Kiedy słyszę jakieś straszne rzeczy o feminizmie, to grzecznie pytam: O co chodzi? Konkretnie. — A, bo radykalne feministki to twierdzą, że… — Jakie? Które? Gdzie to napisały? Pokaż mi ten tekst, to będziemy o nim dyskutować1.
„Nie zamierzam bynajmniej pisać jakiejkolwiek satyry na feminizm”2 — deklaruje Dominika Jędrzejczyk we wstępie do swojego eseju (I tylko dawnego feminizmu żal…, „verte” 2010, nr 6). I trzeba przyznać, że autorka dotrzymuje słowa. Tekst Jędrzejczyk stanowi bowiem nie tyle satyrę na feminizm, ile bezzasadną, radykalną i — co najbardziej zaskakuje — obiektywizującą krytykę samych feministek.
Wspomniany pseudoobiektywizm widoczny jest przede wszystkim w genologicznych aspiracjach autorki. I tak — mając świadomość olbrzymiego zróżnicowania poglądów w obrębie feminizmu — decyduje się ona na wyróżnienie poszczególnych typów3 (sic!) feministek. Niestety, choć podobno na samym uniwersytecie jest ich kilka, ostatecznie pisze ona jednak tylko o jednym (najbardziej rzucającym się w oczy? budzącym największe kontrowersje? najbardziej symptomatycznym dla współczesnego feminizmu? — tego Jędrzejczyk nie wyjaśnia): „feministkach-pokazówkach” czy „feministkach-pyskówkach”.
Definicja tego neologizmu, jaką można zaproponować po lekturze I tylko dawnego feminizmu żal…, brzmi następująco: są to młode dziewczęta (przez Jędrzejczyk protekcjonalnie nazywane „pannami” lub „niewiastami”), na co dzień ciche i niewyróżniające się, które jednak — jeśli zechcemy konsekwentnie rozwijać wywód autorki — zmieniają się w głośne i radykalne tuby ideologii, gdy nadchodzi czas święta (Manify?). Feminizm traktują one wyłącznie jako przepustkę „do wyróżnienia się, tudzież zaistnienia i w efekcie podniesienia własnej samooceny lub przynajmniej ogólnego poprawienia sobie humoru”. „A to przecież bardzo przyjemne, zwłaszcza w pochmurne i deszczowe dni października” — kończy kuriozalnie Jędrzejczyk. Sprawdziłem, teza jest błędna: feministyczne inicjatywy wcale nie nasilają się w deszczowych okresach. Choć, być może, autorka dysponuje innymi źródłami.
Oczywiście, nie wszystkie feministki są takie. Z mediów znamy przecież Magdalenę Środę czy Kingę Dunin, których nawet przy największej dozie złej woli nie można po prostu opatrzyć taką etykietką. Wydaje się, że reprezentują one feminizm, który Jędrzejczyk nazywa dawnym czy prawdziwym — na jego temat nie dowiadujemy się jednak niczego. Autorka nie tylko tu zachowuje się w sposób niezrozumiale enigmatyczny: kiedy wyjaśnia, że nie napisze satyry na feminizm, uzasadnia to swoim utożsamieniem się z feministyczną ideologią, ale nie chce zdradzić, jak daleko ono idzie. Kiedy z kolei pisze o kobietach z jej pokolenia (rok urodzenia: 1990), które niecnie wykorzystują feminizm, w istocie chcąc tylko zyskać miano „«bojownika o wolność słowa i przekonań» lub «jednostki niepokornej o wysokiej odwadze cywilnej»”, już-już mamy nadzieję, że dowiemy się, kto to taki — ale niestety. „A, nie powiem, tajemnica” — wyprowadza nas z błędu Jędrzejczyk, a my, zawiedzeni, musimy sami domyślać się, której z pierwszorocznych studentek filologii polskiej na UW tak bardzo się obawia. Dzięki temu można też bronić się przed ewentualną krytyką: niezrozumialstwo bez wątpienia wygrywa o kilka długości z pozostałymi strategiami odparowywania krytycznych ataków, znajdując się na podium ex aequo z odpowiedzią: „sam/a napisz lepiej”.
Przyznaję, że Jędrzejczyk we wstępie stawia słuszne, choć, jak na tekst w rzetelnym czasopiśmie naukowym, nieco banalne pytania. Ale kwestia istoty i celów feministycznego ruchu nie może zostać zamknięta — a na dobrą sprawę nie może nawet zostać otwarta — w 4 500 znaków. Gdyby przyjąć motto Jędrzejczyk („po owocach je poznacie”), brzmiące jak rodem z reklamy soku owocowego, choć parafrazowane z Biblii — wnioski byłyby bardzo niepochlebne. Prócz nieścisłości lub błędów, o których pisałem powyżej, wymienić można jeszcze kilka zarzutów. Po pierwsze, Jędrzejczyk uznaje współczesny feminizm — trudno orzec, czy w całości — za trampolinę do sukcesu. Nie dostrzega ona przy tym rozlicznych trudności, z którymi muszą się borykać feministki/ści (lub też, co bardziej prawdopodobne: świadomie je ignoruje). Po drugie, z nieznanych powodów interpretacyjne nadużycia uważa najwyraźniej za domenę feministek. Co oczywiste, nie wyjaśnia przy tym, dlaczego tak czyni — osobiście jednak nie mogę pozbyć się wątpliwości, że jej koleżanki niekoniecznie nadinterpretują, skoro to Jędrzejczyk dostrzeganie aspektu „zniewolenia kobiet przez mężczyzn i ich wyzysku” w dziełach Orzeszkowej i Konopnickiej sarkastycznie określa jako „pół biedy”. Po trzecie, autorka, mimo że broni postmodernistycznej prozy Marka Danielewskiego przed zakusami feministek, zachowuje się konsekwentnie, jak gdyby przełomu antypozytywistycznego nigdy nie było. Nie ukrywa wprawdzie swojej tożsamości w bezosobowej konstrukcji tekstowej, ale cóż z tego, skoro jedyną konsekwencją tego faktu mogą być domysły czytelnika/czki, że autorka nie przepada za październikiem i nie potrafi obsługiwać swojego edytora tekstu. Przekonanie o braku wpływu kontekstu kulturowego, w którym pozostaje Jędrzejczyk, na ostateczny kształt jej eseju jest uderzające. Po czwarte, zwracam uwagę, że legenda o smoku wawelskim w swojej pierwotnej wersji nie zawiera niczego na temat dziewic. „Żarłoczności jego każdego tygodnia według wyliczenia dni należała się określona ilość bydła. Jeśliby go mieszkańcy nie dostarczyli, to byliby przez potwora pokarani utratą tyluż głów ludzkich”4. Nic o hymenach! Po piąte, zaręczam, że prócz „niewiast” i „panien” istnieją również mężczyźni walczący z dyskryminacją ze względu na płeć. Po szóste i ostatnie, nic dziwnego w tym, że ewoluuje ruch wrażliwy na nastroje i potrzeby społeczne. Rodzi to czasem, co prawda, wątpliwości dotyczące celów feminizmu, ale trudno mi wyobrazić sobie sytuację, w której walor prawdziwości zatraci zdanie Kingi Dunin: „Mnie na takim głębokim poziomie feminizm nie bardzo interesuje, mnie interesuje jako prosta konstatacja prostych faktów. Nie ma równości, chciałabym, żeby była. Koniec”5.
© 2010 Daniel Brzeszcz
2 Jędrzejczyk D., I tylko dawnego feminizmu żal…, „verte” 2010, nr 6 (72).
3 Co prawda, autorka przeprasza za ten wyraz, ale — choć starałem się bardzo — trudno było mi znaleźć powód, dla którego mimo to się nim posługuje.
4 Mistrz Wincenty Kadłubek, Kronika polska, przeł. B. Kürbis, Wrocław 1996, s. 13.
5 K. Dunin, op. cit.
verte.art.pl > Myśl > Felietony > Przeciw quasi-satyrom, czyli dlaczego jednak nie żal. Polemika z tekstem Dominiki Jędrzejczyk
© 2004-2010 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Monika Mohylowska