Tytułowe pojęcie funkcjonuje w moim idiolekcie, aby określać pewien stan psychiczny, który w prosty sposób znajduje swe odzwierciedlenie oraz przełożenie na życie społeczne. Mianowicie jest ono swoistą, ale nie do końca, parafrazą przysłowia: cicha woda brzegi rwie...
Powieściowego Wokulskiego poznajemy mianowicie jako statecznego kupca galanteryjnego, bogatego wdowca, uczciwego i oszczędnego przedsiębiorcę, pozytywistycznego filantropa, który na skutek swej fatalnej miłości do Izabeli Łęckiej traci, a nawet zaprzepaszcza wszystkie wymienione wyżej walory. Bowiem jako stateczny kupiec galanteryjny kupuje powóz i bywa na salonach, jako bogaty wdowiec odrzuca wszelkie możliwości ożenku w obrębie swojej sfery, jako pozytywistyczny filantrop wspiera między innymi ochronkę prowadzoną przez arystokratki i uczestniczy w kweście, by zwrócić na siebie uwagę ukochanej, etc., itp., itd.
Przy czym nachalnie narzuca się w tym miejscu i inne powieściowe odniesienie. Zdaje się bowiem, że jednak Stanisław Wokulski jest zupełną odwrotnością charakterologiczną Nikodema Dyzmy, ten pierwszy wybrał bowiem drogę antykariery, a jedyną wartością ponadczasową pozostała w moim oraz – zdaje się Prusa – przekonaniu nauka języków obcych. Gdyby bowiem Wokulski znał język angielski, mógłby już w początkowej fazie fatalnego zauroczenia rozpoznać cechy swoiste swej wybranki, to znaczy pustkę emocjonalną oraz intelektualną. Tym niemniej na przykład Nikodem Dyzma bez znajomości języków radzi sobie świetnie, podkreślając jednocześnie przy bezmiarze swej ignorancji niepodważalne znaczenie języka polskiego… Jakie to współczesne!
Wracając jednak do głównego przedmiotu moich rozważań, a porzucając dygresję lingwistyczną, pragnę podkreślić, iż sam syndrom Wokulskiego można zdefiniować jako stan nagromadzenia pewnych niespełnionych pragnień, które znajdują nagle niespodziewane i zgubne ujście. A sama ich eksplozja, czyli chęć zaspokojenia, jest tak wielka, iż wyklucza możliwość trzeźwej analizy sytuacji, posługiwania się rozsądkiem, mierzenia sił na zamiary, etc., itp., itd.
Można powiedzieć też w tym kontekście, iż Wokulski jawi się ponowocześnie... Dawne wartości przemijają, a racje ustępują nowym... Jedni albo byli już w cichości serca przez wzgląd na swe osobiste doświadczenia elastyczni (prezesowa), albo nimi dopiero się stają (książę), natomiast inni pozostaną nieugięci (Rzecki).
W tym całym galimatiasie należy zupełnie poważnie rozważyć możliwości społecznej zmiany dotyczącej czy to jednostki, czy ogółu. Unikając syndromu Wokulskiego, czyli działania pod hasłem: ze względu na moje niekwestionowane zalety, które są społecznie rozpoznane jako użyteczne (uczciwość, dobre intencje), oraz niemożliwość zrealizowania politycznych pragnień, do tej pory mam prawo działać bez programu, bez rozpoznania i analizy sytuacji społecznej, bez stworzenia języka politycznego opisu, który będzie czytelny nie tylko dla garstki współwyznawców, ale dla szerokiego grona odbiorców, którzy mogą w dalszej perspektywie okazać się pomocnikami, ale muszą znać cel i określać go jako możliwy oraz potrzebny do osiągnięcia.
Polecam zatem rozwagę, a nie cynizm.
© 2009 Małgorzata Zamojska
1 Za „młodą lewicę” uważam środowisko Zielonych, Krytyki Politycznej, Młodych Socjalistów, Federacji Zielonych i okołozielonych organizacji pozasamorządowych.
verte.art.pl > Myśl > Eseje > Syndrom Wokulskiego, czyli czego tzw. „młoda lewica” winna się strzec
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski