Świat jest konglomeratem wielu układanek szytych najzupełniej różnymi nićmi i z zupełnie nieprzystających materiałów. O każdym z nich da się coś stwierdzić: jego genezę, funkcję, przydatność. Wszystkie razem stanowią twór tak niezwykły, że nigdy nie wiemy, co z danej układanki wyjdzie. Już będąc u celu, napotykamy barierę, która rozpoczyna proces destrukcji, i tak dobre chęci obróciły się w kiepską realność.
W rozpędzie niewidzialnej ręki wolnego znaleźliśmy się u progu światowego kryzysu. Swoistym szczęściem jest, iż Polska, będąc krajem zacofanym, skutki kryzysu odczuje niebezpośrednio — choć kto go tam wie — może przyjdzie i do nas.
Rok, który miał szczęście właśnie upłynąć, był rokiem wyjątkowym. Wydarzyło się w nim wiele. Zdecydowana większość tych wydarzeń wywołała moje negatywne oceny. Jestem zatem zmuszony stwierdzić, że był to zły rok. Zarazem jednak, w tej mnogości wydarzeń, z którymi trudno się pogodzić mojemu społecznemu rozumowi (czasem jakbym innego nie miał…), znajdzie się wydarzenie ważne, długotrwałe i, śmiem twierdzić, dobre. Ono jednak nie zmienia globalnej struktury zła, jest bowiem wydarzeniem najbardziej lokalnym z możliwych.
Upływający zatem czasem zmusza do refleksji. Kiedy się stanie u progu pewnego wieku, zapewne u każdego ten próg jest gdzie indziej, człowiek zaczyna rozważać i podsumowywać. Cóż z podsumowań wynika?
Kiedy szedłem do podstawówki, byłem miłośnikiem PRON-u. Choć rodzice, tak mi się wydaje, należeli do liczby „cichej opozycji”. Jej, tej opozycji, cichość nie szła w parze z głośnym (oczywiście nieszczerym; tylko deklaratywnym zawsze) kolaboranctwem — w partii nie byli i po domowemu nią gardzili. Zresztą może ich opozycyjność nie była wcale cicha — sam byłem świadkiem kilku „niewygodnych” wizyt. Na wsi zawsze świat był spokojniejszy. Tak czy inaczej, po przełomie, „cicha”, jak ją będę nazywać, opozycyjność, nie przeszła — choć mogła, w głośne „solidaryzowanie się”. A ja rosłem wraz z PRON-em. Miałem bowiem, co sobie dzisiaj mocno uświadamiam, prawdopodobnie, tylko społeczną część rozumu. Być może zresztą rodzice by mi z głowy ów PRON wybili… gdyby wiedzieli. Paradoks polegał na tym, że ja w PRON-ie byłem „nielegalnie”. Można by powiedzieć, miałem swój PRON podziemny. Nieraz już twierdziłem, że gdybym się załapał, jak znam siebie, byłbym TW.
Kiedy szedłem do liceum, obradował najbardziej okrągły stół. Świat się zmieniał, a ja czytałem, rozmawiałem, szukałem odpowiedzi, na pytania, które prawdopodobnie nie miały sensu. Skąd to przypuszczenie? Odpowiedzi na nie nic nie zmieniły. W takim czasie żyłem pełnią młodości, w której obserwowałem „solidarne kariery” i gówno mogłem zrobić. Choć krew się gotowała i niejedna kur… w dyskusjach przeszła. I czytałem wciąż opowieści starszych nieco tylko, którzy za wolność ojczyzny i inne takie. I wszyscy pięknie mówią, jak teraz łatwo. A ja mówię: łatwo — z mostu się rzucić, i nikt nie zauważy. A kiedyś wystarczyło rękę wyżej podnieść…
Człowiek bowiem zawsze jest kilka lat do tyłu. Starsi się załapali na stary porządek. Młodsi na nowy porządek. A my tkwimy pośrodku bezradnie, z rozjeżdżającymi się nogami. Wszystko niby wiemy. Z każdym możemy porozmawiać. Tylko narzędzia działania ktoś zabrał. I choć szlag trafia, gdy człowiek patrzy na to, co dzieje się wokół, choć rozum podpowiada szereg rozwiązań, to zawsze, kiedy już się wydaje, że oto gest czynię zmiany, znajdzie się ktoś, kto powąchał styropianu, pałą dostał po dupie, czy częściej na mszę chodził, albo zamiast się uczyć — protestował. I tak nagle zostaję na ulicy z pustymi rękoma. Niby rewolucja się przetoczyła. Nie ma swych ofiar, nie licząc kilku utraconych etatów, jedynie rewolucjoniści z obalanymi się miejscami zamienili. I za cztery lata znów…
I tak siedząc i rozmyślając, a trzydziesty trzeci sylwester w życiu sprzyjał takim rozmyślaniom, będąc poniekąd ich zwieńczeniem, opowiedziałem sobie całą kulturową historię siebie samego.
W swojej własnej nowoczesności urodziłem się jako byt potrzebujący argumentu. Jestem dzieckiem świata rozumnego. Jeśli istnieją przekonania, które nie posiadają uargumentowania, żywione są bowiem siłą inercji, twierdzę o ich „żywicielach”, że są głupi. Zatem wszystko u mnie musi mieć powód. I nie chodzi tu o prostą przyczynę. Stary arystotelesowski mechanizm przyczynowo-skutkowy zupełnie mi nie odpowiada. Przyczyna bowiem tkwić winna w sytuacji kulturowo-społecznej, czyli w środowisku, w jakim przyszło mi żyć. Środowisko to dało mi czas wspaniałej obserwacji. Okres w życiu, w którym człowiek dojrzewa do czynu, był bardzo czynnie zaangażowany przez siły dużo wyższe. Otóż nigdy nie miałem możliwości wdrożenia się w czyn. W ten społeczny ruch, który dając siłę, wyzyskuje człowieka w całości i stawia go na piedestale historii. Przejść zatem do historii mogłem jedynie jako obserwator. Ja zaś nie chciałem być jedynie obserwatorem. Stanowisko niezaangażowane nie jest moim stanowiskiem. Chciałem działać. Działałem zatem, organizując życie kulturalne tu i ówdzie. Nic w istocie nie zmieniając. I tak wzrosłem, cały czas poszukując argumentów, a wreszcie i prób autouzasadnień. Po cóż bowiem człowiek, kiedy jego czyn sprowadza się do absolutnej statyczności? Wszelki zaś ruch, jaki udało się wywoływać, rozchwiewał się zupełnie w szaleństwie politycznym starszych, a biznesowym młodszych. A potem już i starszych, i młodszych na zmianę, wszędzie.
Dopiero po latach zrozumiałem. W okolicznościach nader sprzyjających myśleniu. Oto z kolegą z uczelni, Pawłem H., siedzieliśmy na wódce w jednym z bydgoskich klubów. Snuliśmy tam przeplataną na zmianę kuflami i pięćdziesiątkami refleksję (a z Pawłem, co ważne, w jednym jesteśmy wieku) nad sobą. I tak krok w krok ukuliśmy opowieść o samych sobie, streszczającą się w dwu słowach: świadomi gówniarze: zdążyli wszystko zobaczyć, większość zrozumieć, tylko los rzucił ich w taki czas, że miejsca w starych autobusach modernizacji przedokrągłostołowej były już zajęte, a jak się, reflektując nad problemem, okazało, że są już nowe autobusy, to miejsca w nich były też już zajęte. I tak świadomi gówniarze patrzą na zmieniający się świat, próbują znaleźć swoje miejsce i po raz kolejny okazuje się, że są bytami transgresywnymi, które nie mają miejsca, zawsze żyją w upływie wszystkiego i wiecznym rozedrganiu, powodującym nieustanne rozsypywanie się układanki o sobie samym. Każda nowa historia, w którą montują swój los, staje się wreszcie tylko podstawą dla innych historii, ze szczątków poprzedniej budowanych. Wiecznie na początku drogi, typowi gówniarze, widzą, że to już kolejna, inna droga; zupełnie są tego świadomi; i zrobić nic nie mogą. Nie mogą?
Gdyby zatem chcieć dać im jakąś metodologię (wszak muszą wszystko zrozumieć, zanim się z tym zgodzą) — są autodekonstruktywni. Są historią migotliwych znaczeń. Niby brzmiących tak samo, ale mieniących się coraz nowymi sensami. Trzymają się swych tożsamości, choć co rusz innymi uchwytami. Są płynni. I raczej na kształt naczynia, w którym akurat się znajdują. Zasada ich tożsamości nie tkwi w nich samych. Są niezwykle nieodporni na otoczenie. Są typowymi przykładami kulturowych alergików. Reagują bardzo szybko i precyzyjnie. Ale gdy tylko dawka alergenu się zwiększa, następuje atak, i… rewolucja znów przeszła bokiem. Choć coraz bardziej świadomi, gdyż zrozumieli, że ich tożsamość zbudowana jest wokół rozumności społecznej, zmierzają w kierunku rewolucji, o jakiej dawno nie mówiono. Świadomi gówniarze odnaleźli drugą stronę lustra i nabyli zdolności kształtowania wyobrażeń. A te są siedliskiem rewolucji. Kto bowiem ćwiczy ciało w niemożności ruchu, tego rozum rozpoczyna taniec. A tańczący rozum równy jest bogom. Przechodzi na inny poziom świadomości czas, w którym siłę działania można było zdefiniować logiką Woody’ego Allena:
W 1921 r. grupa biologów, którzy spotkali się w Hongkongu w celu nabycia garniturów, odkryła fałszywego kleksa. Od dawna był on znakiem firmowym rozrywek Orientu. Wiele dynastii utrzymało się na tronie dzięki umiejętnemu wykorzystywaniu czegoś, co wyglądało jak rozbita butelka i brzydka plama z atramentu, a w rzeczywistości było blaszanym kleksem.
Pierwsze kleksy, jak odkryto, były prymitywne, miały średnicę około trzech metrów i nikogo nie mogły nabrać.
Wkrótce potem pewien szwajcarski fizyk odkrył koncepcję mniejszych rozmiarów. Wykazał on, że obiekt o danych rozmiarach może mieć owe rozmiary zredukowane drogą prostego „pomniejszania”. Wtedy dopiero fałszywy kleks pokazał, na co go stać.
Pokazywał, na co go stać, aż do roku 1934, kiedy to Franklin Delano Roosevelt postanowił przenieść go na siedzenie. Roosevelt sprytnie użył fałszywego kleksa, by zakończyć strajk w Pensylwanii. Szczegóły tej operacji są dość zabawne. Zakłopotani przywódcy robotników i przedstawiciele zarządów byli przekonani, że ktoś potrącił kałamarz i zniszczył atramentem czyjąś bezcenną sofę w stylu empire. Można sobie wyobrazić, z jaką ulgą powitali odkrycie, że to tylko żart. Trzy dni później stalownie podjęły pracę.1
Rewolucja w drodze…2
© 2009 Karol Zamojski
Pawłowi,
z zaproszeniem do kolejnych rozmów.
1 Woody Allen, Obrona szaleństwa, Poznań 2008, s.108.
2 …chcesz przystąpić do niej? Wystarczy, na razie, tyle: mng@pkw.art.pl. Spróbuj!
verte.art.pl > Myśl > Eseje > Świadomy gówniarz
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski