Jackiewicz nie lubił filmów Hasa. W innej książce określił nawet „Lalkę” — „śmietnikiem”, ale to już zupełnie inna historia… Emilia Walczak
Słowa przywołane tu w formie motta są słowami jednego z najnowszych tekstów Emili umieszczonych na „verte” pt. „Na początku było słowo — czyli o fundamentach filmu Wojciecha Jerzego Hasa”.
Emili znajomość kina polskiego jest czasami zaskakująca, zdolność interpretacji takoż. Przywołany tekst zupełnie nie odbiega od moich przyzwyczajeń co do jakości Jej pisania. Pozwalam sobie jednak na wrzucenie malutkiego kamyczka do owego tekstu. Kamyk ów ma iście późnonowoczesną (niektórzy zaś stwierdzą — ponowoczesną) proweniencję. Nie jest więc bytem kopalnym, którego strukturą winni się raczej archeologowie zajmować. Nie, kamyk ów pozwala sobie być zupełnie świeżym fragmentem możliwego dyskursu mającego już swoje wydanie książkowe.1 Nie zmienia to jednak faktu, że wymiar archeologiczny jest mu bliski; pochodzi bowiem ostatecznie z miejsca, które archeologię antycypuje — ze śmietnika. Nie byle jakiego wszak śmietnika. Oto śmietnik ten ma swoje konkretne umiejscowienie i, co więcej, a jest to tutaj najważniejsze, jest on również metaforą.
Kamyk ten nie jest też przytykiem. Być nie może, bo nie ma do czego. Jest tylko, żeby chociaż, przyczynkiem do pewnej budowli.
Nieuchronnie musimy już przechodzić do rzeczy. Nagromadziło się bowiem wiele informacji węzłowo zasupłanych, a pisanie niniejsze ma być próbą rozsupłania. I choć jeszcze nie wiem jakimi słowami zakończę, wiem, że samo rozsupływanie tutaj, jest zamotaniem wyzyskanej nici / wątku (jedne(j)go) na zupełnie innym (a może wielu innych) planie. Czy warto więc pisać?
Lalka przedstawia śmietnik warszawskiego Powiśla. Degeneracja, również architektoniczna, miasta, jest w opisie Prusa doskonała. Mamy do czynienia z bytem zdegenerowanym istotnie. Nikt wówczas (jeśli wierzyć ówczesnym) tak jak Prus, nie pisał równie pięknie o klęsce pozytywnego myślenia. Jerzy Szacki, wybitny socjolog, powie po latach2, że Bolesław Prus był najlepszym w swoim czasie krytykiem pozytywizmu, pozostającym w łonie pozytywnego światopoglądu. Być może ta doniosłość Prusa w rozumieniu swojego czasu wynika z umiłowania Warszawy, choć przecież wiemy już, że znacznie swoją myślą przekroczył On granice swojego myślenia. I jest „Lalka” przez długi jeszcze czas, w rozumieniu swoich współczesnych, ale i następców, powieścią, choć nową formalnie, tylko lokalną: varsavianistyczną. Dopiero Ci, których ona zapowiada (Nałkowska, Krzywicki) rozumieją w czym rzecz. I potrafią docenić to subtelne piękno tragicznego świata. To właśnie Nałkowska podejmie najbliżej sedna problem rozpadu pozytywnego projektu. To Krzywicki wreszcie będzie umiał ów pozytywny projekt oskarżyć o brak człowieczeństwa, o brak tego, co lata później Znaniecki nazwie współczynnikiem humanistycznym. Prus widział to pierwszy.
Lecz nie dość, że widział problem, on jeszcze potrafił ów problem przenieść do poziomu ogólnego. Dla Prusa nie ma biedy jednego człowieka. Walka pozytywnie nowoczesna nie pozostawiała miejsca jednostkom. Ona tworzyła biedę społeczną. Brudne Powiśle jest czymś więcej niż obrazem biedy. Z jak ogromnym bólem Prus stawia kolejne zdania. Zarazem, jak w tym bólu przejawia się projekt nowy. Brudne cuchnące Powiśle nie jest tylko elementem emocjonalnym. Oto okazuje się, że śmietnik Powiśla ma nas prowadzić, ma prowadzić współczesnych Prusowi, do konkretnych ludzi. Do ludzi, jak powiedziałby dzisiaj, jak mówi Zygmunt Bauman, na przemiał. Ludzi śmieci. Ludzi, którzy są niepotrzebnym, najczęściej anarchicznym, bo bezdomnym, bezrobotnym elementem; efektem śmiecionośnym społeczeństwa nowoczesnego. Ileż w tych obrazach zobowiązania…
Ale nie tylko bezrobotni. Kto przyjął, że wystarcza mu do życia mało, że nie goni za światem i modami, ten również staje się człowiekiem niepotrzebnym, przeznaczonym na przemiał. I nieważne, że ów człowiek chce żyć. Być może chce nawet przyłożyć swoją cegłę do gmachu społeczeństwa współczesnego. Nie może, albowiem popełnił grzech śmiertelny: pozwolił sobie nie uwierzyć w szczęście, jakie przyniesie mu rozpędzenie się do zawrotnej już prędkości, jaką osiągają dzisiaj procesy modernizacyjne. W tym świecie, kto nie będzie co pół roku uzupełniał oprogramowania, ten zginie głuchy i ślepy. Dziś egzystencja szuka swojego upgrade’u, w przeciwnym bowiem przypadku trafia na śmietnik. Modernizacja, kiedy wszyscy są już wolni, ma prędkość światła. Kiedyś, zanim się rozpędziła, miała jeszcze przed sobą świetlaną przyszłość. Teraz już tylko prędkość…
Czy Bolesław Prus widział te procesy? Czy rozumiał, pokazując dwa światy, więcej niż rozumieli inni? Czy można mu przypisać tę zupełnie współczesną ideę ludzi na przemiał? Czy Bolesław Prus zapowiadał gdzieś w tle głównych myśli, na dnie serca w którym czaił się strach, jak brzydkie mogą być efekty nowej modernizacji, która zastąpić ma tę pierwszą wprost pozytywną?
Chyba jeszcze nie. Ale już coś było na rzeczy, bo kiedy Has, wreszcie dotarliśmy do sedna, więc kiedy Has podjął się pokazania współczesnym Prusa, tak jak sam go rozumie, to dlaczego najbardziej sugestywne chwile wiążą się z mizerią rzeczonego Powiśla? Czemu właśnie brud, brzydota? Widział Has to, co widzieć my chcemy, a czego widzenie Prus umożliwił.
Niejako bokiem przyjrzeć się można temu problemowi, jak pokazuje go Białoszewski. Co rodzi widok śmieci będących w coraz większym nagromadzeniu?
Dalej coś majaczyło. Może to grzbiety śmieciowe? Zszedłem. Przebrnąłem przez kawałek lasu, przez polskie mimozy. Nowe góry. Śmiecie. Tak. Coś się pali. Spojrzałem na lecące ptaki. Trochę wron, ale najwięcej czarnych, powoli lecące. To lecą stada palonych śmieci. Dostałem się do początku gór. Ale góry śmieciowe broniły się. Otoczone były fosą z wodą. Woda pewno z deszczu, dziwnego koloru, a pełno w niej topielców płaszczy, płacht i innych niewyraźności. Przeszedłem wzdłuż fosy. Znalazłem przejście. Tak. Porzucone kapcie. Setki pantofli. Termosów. Blach. Papierów. Wdrapałem się wyżej. Tam dalej całe pokłady śmieci. Jedne wysypują się z samochodów, inne udeptuje spychacz. Pokłady rosną w górę. W łańcuch górski. To już zjawisko geologiczne. Tu na gorącym uczynku przyłapuje się ludzkość zagrożoną odpadkami, opakowaniami. Z tej strony gór — wagony dla pracowników. To poważny przemysł, wymagający ludzi, pomieszczeń, pojazdów. Obok pole, bujne kwiaty. Zżęte zboże. Chatki. Idę do drogi. Skwar. Słońce w kurzu. Droga pół z ziemi, pół wykładana dziurawymi prefabrykatami. Mijają mnie samochody, ze śmieciami, po śmieciach. Goło, gorąco. Jak do krematorium. Napada na mnie nagle powiew zgnilizny. W tę stronę wiatr. Uciekam do autobusu.3
Dlaczego Białoszewski? Jest w tym powiewie zgnilizny, w stadach lecących palonych śmieci, jakaś tragiczna pamięć. Pamięć, która materializuje się w słowach Białoszewskiego w latach siedemdziesiątych; przecież okresie sukcesu gospodarczego, który współtworzył z werwą nieopisywalną dzisiejszych ludzi na przemiał, śmietniki egzystencji. Przeczucie zła tkwiącego nie w człowieku, tkwiącego w pomyśle na lepszą, bardziej uporządkowaną, zmodernizowaną, pozytywną przyszłość tego człowieka.
Jeśli zatem Jackiewicz zarzuca Hasowi, że „Lalka” to śmietnik, to pozostaje mi tylko podziwiać intuicję interpretacyjną Jackiewicza. Jednym, w lekkim i zbywającym zapewne tonie, określeniem, wyłożył istotę problemu i podał klucz dla zrozumienia ponowoczesnego człowieka; człowieka w życiu na przemiał, jak mówi Zygmunt Bauman. Klucz, którego źródłem, nagle i olśniewająco, staje się Bolesław Prus. Aż sam się dziwię…
Ale to już zupełnie inna historia.
© 2005 Karol Zamojski
verte.art.pl > Myśl > Polemiki > Problem śmieci nie tylko na ekranie
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski