> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№42 grudzień 2007

Św. Adolf II na usługach schizofrenicznego boga zmienności Jan Ostrowski

„Poszukiwanie prawdy”… jak to szlachetnie brzmi. Trochę patetycznie, wręcz nudno. Kojarzy się ze żmudnym zajęciem dla kogoś, kto ma za dużo wolnego czasu i w ogóle jest jakiś, taki nierozgarnięty. No cóż ja myślę, że tak właśnie jest, chociaż… w sumie… to właściwie tak nie jest. To chyba nieładnie zaczynać od sprzeczności. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko to, że tak, jak się przyglądam światu to dostrzegam same sprzeczności.

Kultura na przykład dzieli się na wyższą i niższą, wyodrębniając w ten sposób „dobrą” i „kiepską”. Co ciekawe ta „dobra” kultura jest gdzieś pochowana, prawie nie osiągalna. Żeby się nią nacieszyć trzeba, się powłóczyć po jakiś zapomnianych sklepach czy lokalach, zamówić ją gdzieś z dalekiego kraju albo ukraść z internetu. Dlatego, że ta „dobra” kultura, to ta sama, co jej prawie nikt nie lubi.

Globalizm jest i dobry i zły, w zależności od tego czy w danej chwili korzystamy z internetu, czy akurat obrastamy w tłuszcz zajadając się jednym z miliona hamburgerów, które w tej samej chwili są pożerane na całej Ziemi.

Okazuje się także, że wojna, która zawsze kojarzyła mi się ze czymś złym, może być sprawiedliwa albo mieć na celu pokój. Że zabija się trochę złych ludzi żeby, ktoś inny nie zabijał dużo tych już mniej złych. Poza tym przy okazji można wywalczyć dla ofiar przemocy prawo do tego, aby mogli sami decydować czy chcą się zabijać. Co niejednokrotnie robią, dlatego, że nie ma takiej broni, która rozładowałaby agresję1. No, ale zawsze to jakiś postęp. Ludzie przestają być skazani na przemoc i mogą ją stosować z własnej nieprzymuszonej woli. Może szybciej dzięki temu zrozumieją jej konsekwencje W ten sposób jakieś tajemnicze siły przekonują mnie, że wojna nie jest czymś złym, a ja bardzo chciałbym mięć nadal tą pewność.

Podobnie rzecz się ma w polityce. Tam zawsze wszyscy zdolni są tylko do największych poświęceń w imię ludzi i kraju. Choć tak bardzo się starają, przedstawiciele wszystkich innych partii widzą w nich tylko złe intencje. Tak, że właściwie to nie wiadomo czy oni wszyscy są dobrzy czy wszyscy są źli. Mimo woli narzuca mi się stwierdzenie, że są jacyś, tacy nijacy, że albo są nieszczerzy wobec wyborców, albo wobec siebie samych. W każdym razie niezależnie od opcji każdy polityk zawsze ma miejsce w swoim sercu dla jakiegoś zmęczonego górnika, zmarzniętej pielęgniarki czy głodnego dziecka po to, żeby w razie potrzeby móc rzucić ich pod nogi swojemu przeciwnikowi jak kłodę.

No i jak tu sobie wyrobić zdanie, żeby się nie pomylić? Nie uprzedzając dalszych słów tego tekstu nadmienię tylko, że wszystko wskazuje na to, że się niestety nie da.

Przyjęte w powyższych przykładach kryterium „dobroci” danej postawy jest oczywiście zbyt ogólne, żeby odpowiedzieć w zadowalający sposób na poruszone problemy. Wskazuje jednak na to, że niezależnie od tego jak bardzo zagłębiamy się w jakieś zagadnienie, zawsze zadajemy sobie pytanie, jakie zachowanie jest właściwe, jak postępować i myśleć żeby móc postrzegać siebie jako kogoś rozsądnego, etycznego? Niezależnie od tego, jaki jest nasz status społeczny, nieważne czym się zajmujemy, każdy z nas zadaje sobie czasem takie pytanie.

Jakiś czas temu (niektórzy twierdzą, że wtedy, kiedy Adam i Ewa zjedli owoc, którego ponoć nie powinni), w świadomości ludzi, zaczęła kształtować się sfera wartości. Wtedy to naszymi działaniami, oprócz dążenia do przetrwania i odczuwania przyjemności, zaczęła kierować chęć robienia tego, co w jakiś nie do końca wyjaśnionych okolicznościach postanowiliśmy uważać za „dobre”. Ta prawidłowość rozprzestrzeniła się z czasem na wszystkie kultury i stała się po pewnym czasie powszechna. Oczywiście powiedzenie, że każdy kieruje się w życiu jakimiś wartościami byłoby przesadzone. Bliższe prawdy jest stwierdzenie, że większość ludzi nie chce postrzegać siebie jako hedonistę czy egoistę. Przez co, od czasu do czasu, zagłębia się chociażby powierzchownie w świat wyższych wartości. Przeznacza trochę wysiłku na to, aby znaleźć te aksjomaty, które byłyby „najwłaściwsze”, najbardziej autentyczne. Staje się wtedy mniej lub bardziej rozgarniętym poszukiwaczem prawdy. Wydaje się to bardzo pozytywnym przejawem rozwoju ludzkości. Jednak tak naprawdę to przejście w świat wartości, jest przyczyną wszystkich konfliktów i nieporozumień.

W porównaniu z ciszą sumienia, jaka istniała w świecie, w którym nadrzędną wartością było przetrwanie następnego dnia, obecne życie jawi się jako coś niebywale skomplikowanego. Nie udało się jeszcze stworzyć systemu wartości, który by się zawsze sprawdzał i był pozbawiony sprzeczności. Niestety każdy system wartości, niezależnie od tego, z której kultury się wywodzi ma już na swoim koncie, mniej lub więcej ofiar śmiertelnych, nie wspominając tych linczowanych, jak już nie fizycznie to chociażby słownie. Może i znalazłoby wielu chętnych, żeby wprowadzać w życie nasze stare, poczciwe Nie zabijaj. Pomysłów jak tego dokonać jest wiele. Są tak wspaniałomyślne, tak warte poświęceń, że czasem aż kusi, żeby komuś przywalić w ich imieniu z obelgi, pomówienia lub innego ostrego narzędzia. Tak to już jest, że nasze własne pomysły wydają się nam z jakichś powodów mądrzejsze. A przynajmniej zgódźmy się, że są inne, bo niewyobrażalna różnorodność, jaką cechuje się nasz świat bezwzględnie eliminuje te jedyne, najlepsze rozwiązania.

Dlatego skazani jesteśmy na ciągłe podążanie za prawdą, która wydaje się nieosiągalna. Stąd wniosek, że jej poszukiwanie jest żmudnym i nudnym zajęciem. Co tu dużo mówić tak po prostu jest. Trzeba dużo myśleć, a na koniec zmagań się nie zanosi. Na dodatek każdy chętny do odnalezienia prawdy, przedstawia swój własny sposób widzenia świata. Który jest najwłaściwszy, nie wie żaden.

Mając na uwadze powyższy problem, postanowiłem zainteresować się dziedziną wiedzy, która chlubi się tym, że zajmuje się poszukiwaniem prawdy (ponoć dosyć profesjonalnie). Jakoś jeszcze nie zdarzyło się żebym zawiódł się na jakimś filozofie. Szczególnie, jeśli charakteryzował się ewidentnymi objawami zofiofilii (zasypianie z wyczerpania nad książką, spowodowane zamyśleniem wpadanie na meble itp.). Tak, więc kierunek, na którym roi się od takowych powinien przynieść jakieś ciekawe (o mały włos napisałbym, że konkretne) odpowiedzi.

Aby jednak uzyskać do nich dostęp należało przejść stosowne badania lekarskie. Nie jestem w stanie przypomnieć sobie ile razy musiałem przejść przez tą procedurę. W każdym razie zawsze wydawała mi się ona zupełnie bez sensu. Idąc na psychologię, socjologię lub filozofię wygląda to mniej, więcej tak, że lekarz zagląda na chwilę do komputera i bez zastanowienia podpisuje papier. Tym razem nie chciałem bezrefleksyjnie, poddać się władzy urzędniczej. Ruszyłem, więc wypełnić jedną z wielu czekających mnie jeszcze formalności z poczuciem, że jakimś biurokratycznym podstępem, ktoś próbuję, oderwać mnie od niesamowicie fascynujących (no i obiektywnie bardzo ważnych) zajęć, takich jak patrzenie na chmury, czy kontemplacja odcienia zieleni trawy. Ponieważ i tym razem procedura „badania” nie odbiegała od swojej standardowej formy, zapytałem lekarza, jakie problemy zdrowotne bierze pod uwagę, określając czy mogę wykonywać zawód filozofa.

Muszę przyznać, że nie do końca byłem gotowy na odpowiedź. Lekarz przez chwile jeszcze wklepywał coś, do komputera, po czym jakby przypomniał sobie, że zadałem mu pytanie. Spojrzał przenikliwie na mnie, swoimi znacząco powiększonymi przez okulary oczami (wtedy nie wiedziałem jeszcze, że sprawdza czy jestem gotowy poznać prawdę). Po czym, głosem sugerującym, że przez całe życie nie robi nic innego, tylko mówi ludziom, że są śmiertelnie chorzy, odpowiedział: Odporność psychiczną na odmienne sposoby postrzegania rzeczywistości. Hm… dało mi to trochę do myślenia. Czego oni tam uczą na tym uniwersytecie? Ja przychodzę po jakiś papier, a tu mi za plecami sprawdzają, czy jestem zdrowy psychicznie. Co gorsza, studiowanie filozofii na temat, którego wyobrażenie wymieszało się właśnie z elementami grozy i szaleństwa, zaczęło mnie jeszcze bardziej pociągać. Zaintrygowany i rozbawiony umiałem tylko zapytać: Naprawdę? Lekarz, który w tym momencie również zaniósł się śmiechem powiedział: Nie, tak sobie tylko żartuję.

No i proszę. Z nudnego biurokratycznego procederu, udało się wycisnąć trochę abstrakcyjnego poczucia humoru. Lekarz przypominający z początku nudnego urzędnika, wykazał się zacięciem humanistycznym, a mówiąc zwyczajniej, okazał się jajcarzem. Chociaż trochę szkoda, bo wizja filozofii, która ociera się o sposoby postrzegania rzeczywistości, które na ogół przypisujemy szaleńcom (a czasem artystom), brzmi atrakcyjnie. Tak naprawdę, to tylko kolejna dziedzina nauki, dająca jakieś prawdy cząstkowe, mniej lub bardziej spójne systemy teoretyczne. Dlatego bez większego żalu przyjąłem wiadomość, że „umiłowanie mądrości” nie znalazło sobie w moim mieście wystarczającego popytu i kierunku nie otworzono.

W tej odrobinę zbyt rozbudowanej, w stosunku do akcji, historii, kłuje w oczy brak konkluzji. Z przykrością muszę stwierdzić, że tej konkluzji nie będzie. To znaczy mógłbym coś wymyślić, ale wtedy to by było nudne, a na początku tekstu, napisałem, że poszukiwanie prawdy „z drugiej strony” wcale takie nie jest. Musiałbym to teraz zmazać i w ogóle. W zamian za to mogę przedstawić pewien sposób myślenia, który być może wyrwie kogoś z rutyny logiki i racjonalizmu. Coś, co mam nadzieje sprawi, że uda się komuś patrzeć na świat i za każdym razem widzieć coś innego. Może się wtedy okazać, że prawda ma tyle różnych twarzy, że nie starczy życia żeby się nimi nacieszyć, a co dopiero wszystkie je poznać czy nie daj Boże sklasyfikować.

Zdarzenie, które opisałem nie należy do tych, sprawiających, że życie nabiera nowego sensu, maluje się w innych barwach. Po prostu zwykła historyjka, która gdzieś tam się wplotła w prozę dnia. Można by ją streścić w trzech zdaniach i w ogóle nie ma co o tym… Zaraz, zaraz… przecież to ja decyduję o tym, co ma dla mnie sens. Nie ma żadnej wielkiej księgi rzeczy ciekawych i godnych uwagi. Ja sam mogę być artystom malującym mój świat całą paletą kolorów, a nie malarzem — tapeciarzem szukającym jednego właściwego odcienia — wzoru. Jeśli zechcę, to mogę sobie postawić pisuar na środku przedpokoju, a gości zdegustowanych zapachem uryny roznoszącym się już przy wejściu do mieszkania, nazwać ignorantami. No dobra tego akurat nie zrobię, chociażby dlatego, że sam pewnie w końcu stałbym się ignorantem i to wobec własnego pomysłu. Postanowiłem natomiast dostrzec, w zdarzeniu, które początkowo miało być tylko badaniem lekarskim coś, co odsłoni przede mną kolejne tajemnice istnienia, uchyli drzwi do innego świata.

Tak się składa, że okres, w którym opisane zdarzenie miało miejsce, był czasem zawodu, jakim okazała się dla mnie nauka. Miałem wrażenie, że zagłębiając się w naukowe postrzeganie świata, wchodzę coraz dalej w labirynt, przez co coraz trudniej jest mi określić gdzie jestem. Skojarzenie banalne. Każdy absolwent liceum wie, że nauka ma na celu coś odwrotnego. Ma dać nam odpowiedzi na wszelkie możliwe pytania, sprowadzić na bezpieczną, pewną drogę istnienia i rozwoju. Z takim właśnie przekonaniem, jakiś czas temu zacząłem zagłębiać się w różnego rodzaju wiedzę naukową. Szybko okazało się jednak, że jest to droga niejednolita, pełna rozwidleń, skrzyżowań, sprzecznych drogowskazów. Nie można powiedzieć, w jakim kierunku zmierza. Można tylko zagłębiać się coraz bardziej w nieznane. Drzwi do prawdy, którędy by ich nie forsować, zaHeglowane są dialektyką poznawania rzeczywistości. Kiedy już uda nam się je przejść, rozwiązać jakąś sprzeczność, naszym oczom ukazuje się kolejne rozwidlenie, kolejna bifurkacja i kolejne drzwi, które trzeba „rozwiązać”. W ten sposób labirynt powiększa się, nie pozostawiając złudzeń.

A to tak naprawdę dopiero początek zamieszania. Okazuje się bowiem, że mniej lub bardziej rozbudowany labirynt, który mamy w swojej głowie jest tylko jednym z wielu. Wygląda na to, że tych mniej lub bardziej skomplikowanych światów jest więcej. Istnieją zarówno w głowach artystów, filozofów, szaleńców jak i zwykłych ludzi. Być może wielu próbuje ujednolicić swój sposób myślenia, zachowania czy życia do czegokolwiek, co uzna, że jest tego warte. Ale nawet w tej pociesznej próbie, są bardzo różnorodni. Dlatego, że rzeczy, z którymi można się utożsamiać, w których można zamknąć swój świat jest całe mnóstwo. Jest ich tak dużo, że gdyby owi „ujednoliceni” uświadomili to sobie, ze strachu musieliby zakryć się swoimi modnymi ciuchami, schować w jakimś popularnym lokalu, włączyć na cały regulator najlepszy radiowy hit lub wykrzyczeć na głos tekst jakiegoś najlepszego poety czy myśliciela, byleby tylko uniknąć wejścia w nieznane.

A szkoda, bo w szarej codzienności, wielką stratą jest, każda niewykorzystana okazja, aby odkryć nowy ląd, zobaczyć inny świat. Gdyby, tylko zdobyć się na odwagę i zauważyć w końcu, że każde drzewo jest inne, niepowtarzalne, żeby chociaż na chwile pomyśleć, że jeśli samej szarości jest nieskończenie wiele odcieni to, czym jest świat, odsłaniający swoje tajemnice tyloma barwami. Wspaniałą nagrodą może stać się samo dostrzeganie innych ludzi. Szczególnie tych dosłownie „innych”. Tych, których nie rozumiemy, różniących się od nas, przez to pozornie nam obcych. Wystarczy odrobina dobrej woli, chęć ujrzenia świata oczami drugiej osoby. Może się okazać wtedy, że to, czego nie rozumieliśmy, ma swój sens albo chociażby przyczynę. Może też stać się tak, że zobaczymy coś wspaniałego, niepowtarzalnego. Od czasu do czasu zdarzy się bowiem ktoś, kto gdy wróbel zasiądzie na jego oknie, bierze udział w jego życiu i dziobie ziarenka razem z nim2. Ktoś, kto pokaże ci jak podróżować „w osiemdziesiąt światów dookoła dnia”.

Żeby odbyć taką podróż trzeba otworzyć swój umysł, odnaleźć w codziennych splotach przypadkowych zdarzeń, klucz do innej rzeczywistości. Gdzieś, pomiędzy spinaczem, który spadł z biurka, a biegającą w parku wiewiórką może znajdować się odpowiedź, na którą czekaliśmy. Niewiarygodne? W ogromie przyczyn i skutków, jakie powodują, że myśl biegnie w takim, a nie innym kierunku, takie przeskoki nie są niczym nadzwyczajnym. Są tylko swobodnym przepływem skojarzeń, które przez lata doświadczeń przestały już wyróżniać się pośród skostniałych uwarunkowań i schematów myślowych. Może okazać się, że wdrapująca się na drzewo wiewiórka stanie się podświadomie obiektem zazdrości. Symbolem utraconej wolności zapieczętowanej biurowymi schematami, przysypanej górą spinaczy, żeby nie kłuła w oczy. Może się okazać, że taki spinacz łatwo można wygiąć dajmy na to w serce i podarować koleżance z biura, układając przy tym niecny plan jakby ją wyciągnąć na spacer do parku (no jeżeli spinacz wygięty w serce nie poskutkuje, to nic już nie wyrwie jej z szaleństwa racjonalności). Możliwości jest nieskończenie wiele. Kreatywność nie ma granic dopóki sami ich jej nie nadamy. A nowe światy czekają na odkrycie.

Dlatego postanowiłem nie tracić czasu na porządkowanie tego jednego, danego nam z przydziału. Tak się złożyło, że oporność psychiczna na odmienne sposoby postrzegania rzeczywistości, jaką musiałem się wykazać w gabinecie lekarskim, przypomniała mi książkę pewnego argentyńskiego pisarza — Julio Coltázara. Książkę dosyć trudną w odbiorze. Jej abstrakcyjność i nieprzewidywalne przeskoki myślowe, sprawiają, że jest, co najmniej tak intrygująca jak trudna do zrozumienia. Ponieważ oswajania się z odmiennymi sposobami postrzegania rzeczywistości nigdy nie jest za dużo, a bezrobocie wydawało się świetną okazją, aby w końcu przejść siódmą stronę3, postanowiłem w końcu przeczytać ją w całości. Moje skojarzenia wskazały mi dokładnie jedną z wielu niebanalnych opowieści zamieszczonej w książce, efektownie łączącej poruszone wyżej kwestie geniuszu i szaleństwa.

Otóż Coltázar przedstawia historię niejakiego Adolfa Wölfliego, szwajcarskiego artysty, żyjącego na przełomie XIX i XX wieku. Postaci o tyle ciekawej, że prawdopodobnie nie było jej dane nawet dostrzec momentu, w którym poczytalność opuściła ją na zawsze, pozostawiając jedynie zdolność do tworzenia abstrakcyjnych dzieł, przerywanej jedynie przez ataki psychoz lub halucynacji. Przedstawiony w książce opis podkreśla, w nieco wyjaskrawiony sposób, kontrast, jaki powstaje między geniuszem artystycznym, a prymitywnością Wölfliego, który po kilku nieudanych próbach seksualnego molestowania dzieci osadzony został w szpitalu psychiatrycznym ze zdiagnozowaną schizofrenią. Poza mroczną stroną swojej obłąkanej osobowości, Wölfli może poszczycić się napisaniem „autobiografii”, której objętość sięga 25 tysięcy stron! W ramach niej znajdują się fantasmagoryczne opowieści przeplatane wierszami rysunkami i melodiami, w których to podróżował po cały wszechświecie jako św. Adolf II, którym, jak twierdził, od czasu do czasu bywał.

Julio Cortázar, tak opisuje jego twórczość: (…) przez dwadzieścia lat, z przerwami na jedzenie, spanie i leczenie, pisze i rysuje, tworząc dzieło całkowicie obłędne, które powinni z pożytkiem oglądać liczni artyści, dla jakichś powodów pozostający na wolności.

Opieram się tu na jednym z jego malowideł, zatytułowanym (zmuszony jestem odwołać się do wersji francuskiej) „La ville de biscuit à bière Saint-Adolf”. (…) Wybierzmy to, co wydaje się najbardziej prawdopodobne: miasto z biszkoptu do piwa św. Adolfa, a trzeba nadmienić, że Wölfli uważał się między innymi za św. Adolfa. W takim wypadku tytuł obrazu będzie zawierał w sobie wielowizję, dla Wölfliego jednoznaczną, widzi, ją bowiem jako miasto (z biszkoptu) (z biszkoptu do piwa) / (miasto świętego Adolfa). Dla mnie jest jasne, że święty Adolf nie jest nazwą miasteczka, tylko jak w wypadku biszkoptu i piwa, miasto jest świętym Adolfem i na odwrót.

Jakby tego nie było dosyć, kiedy doktor Morgenthaler okazywał zainteresowanie sensem dzieła Wölfliego, a ten raczył mówić, do czego nieczęsto dochodziło, zdarzało się, że na zapytanie „co oznacza”, olbrzym odpowiadał „to” i biorąc swoją tubkę z papieru, wydmuchiwał na niej melodię, która dla niego nie tylko była wytłumaczeniem malowidła, ale samym obrazem i vice versa, co by świadczyło, że i wiele z jego rysunków zawiera pentagramy z jego kompozycjami muzycznymi i znaczną część obrazów również wypełniają teksty, ujmujące w słowa jego wizje rzeczywistości.4

Miasto, biszkopt, piwo, św. Adolf i będąca dla nich alternatywą kompozycja muzyczna przenikają się. Są zupełnie czymś różnym i dokładnie tym samym jednocześnie. Jakie znaczenie miała ta wizja dla Wölfliego pozostanie jego tajemnicą. Ze swojej strony mogę dodać, że widywałem już miasta z biszkoptu. Budowane pod kątem mało pożywnej intelektualnie, ale bardzo tuczącej w innych dziedzinach życia konsumpcji. Były słabe, bez żadnego rdzenia, który mógłby na dłużej podtrzymać coraz większą i cięższą konstrukcję. Oparte na tym co popularne, łatwe i przyjemne. Fakt, że nauczyliśmy się każdego dnia potrzebować i konsumować taką samą słodką, upieczoną w różnym kształcie papkę, wywołuje różne emocje. Pozytywne jest w każdym razie to, że możemy napisać o tym wiersz, pracę naukową, stworzyć przedstawiający własne odczucia obraz, melodię (różnica wbrew pozorom nie jest taka duża) Wybór jest nieograniczony dla każdego, niezależnie od tego, czy uważa się za świętego, czy jeszcze nie wyrobił sobie w tej sprawie zdania.

Wizje Wölfliego są efektem jego szaleństwa. Spowodowane są charakterystycznym dla schizofrenii objawami chaotycznego ześlizgiwania się z jednego wątku na drugi, natłoku skojarzeń, myśli, których chorzy nie są w stanie uporządkować. Jeśli chodzi o sztukę, to porządkowanie mogłoby tylko zaszkodzić dziełu. Jeśli natomiast chcielibyśmy odnieść się do świata, który tak usilnie domaga się ładu, należałoby połączyć umiejętność swobodnego przepływu natłoku myśli z umiejętnością ich syntezy. Takie poszukiwanie odpowiedzi przypominałoby rozwiązywanie rebusu. Odkrywając, nowy świat, przeskakując z jednej warstwy rzeczywistości na drugą musielibyśmy odrzucić to, co nie składa się na istotę rozważanego zagadnienia, jest przeszkodą, w dojściu do prawdy.

Kiedy Newtonowi spadło jabłko na głowę to nie pomyślał o tym, że czas coś zjeść tylko, że wszystkie ciała się przyciągają. Einstein pracując nad teorią względności nie zaczynał od zapisania całej tablicy wzorami fizycznymi tylko wyobraził sobie co by się stało z lustrzanym odbiciem kogoś, kto leci z prędkością światła. Wyobrażając sobie, siebie lecącego z prędkością światła z lustrem w ręku, nie pomyślał kurde, ja to jestem przystojny, tylko odkrył, że lecący z taką prędkością i stojący obok obserwator inaczej postrzegają przebytą odległość, a przez to i czas.

Idąc dalej, dwaj radioastronomowie Arno Penzias i Robert Wilson zajmując się badaniem fal radiowych dobiegających z kosmosu, natknęli się na zakłócenia w odbiorze. Te „zakłócenia” okazały się później promieniowaniem kosmicznym, będącym pozostałością po Wielkim Wybuchu. Jednak Arno i Robert nie od razu wpadli na to fascynujące odkrycie. Choć wyciągnięcie ręki, mieli dowód na teorię wyjaśniającą powstanie wszechświata, jedną z odpowiedzi na być może najważniejsze pytanie w dziejach ludzkości: Dlaczego istniejemy?, ich pierwszym skojarzeniem było to, że gołębie nasr… im na antenę, tzn. (po zerknięciu na etykietę intelektualisty) nasr… im na antenę, mówiąc kolokwialnie. Teraz to się może wydawać oczywiste. Teoria Wielkiego Wybuchu nie była traktowana zbyt poważnie przed tym odkryciem.

Zastanawiające jest jednak to, w jaki sposób gołębie odchody stanęły na drodze odkrywania tajemnic wszechświata. Jak widać stało się tak, że to, co początkowo odbierane było jako zakłócenie, okazało się bardzo ważnym przesłaniem. Rzeczywistość w jakiś nie do końca znany sposób, jest w stanie dać nam odpowiedzi na każde pytanie jakie odważymy się zadać. Wystarczy umiejętnie poruszać się po kolejnych jej warstwach i płaszczyznach. Wziąć z każdej z nich coś, co może się przydać. Przesuwać je tak, aby utorowały nam drogę do tego co chcemy odkryć. Trzeba otworzyć swój umysł, pozwolić skojarzeniom swobodnie przepływać, może się bowiem okazać, że nadchodzące odpowiedzi przedstawią nam nasze pytanie jako błędne, albo jedno z wielu na drodze do tego, czego tak naprawdę szukamy. W uniwersum względności, w całym osobnym wszechświecie poupychanych jedna w drugą abstrakcji, istnieje nieskończenie wiele odpowiedzi na jedno pytanie i nieskończenie wiele pytań do każdej odpowiedzi. Możemy je odkrywać w czym tylko chcemy, zarówno w dziełach naukowców, artystów jak i w szumie wiatru, śpiewie słowika, w promieniach słońca, w wielkich dziełach i w napisach na murach.

Wölfli, na temat odchodów stających na drodze do odkrywania wszechświata, mógłby zapewne napisać 3000-stronicowy poemato-obrazo-wiersz z oprawą muzyczną. Nie byłby w stanie zaznać tego, co nasze umysły (postrzegane przez to jako zdrowsze) doświadczają jako odczucie osiągnięcia prawdy. Jednak pomimo braku bezpośredniego związku z rozumem jego życie również ma swoją opowieść. Jest dowodem na ogromną różnorodność form i postaci, jakie przybiera rzeczywistość. Nasze organizmy zostały wyposażone w rozum mający na celu poradzenie sobie w tak zastanej sytuacji. Wyznaczyło nam to zadanie (albo dało po prostu taką możliwość) uporządkowania rzeczywistości, która zachowuje się tak jakby najlepiej jej było w bezładzie, bezustannie się rozpraszając i zmieniając swoje oblicze. Wskazuje to jak ważna jest umiejętność tworzenia abstrakcji, dostrzegania w tej samej rzeczywistości wielu światów, prawd i dróg do nich.

Jak wskazują badania, pomimo sita ewolucyjnego „geny schizofrenii przez wiele tysięcy lat pozostawały niezmienione. Prawdopodobnie dlatego, że sprzyjały rozwojowi układu nerwowego człowieka, szczególnie mózgu (…) Spośród osób chorych na schizofrenie w wieku 16-28 lat, aż 11 proc. przed ujawnieniem się choroby osiągało znakomite postępy w nauce. To prawie czterokrotnie więcej niż w identycznej grupie zdrowych osób.

Schizofrenicy mają zbyt dużo genów, które pojedynczo miałyby pozytywny efekt, ale razem powodują chorobę5, tak przynajmniej twierdzi dr Bernard Crespi z Simon Fraser University. Nie znaczy to, że schizofrenia jest korzystna dla chorego. Jest oczywiście poważnym schorzeniem uniemożliwiającym samodzielne życie. Wskazuje jednak na powiązanie inteligencji z umiejętnością odmiennego postrzegania rzeczywistości. Pokazuje, że dostrzeganie różnorodności w otaczającym świecie jest oznaką sporych możliwości.

Być może właśnie tu leży wyjście z labiryntu racjonalności. Jak długo można błąkać się po wytyczonych już, utartych ścieżkach, które zdają się nie mieć końca? Nikomu z nas nie jest dana wystarczająca ilość czasu, aby dokładne zbadać i odwzorować rzeczywistość. Jest zbyt skomplikowana i zmienna. Mamy natomiast dostęp do niemożliwego do wyczerpania źródła kreatywności. Możemy odnaleźć każdą prawdę na jaką nasz umysł będzie w stanie się otworzyć. I to w każdym realnym czy też powstałym w wyobraźni obiekcie. Jeżeli więc chciałbyś zostać poszukiwaczem prawdy, nie zastanawiaj się ani chwili. Zaskoczy cię ona swoim bogactwem i różnorodnością. Upewnij się tylko, że masz ze sobą kalejdoskop. Bez niego być może nigdy nie zobaczysz wschodu słońca, faz księżyca. Każdy ptak będzie taki sam, każde słowo będzie miało jedno znaczenie. Jeden dzień nie będzie różnić się od drugiego. Warto szukać prawdy, widzieć ją tam, gdzie jeszcze jej nie dostrzeżono. Jeśli zadowolimy się tym, co, powszechne, zwyczajne, popularne, naukowcy w końcu odkryją naszą jedyną, najprawdziwszą prawdę. Nasza odpowiedź na pytanie Dlaczego powstała ludzkość? będzie brzmieć: Istniejemy po to, aby opychać się biszkoptem.

W mieście, w którym mieszkam jest takie miejsce. Muszę przyznać, że jedno z ładniejszych, jakie dane było mi oglądać. Być może dlatego, że w pewien sposób przedstawia to, o czym jest ten artykuł. Między Wyspą Młyńska, a Starym Rynkiem stoi niewielki, wolnostojący dom, nieco już poszarzały i podniszczony upływającym czasem. Wybrukowana ulica, przy której się znajduje, prowadzi na wyspę, przyozdobioną licznymi elementami flory i fauny, wprowadzając dzięki temu odrobinę spokoju do hałaśliwego centrum. To tutaj, jakby nieco zakompleksione miasto, napręża swoje kulturalne muskuły, rozciągając przed przechodniem widok zabytkowego młyna Rothera, Opery Nova, odnawianego właśnie muzeum i jeszcze nie odnowionych starych kamienic. Choć to sam środek miasta, można tu uciec na chwile od jego zgiełku, dostrzec jego piękno, pomimo zagrażającej zewsząd szarości. Nie wiem, czy z braku innego medium, czy też w związku estetycznymi walorami Wyspy Młyńskiej, ktoś postanowił w tym miejscu podzielić się fragmentem twórczości własnej lub jakiegoś nieznanego mi autora. Na ścianie owego „prowadzącego” do wyspy domu ktoś napisał słowa, które w moich oczach mogą i mają obudzić ludzi, którzy choć tyle razy tamtędy przechodzili, tak naprawdę jeszcze nie zobaczyli tego miejsca. Nie widzieli wielu miejsc, w których byli. Zawsze można je przecież sfotografować i schować do pudełka. Może się wydawać, że w ten sposób zaoszczędzi się trochę czasu, który przecież jest tak potrzebny, żeby prze„żyć” kolejny dzień.

Ten akt twórczy, którym pozwolę sobie zakończyć ten esej, pozwala mi myśleć, że miasto, w którym mieszkam nie jest zbudowane z biszkoptu.

Miotając się w porywającym przeciągu
rzekomego braku czasu
między pracą, a domem
chlebem, a solą
wyspą, a rynkiem
wyborem, a koniecznością

Jeśli nie obejmujesz po drodze sztuki
zatrzymaj się w oknie
Zobaczysz zależnie od głębokości wejrzenia
kilka warstw rzeczywistości i jej nowych kreacji
Z podobnych przypadków rodzi się orkiestra
gwiżdżących hymn wyzwolenia wewnętrznego

Masz szansę zrozumieć i odczuć
że starczy ci czasu co najmniej
na całe życie
6

© 2007 Jan Ostrowski

1 Jakiś złośliwiec mógłby podważyć to stwierdzenie perfidnie wtrącając, że taką bronią jest miłość, ale to tylko jakiś złośliwiec i nie ma o czym gadać.

2 J. Cortázar, W osiemdziesiąt światów dookoła dnia, WWL MUZA SA, W-wa, 2002, s. 248.

3 Żart bezczelnie zerżnięty z filmu dokumentalnego „W 80 dni dookoła świata. Podróże z Michaelem Palinem” — współtwórcą Monty Pythona, który w tą niekrótką podróż rozważał zabranie kilkutomowego dzieła Prousta. Polecam.

4 J. Cortázar, dz. cyt., s. 61.

5 M. Florek-Moskal, Choroba dla zdrowia, „Wprost”, nr 42/2007.

6 Bydgoszcz, ul. Przyrzecze 12.

verte.art.pl > Myśl > Eseje > Św. Adolf II na usługach schizofrenicznego boga zmienności

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski