadnej – mintelektualnej ani praktycznej – władzy: To co jest, jest tym, czego nie ma nie ma (Parmenides). Większość propozycji filozoficznych, niezależnie od epoki, talentu, życzliwości, pracowitości autora, to improwizacje na temat: jest tylko Beatrycze i właśnie jej nie ma (Lechoń).

13. Prawda fanatyzmu

Krytyka z definicji jest pacyfistyczna, ponieważ krytykujący nie może oprzeć się w swojej robocie na absolutnych pewnościach. Uznanie krytyki za absolutnie pewną prowadzi, w najlepszym wypadku, do głupoty: wszyscy Kreteńczycy kłamią (Epimedes z Krety); w najgorszym – do fanatyzmu: nie powinieneś nigdy postępować inaczej, jak tylko w ten sposób, by także móc pragnąc, aby twoja maksyma stała się powszechnym prawem (Kant). Oczywiście z fanatyzmem możemy się spotkać w wielu dziedzinach: religia, polityka, obyczaje. Fanatyzm bierze się z nieodporności na niepewności i potrzebuje pośrednika pomiędzy wierzącym a przedmiotem wiary: wysłannika boga, politycznego agitatora itd. Inaczej mówiąc, fanatyk potrzebuje wierzyć, że pośrednik naprawdę wierzy i do tego ogranicza się jego wiara. W latach 70. znałem fanatyka Gombrowicza, który walczył z formą: a priori z nikim się nie zgadzał (bronił się przed „deformacją”, sprawianie przykrości rozmówcy było dla niego jedynym świadectwem mówienia prawdy), jadł jak prosie, zachowywał się jak cham. Oczywiście o Gombrowiczu informowali go pośrednicy, którzy autora „Ferdydurke” nigdy dokładnie nie czytali; ten ostatni, który raczej nie grzeszył rozsądkiem, na temat formy wypowiada się wyjątkowo klarownie: niech nikt nie myśli że jestem przeciwko formie, tak zawsze było, tak powinno być... Gdy nasz fanatyk o tym się dowiedział, stwierdził, że radykalizacja myśli Gombrowicza prowadzi do faszyzmu, i natychmiast, z tym samym zapałem i bez względnością zajął się propagacją jarstwa i wełniarstwa (ktoś mu tłumaczył, że jest to warunkiem pokoju na świecie), co też skończyło się niepomyślnie: poziom czerwonych ciałek we jego krwi niebezpiecznie spadł. Aż wreszcie znalazł prawdziwy komfort: przedmiot wiary, którego nikomu nie udało zdefiniować, i pośrednika wiary, któremu może uwierzyć, że wierzy, ten ostatni walczy, agituje, zmusza, ubliża przeciwnikom, nie licząc się ani z Watykanem, ani z Brukselą. Bezwzględność, pewność, zdecydowanie naszego fanatyka w końcu osiągnęły apogeum. To dziwne zjawisko było analizowane wielokrotnie przez licznych psychologów, którzy, nie bez pewnych racji, dostrzegają w nim analogię z pornografią: amatora pornografii nie ekscytuje partner, jego ekscytacja jest mimetyzmem ekscytacji aktora pornograficznego filmu. Gdy komuś sprawia cierpienie, psycholog może pomóc w skierowaniu pożądania na inny przedmiot, ale żadnemu psychologowi nie udała się pomóc w skierowaniu pożądania z niczego na coś. Krytyka ma podobne problemy jak UFO, latające talerze i inne zjawy – nieukazujące się na żadnych ekranach kontrolnych – dla niej są niedostrzegalne i dlatego nie może na ich temat zabrać głosu; żadna krytyka nie jest skuteczna wobec dyskursu, który nie może zdefiniować swojego przedmiotu. I dlatego, dla wszystkich bez wyjątku – łącznie z tym, który ukazał się na początku „Kapitału” Karola Marksa – widm, Freud przewidywał długą i szczęśliwą przyszłość; dlatego również, m.in. w „Dowcipach” – bronił czegoś, co możemy nazwać marksizmem, Groucho Marks.

14. Prawda przedmiotu pasji i prawda przedmiotu miłości

Pasja etymologicznie oznacza cierpienie, praktycznie cierpienie szczególne, charakteryzujące się niemożliwością definicji swojego przedmiotu. Przedmiot pasji najczęściej jest przedmiotem nieistniejącym, w wypadku pasji związanej z istniejącym przedmiotem, spotkanie go pogłębia kryzys. Psycholodzy nazywają również pasje paraliżem spostrzegalności; to, co istnieje, nie jest tym, co powinno istnieć, dlatego pasja odwraca od świata spojrzenie i zadawala się cierpieniem. Pasja cierpi z powodu przedmiotu, którego – prowizorycznie lub nigdy – nie ma, miłość raduje się istniejącym przedmiotem, ale – najczęściej – raduje się nim w sposób bardzo dziwny. Czy warto o tym pisać? Wszyscy wiedzą, czym jest przedmiot realny. Miłość jednak potrzebuje przedmiotu realnego, dlatego w szkole podstawowej kochamy przedmiot miłości, potem przymykamy na niego oko i kochamy bardziej miłość niż jej przedmiot (dokładnie w ten sam sposób kochamy życie: konsekwencje logiczne nigdy nie towarzyszą wiedzy, jaką każdy rozsądny człowiek posiada na jego temat). O miłości nikt nic nie wie, nikt nigdy nie zdecyduje, gdzie jest prawda, czy w gdy ujrzałem twoje oczy, świat wydał mi się piękny czy w gdy dostrzegłem urodę świata, zauważyłem piękno twoich oczu. Jedno natomiast jest pewne, pomimo że paradoksalne: miłość jest źródłem największych naszych realnych radości. Paradoksalnie, ponieważ nikt z tego dowcipu nic nie rozumie, z wyjątkiem zakochanych; dlatego, jak mówi przysłowie, są oni sami na świecie (oni dla nas są równie śmieszni jak obojętna nam osoba nagle wyznająca nam miłość), tak jak każdy z nas jest samotny ze swoją odpowiedzią na powyżej zadane przez Freuda pytanie: Why? Osobiście nic nigdy nie rozumiałem z tego, co wyciągali „z głębi serca” i opowiadali mi ludzie; sen Gombrowicza na ten temat mówi coś naprawdę ważnego: śniło mi się, że bez przerwy mówiliśmy do siebie, ale nikt nikogo nie słyszał, w końcu pojawił się Pascal i powiedział, że żyjemy samotnie (to samo w innej wersji: nigdy bym się nie zgodził należeć do klubu, do którego przyjmują takich ludzi jak ja, Groucho Marks). Dlatego pozwolę sobie dorzucić na zakończenie że – niezależnie od tego, co na ten temat mówi się na mieście – miłość nie jest spotkaniem kogoś (św. Augustym: Quaerebam quid amarem, amas amare), ale samego siebie, chce powiedzieć: doświadczamy czegoś, co znamy od urodzenia, amas amare, kochamy kochać, oczywistość, na temat, której nie mamy nic do powiedzenia – teraz spotęgowanej do nieskończoności – radosnej siły pchającej nas ku życiu, wychodzącej bez ran i z uśmiechem ze starć z niepodważalnymi argumentami przeciwko sobie. Powyżej napisałem, że miłość raduje się swoim przedmiotem w sposób bardzo dziwny: wie, że jest przedmiotem istniejącym (czyli bez wartości własnej – poza tą, którą posiadają wszystkie przedmioty istniejące, czyli quasi-żadną) i raduje się nim, jakby był przedmiotem wyjątkowym. I, ma rację!, ponieważ przedmiot miłości często daje mam radość nieporównywalnie większą od tej, którą chciał nam dać, lub do dania której był zdolny, i w tych chwilach podejrzenia tego ostatniego, że zdradzamy go z bogiem, nie są pozbawione pewnych podstaw.

15. Prawda naukowa, prawda religijna

W politeizmie mieliśmy nieskończoną ilość bogów wpływających na zjawisko, w teorii nieoznaczoności mamy nieskończoną ilość potencjalnych przyczyn. Który z bogów życzy sobie, aby zjawisko przyjęło tę formę, a nie inną? U Heisenberga nie ma już bogów, ale przez to przebieg zjawiska nie jest dla nas bardziej oczywisty... Na pewno nic nie dzieje się bez przyczyny, ale to założenie nie pomaga nam w zrozumieniu zjawisk i sprawia kłopoty ontologii. Po iluzyjnym łańcuchu przyczyna-skutek docieramy do faktu ontologicznego, czyli tego, co Arystoteles nazywał pra-przyczyną, czyli dowodem istnienia boga. Nikt nigdy nie zrozumiał, dlaczego fakt, że nie mamy już nic do powiedzenia, jest dowodem na istnienie boga, ale to pomaga nam zrozumieć, dlaczego Wittgenstein zadawał sobie trud, aby przypominać tym, którzy nie mają nic do powiedzenia, aby nic nie mówili. Ja z dużym szacunkiem czytam teologów negatywnych i uważam ich za bardzo inteligentnych: ograniczają się tylko do wymieniania tego, czym bóg nie jest, co odnajdujemy w ontologii negatywnej, w której nie ma boga, ale jest ten sam problem; realność jest z definicji nieokreślona, więc robota, koniecznie, ogranicza się do odkrywania uzurpujących realność iluzji... Z tępieniem tych ostatnich trzeba jednak być ostrożnym, jak zauważył bardzo rozsądnie Nietzsche, wiele iluzji jest koniecznych dla życia (do iluzji zaliczał również prawdę będącą rodzajem pomyłki, bez której niektórzy ludzie nie potrafią żyć). I również bez tego, według Einsteina, nie można prowadzić badań naukowych: ponieważ budzą myśl o przyczynowości i syntezie, wraz z poszukiwaniami naukowymi nastąpił zanik zabobonów. Zauważmy jednak, że praca naukowa na pewnym poziomie, opiera się na przekonaniu, przypominającym sentyment religijny, ponieważ zakłada racjonalność, świat inteligibijny. (...) To przekonanie, związane z głęboką pewnością istnienia wyższej racji, tłumaczy według mnie idee boga. Przekładając to na język prosty, użyjemy za Spinoza terminu „panteizm”. Mówiąc o badaniach naukowych na pewnym poziomie (Einstein prawdopodobnie chciał powiedzieć na „wysokim poziomie”, ale ja, nie będąc naukowcem, oczywiście na ten temat się nie wypowiadam), przypominam sobie ze szkoły pewien absurd arytmetyczny: liczbę i (urojoną), o dziwo!, odnajdujemy na krzywej (na wykresie) i jest ona niezastąpiona podczas pracy naukowej na pewnym poziomie – jakby powiedział Einstein.

16. Prawda o geniuszu

Jako mały chłopiec chciałem być geniuszem, ale los zadecydował inaczej; szybko zacząłem pracować zawodowo w Teatrze Studio w Warszawie, gdzie dowiedziałem się: do miejsc przyszedłeś, gdzie czynią pokute duchy ze skarbu poznania wyzute – oczywiście dla Dantego te miejsca to jest cały świat. Więc zostałem, jakby powiedział Miłosz z niezrozumiałą dla mnie pogardą, zwykłym zjadaczem chleba. Zanim zaczniemy gardzić zwykłym zjadaczem chleba, zastanówmy się nad geniuszem. Wnioski, które wyciągnął Kisiel ze swoich rozważań nad osłem, mogą nam tutaj być pomocne. Według publicysty ze „Słowa Powszechnego”: osioł popędzany batem opiera się i nie chce iść, osioł ciągnięty za ogon do tyłu – rusza naprzód. W sumie można więc stwierdzić, że osioł ma świat wewnętrzny logicznie uporządkowany, a tylko poprzestawiał sobie symbole i sygnały bodźców. Geniusz, według Schopenhauera, ma odwróconą proporcję wola/intelekt: u zwykłego zjadacza chleba mamy 1/3 intelektu i 2/3 woli, u geniusza 2/3 intelektu i 1/3 woli. Poniżej 1/3 woli mamy do czynienia z szaleństwem, dzisiaj ci wybrańcy boga najczęściej spędzają życie w tzw. kamizelce chemicznej. Mówiąc krótko, geniusz to patologia charakteryzująca się atropią woli życia, połączona, aby było śmieszniej, z hipertropią intelektu, charakteryzującą się zdolnością dostrzegania „w szczególnym praw uniwersalnych”, np. spadające na głowę jabłko skłoni go rozważań nad powszechnym ciążeniem itp. Hipertropia intelektu geniusza pomaga mu w rozważaniach nad realnością, hipertropia intelektu szaleńca pomaga mu bronić się przed realnością, dlatego tego ostatniego bardzo często nie można leczyć: jego inteligencja pozwala mu na uczynienie, z zadziwiającą sprawnością, nieskuteczną każdą terapię. I tylko na tym terenie, wyłącznie na tym, inteligencja szaleńca może okazać się wyjątkowa. Skoro powyżej wspomniałem o odwróconej proporcji wola/intelekt, pozwolę sobie zauważyć, że u szaleńca (u geniusza nie, właśnie 1/3 woli stanowi tę granicę) mamy do czynienia z odwróconą proporcją tolerancji: nie jest on zdolny tolerować społecznie przyjętych zwyczajów, ale elektrowstrząsy, chemioterapia, izolacja itd. nie robią na nim wrażenia; w każdym razie nie robi nic, aby od nich się uwolnić. Co takiego zrobiło ci esti (to co realnie istnieje)? – z tym pytaniem  mamy ochotę zwrócić się do szaleńca. Z tym samym pytaniem – toutes proportions gardées – mamy ochotę zwrócić się do większości przedstawicieli historii filozofii, którzy tracili swój cenny czas na rozmyślaniu o Demiurgu, Ideach, Formach, Naturze, Historii, Pokoju uniwersalnym, woli absolutnie dobrej, o której możemy tylko powiedzieć – według autora tego konceptu – że jest absolutnie dobra itd.; których żaden ze śmiertelników nigdy nie doświadczy...

17. Prawda tragiczna

Tragedia jest sprawą prostą: możliwe się nie realizuje, realizuje się coś innego (u Sofoklesa jest trochę inaczej: przepowiednia wyroczni realizuje się, ale dzięki ludziom, którzy w nią uwierzyli i robili wszystko, aby tej realizacji zapobiec). Jak wiadomo, Kant poleca nam ściganie winnego. Myśmy go już znaleźli: materia! Miejsce zderzenia atomów jest nieokreślone, kierunki ich ruchów, po zderzeniu – również. Jeżeli zgodzimy się z materializmem kompletnym Lukrecjusza, nie będziemy mogli zgodzić się z materializmem dialektycznym, opartym na heglowskiej Historii Marksa, ale to Tragedii jest obojętne. Dla ilustracji zacytuję fragment tragedii klasycznej oraz krótką historię opisaną przez marksistę Jacka Kuronia. Mąż ten do Tydeusowego syna zupełnie podobny/ Z tarczy poznaję go, z hełmu, co ma potrójne grzebienie/ Konie są takie same. Ale czy bóg to – nie zgadnę/ Jeśli człowiek ten, jak mówią, to dzielny potomek Tydesa/ Myślę, że z bożą pomocą szaleje/ Ktoś z nieśmiertelnych jest przy nim, obłokiem okrył ramiona/ Strzałę lecącą na niego ostrą widocznie obrócił/ Gdy wypuściłem już strzałę na niego i w ramię trafiłem/ Prawe, gdzie płaty pancerne przystają ściśle spojone/ Ale nie zwyciężyłem. Bóg jakiś rozgniewany. W „Iliadzie” coś, co według bezpośrednich obserwatorów miało się zrealizować, nie zrealizowało się; w opowieści Jacka Kuronia jest odwrotnie, świadkowie wydarzenia byli pewni, że nie zrealizuje się to, co się zrealizowało; po ostatecznej analizie wychodzi na to samo. Zrobiliśmy tego z pięć prób.(...) Generał Martin, czyli dowódca szkoły, powiedział do mnie: Dowódca, dostaniesz pięć – w wódce pływać będziesz, dostaniesz trzy albo dwa, w zajebaniu. Ku chwale Ojczyzny – odpowiedziałem. Wyznaczonego dnia zajechaliśmy – oni ciężarówką, ja gazikiem – na miejsce. (...) Ruszamy, wszystko toczy się normalnie. Ci biegną, ci strzelają. Ale drużyna cekaemów, która miała w tym momencie wyskoczyć z inspektów i zająć transformator, nie wyskakuje. Trzeba wysłać łącznika i ich pogonić. Tylko, że myśmy przecież tego łącznika nie ćwiczyli. (...) Co robić w tej sytuacji? Nie pamiętam nic, w żywe kamienie, a oni stoją tu koło mnie, jeszcze moment będzie za późno na wydanie rozkazu. I nagle jak nie wrzasnę: Felek, zapierdalaj do tych cekaemistów i powiedz im, że jak natychmiast nie ruszą na transformator, to im w kurwę jebanym nogi z dupy powyrywam i dam psom do zabawy. Chłopak skoczył. Zobaczyłem grozę w oczach K. natarcie ruszyło (...) – Pięć, pięć, pięć. Przede wszystkim dlatego, że dowódca mówił prawdziwym frontowym językiem. Kiedy już wracaliśmy do koszar, jadący ze mną K. powiedział: No i widzisz Kuroniek, jak powiedziałeś to „kurwa zapierdalaj Franek”, to ja poczułem lód w brzuchu i koniec mojej wojskowej kariery. Jak to człowiek nigdy nie wie, co mu wyjdzie na dobre (Jacek Kuroń, „Wiara i wina”). Ostatnie zdanie wypowiedziane przez K. jest bardzo rozsądne i może być jedną z definicji materializmu kompletnego. Człowiek nigdy nie wie, co mu wyjdzie na dobre; ilość kombinacji atomów jest nieskończona, materia może stworzyć wszystko, ale niezależnie od tego, co myśli o tym człowiek, żaden wytwór materii, jakkolwiek korzystny byłby dla człowieka, nie zna tego, co ten ostatni nazywa celem:

Nie myśl, że po to zostały stworzone człowieka oczy,
Abyś patrzył. Także nie po to, abyś mógł kroczyć
Lekko została zrobiona taka dolna kończyna,
Którą w kolanie i kostce swobodnie możesz zginać.
Ramiona do twych barków przypięte nie w tym celu,
Ani do ramion dłonie, żebyś mógł, przyjacielu,
Co ci do życia trzeba, sięgać i brać swobodnie.
Takie bowiem wygody i wszystkie im podobne
Na fałszywym myśleniu oparte są, bo w ciele
Wpierw zrodziły się członki, później członków cele,
I ich użytek mocno po ich powstaniu kroczy.
Nie było też patrzenia, nim nie urosły oczy,
Nim język się zrodził, nie było słów i mowy,
I uszu nie poprzedzał zmysł słuchu już gotowy,
Bo od działania swego starsze organy one,
Nim się użytek zaczął, musiały być skończone.
Podobnie wszystkie członki – nie przez to, nie po to powstały,
By z góry pomyślaną czynność najlepiej spełniały (Lukrecjusz).

18. Czymże więc jest prawda?

Westchnął Piłat i zmienił temat.

© 2009 Jarosław Sujczyński Gran Albergo, Usseglio, 17-26.06. 2007

verte.art.pl > Myśl > Eseje > Prawda

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski