> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№57 marzec 2009

Wandschmertz Anna Wakulik

1.

Die Flucht (pl die Fluchten) – ucieczka
Słownik niemiecko-polski Oxford

9 listopada 1989. Rozpoczyna się demontaż muru berlińskiego. Znikają mechaniczne „potykacze”, czujniki, systemy automatycznego ostrzału; przestają być potrzebne zasieki z drutu kolczastego, zasieki ulepszone, mur betonowy, mur czwartej generacji. Zamyka się lista ofiar muru, począwszy od Rudolfa Urbana, który zmarł wypadając z okna przy Bernauer Straße, a skończywszy na Winfriedzie Freudenbergu, który zginął w wyniku katastrofy balonu własnej roboty. Spadł wraz z nim w dzielnicy Zehlendorf, już po zachodnioberlińskiej stronie.

W Polsce przez ostatnie lata głównymi elementami codzienności były: kalkomania, kapiszony, kostka Rubika, krepina, pytka (wisiorek do kluczy wykonany własnoręcznie z drenów od kroplówek), atramentki, czeszki, juniorki, odry, rumuny, chińska gumka. Często także ćwiczki dziecięce z obcinków czy zwis męski ozdobny. Z „paczek” ludzie przedsiębiorczy lub posiadający rodzinę za granicą dostawali takie rarytasy, jak Nutella, czekolada (nie wyrób czekoladopodobny!), soczki dla dzieci, podpaski w kolorowych opakowaniach. Joanna Helander zrobiła zdjęcie „Handel”, przedstawiające pusty sklep, a Anna Musiałówna sfotografowała kolejkę po tekstylia. Dziś, na pamiątkę tamtych czasów, można sobie sprezentować kalendarz z propagandowymi plakatami PRL-u.

Tego dnia czuć podobno jakąś świąteczność.
Bogdan ma 30 lat.
Monika roczek.
Johanna jest sześciolatką.

2.

Miasteczko Kargowa jest oddalone o 40 kilometrów od Zielonej Góry. Ma 3600 mieszkańców, szkołę podstawową, restaurację (odnowioną, na każdej ścianie jest powieszony obraz przedstawiający kwiat innego gatunku), urząd miejski z zadbanym ogrodem, bibliotekę. Raz do roku odbywa się tu ogólnopolski konkurs literacki. Dokoła jeziora i lasy. Na ścianach niektórych domów, zza odłażącej farby, można zauważyć niemieckie napisy – „szewc”, „samochód”.

Bogdan: Jak się tam chce zarobić, to nie ma jak. Ja jestem kierowcą, woziłem różne rzeczy
z Zielonej Góry do mniejszych miejscowości, głównie branża spożywcza. Jak żeśmy weszli do Unii, to się trochę woziło ludzi do Holandii do pracy, trochę tu, do Berlina, na weekend ich zabierało z powrotem do rodziny i potem znowu. Ale jak zobaczyłem, że oni tu jakieś domy pobudowali, że żony chodzą po jakichś ogrodach, w złotych pantoflach, to mi się trochę zaczęło w żołądku przewracać, no nie? Myślę: a co to oni jacyś lepsi? Jeden kumpel został w Berlinie, wszystko legalnie, najpierw trochę budowlanka, a teraz wrócił do jeżdżenia. Powiedziałem żonie dwa lata temu: jedziemy. Zgodziła się, ona bezrobotna, to nie miała nic do stracenia.

Dzieci (Marta, 17 lat i Mateusz, 19 lat) zostały z dziadkami – głównie po to, żeby się nimi opiekować.   

3.

Neukölln to berlińska dzielnica na południe od Kreuzberga. To już nie żyjąca całą dobę mekka awangardowych artystów, lecz azyl 160 mniejszości etnicznych, które znalazły tu tanie mieszkania dobrze połączone z centrum. Na ulicach kwitnie handel egzotycznymi specjałami: jest bałkański burek, turecki kebab, indyjska potrawa z ananasem. „Berliner Zeitung” opublikował ostatnio „Mapę zła Neuköllnu” – serduszkiem zaznaczono miejsca, gdzie znajdują się burdele, strzykawką kryjówki handlarzy narkotyków, a pięścią ulice, które upodobały sobie młodzieżowe gangi. Na pomarańczowo zakreskowano miejsca, gdzie lepiej nie udawać się po zmroku.

Bogdan mieszka niedaleko ratusza. Na jego ulicy nie ma pomarańczowych kresek. W trzypokojowym wynajmowanym mieszkaniu na drugim piętrze kamienicy ma przymocowany do ściany gobelin z sarną i duży obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. I zdjęcia dzieci. Nie widać niemieckiego słownika, niemieckich gazet, we włączonym telewizorze miga znaczek TV Polonia. Bogdan po niemiecku umie tylko kilka zdań, tych najbardziej potrzebnych, żona właściwie nie zna żadnego. Zakupy robi w niedalekim Aldim albo Lidlu. Patrzy na wyświetloną cenę i na końcu transakcji mówi „danke”.

Bogdan na początku nie mógł się przyzwyczaić do chust na głowach tutejszych kobiet. Według Bogdana to nie jest dobre, bo zupełnie niepotrzebne i tylko zwraca uwagę. Uważa też, że trochę za dużo jest tu ciemnoskórych ludzi, a za mało Niemców: idzie się ulicą i słyszy tylko jakieś hebrajskie modlitwy i widzi poplątane literki na szyldach, z których nic nie można zrozumieć. Ale autochtoni, z którymi ma styczność w pracy (najczęściej kładzie podłogi w bogatszych domach, robi też inne prace wykończeniowe), też działają mu na nerwy. Są ponurzy i nudni. Pracują i właściwie nigdy się nie bawią. Mają tyle pieniędzy, że mogliby mieć najpiękniejsze meble i dywany, a najczęściej wybierają Ikeę. Żywią się niezdrowo, samymi tłustymi, ciężkostrawnymi potrawami, wurstami, a przecież są bogatym narodem i powinni wiedzieć, że to szkodzi. I jeszcze utrudniają żonie otrzymanie zasiłku, bo nie szuka pracy, nie chce się uczyć języka, chociaż za kurs dla obywateli Unii Europejskiej pobierane są symboliczne opłaty.

Podoba mu się, że w większości dzielnic jest czysto. Teraz, jak widzi na ulicy papierek, to go podnosi, bo brzydko to wygląda.

Ale w Polsce bym tego nie zrobił, tam był, jest i zawsze będzie syf, nie ma co – mówi.

4.

W 1990 roku zespół Big Cyc nagrał płytę „Z partyjnymi pozdrowieniami”. Znajduje się na niej piosenka „Berlin Zachodni”. Brzmi tak:
Jakaś karafka, stary zegarek
Trzeba zarobić te parę marek
Renta, stypendium, wyżyć się nie da
Tu kupisz tam sprzedasz nie weźmie cię bieda

Berlin Zachodni, Berlin Zachodni
Tu stoi Polak co drugi chodnik
Za każdym rogiem czai się Turek
Sprzedasz mu wszystko, tylko nie skórę

Pilsnera wypić trzema łykami
Opylić fajki, kupić salami
Gdy Polizei to dawać chodu
Wrócisz do kraju będziesz do przodu
A w jeden dzień zarobisz tyle
Co górnik w miesiąc w trudzie i pyle (…)

Nasza bieda nas rozgrzesza
Polski handel, trzecia rzesza
Jedzie pociąg, koła stukocą
Parowóz gwiżdże, baby się pocą
Przemytnicy i celnicy
Czyli orgazm na granicy

Berlin Zachodni, Berlin Zachodni (…)

5.

Miasto Moniki to Gdańsk. Ponure, północne, nudne, bez powietrza – określa je bez zastanowienia. Jest wysoka i postawna, ma długie czarne włosy, płaszcz w kratkę, wygląda trochę jak początkująca prawniczka. Ale studiuje polonistykę. Nie w Gdańsku, tylko w Warszawie, bo tam jest więcej możliwości. A teraz wzięła urlop dziekański i przyjechała do Berlina pracować jako wolontariusz w centrum kultury na Kreuzbergu. Bo ją ta Polska wkurwiała.

W Gdańsku całe życie chodziłam do szkoły. Mogłabym tak napisać w CV: urodziłam się i codziennie szłam do szkoły. Tam jest jeden teatr i jedno Nadbałtyckie Centrum Kultury. Jak trochę w to wejdziesz, to po roku wszystkich znasz i widzisz, że tam jest coś takiego, że nic się nie da zrobić. Nie ma chęci, nie ma pomysłów, nie ma energii. W Warszawie jest już jakiś kocioł, dużo więcej się dzieje, ale to nie to, nie w tą stronę, że handel, biznes, yuppie, mieszkanie na Mokotowie za trzy miliony i mnie się udało, cześć i pa. To jest strasznie nieczułe miasto. Każdy chce się bardzo realizować, tylko najczęściej to „się” to jest jakaś potworna pustka i zostaje się z niczym. Przyjechałam tu, bo zakochałam się w Berlinie jakieś pół roku temu i dalej mnie trzyma. Można tu iść ulicą w spodniach od piżamy, różowym boa i kapeluszu z rondem i wątpię, żebym to był dla kogokolwiek asumpt, żeby się za tobą jakoś specjalnie na tej ulicy obejrzeć. A jak w Sopocie szłam kiedyś w czerwonych rajstopach do czarnej spódnicy, to nie wiedziałam, czy mnie za chwilę czasem nie oskalpują jako przedstawicielki domu rozpusty. Jak tu byłam pierwszy raz, to cieszyło mnie wszystko. Wszyscy się do mnie uśmiechali, dziękowali mi. Nikt na mnie nie krzyczał. Wszyscy chłopcy byli śliczni. Trawa była zieleńsza, a biedronki miały więcej kropek. Chodniki proste, rower zostawia się w piwnicy bez wiązania go łańcuchem.

To pewnie dziedzictwo tych wszystkich tęsknot rodziców i dziadków za pełnym wszystkiego Zachodem, ale mi naprawdę tak w środku było. To był dla mnie rodzaj szoku, że wszystko może być takie miłe i fajne jak zadbane mieszkanie – pamiętam, że jak wracając do domu przekroczyłam granicę i wysiadłam w Kostrzynie, zobaczyłam ten dworzec, ten kibel, potrąciła mnie baba z siatą tańszego, niemieckiego wina i powiedziała: „jak mi pani zbiła, to zabiję”, a na ścianie dworca w Nakle nad Notecią był napis „Mordercy witają” – to włączałam wszystkie hamulce w oczach, żeby mi nie leciały łzy, a one i tak leciały.

Monika w ciągu pierwszych dwóch tygodni pobytu w Berlinie poznała Portugalkę, Norwega z korzeniami greckimi, Włoszkę, Turka, Rumuna, chłopaka z Chicago, Węgierkę, Libańczyka, Albańczyka, gejowską parę polsko-niemiecką. I dużo Niemców. Mieszkanie ma wynajęte na spółkę z Hiszpanką, Włochem i Izraelczykiem. W jeszcze właściwie pustym pokoju (znajomi przywiozą jej dwie walizy dopiero w połowie listopada) nuci: ty to masz szczęście, że w tym momencie żyć ci przyszło w kraju nad Wisłą, ty to masz szczęście…
I dodaje: jak Błaszczyk to śpiewała, to wyszło wzruszająco i górnolotnie, ale wsłuchaj się w to dobrze. Ja tu nic nie widzę poza głęboką ironią.

6.

Tytuły artykułów o Niemczech w polskiej prasie:
Niemcy wszędzie
Niemcy się kurczą
 „Niemcy traktują nas chłodno
Czemu winni są Niemcy
 „Niemcy mogą nas zlekceważyć
 „Niemieckie świnie uciekły z transportu
Co ta Niemka wyprawia?!
Ratujcie nas przed Niemcami!
Chcą nas oszwabić

Tytuły artykułów o Polsce w niemieckiej prasie:
„Polska i Ukraina biorą gości”
„Jak idzie Polsce”
„Polska: plany kastracyjne. Europa wyciąga pomocną dłoń”
„Kanclerz dyskutuje o dobru Polski”
„Polska denerwuje Europę”
„Czy taka Polska urośnie?”
„Polska krajem ciągoty do wódki”
„Polska bez piwa, ale ze świetnymi fanami”
„Polska dostanie 67 mld euro do 2013 roku. To dużo”

7.

Johanna pochodzi z Bawarii. Ma 25 lat, jeszcze przez dwa będzie studiować polonistykę i judaistykę. Mieszkała przez kilka lat w Poczdamie (tam się uczy), ale przeprowadziła się na Kreuzberg, bo znalazła tu ciekawe mieszkanie. Przez semestr studiowała w Polsce, była też na wolontariacie w obozie w Majdanku i kilka razy przyjechała na wakacje. W Polsce podoba jej się wszystko, bo jest takie inne. Lubi buraki, bo w Niemczech nie może ich nigdzie znaleźć, „ż”, „ć” i „ź”, bo to zupełnie niesamowite, lumpeksy na Pradze i świetnych ludzi, których tu poznała.

Jak tu przyjechałam studiować na semestr, to spełnił się mój marzeń. To jest taki fajny, że możemy się spotykać! Ja zawsze interesowałam się historią, a szczególnie historią Żydów i Polaków. My jesteśmy tak blisko, że to aż dziwny, że nie mówimy jednym językiem. Tylko wy czasem robicie stereotypy, ciągle mówicie: „wojna, wojna, wojna”. Gdzie ta wojna? Ja jej na Erasmusie nie widzę. Ale to się chyba zmienia, ta mentalitność. Ja myślę, że już moje koleżanki nie mają taki kompleksu, że my jesteśmy wrogiem. Coś tam jest takiego myślenia, że w Niemczech jest Zachód, a tu jeszcze Wschód. A ja jestem optymistką i uważam, że niedługo tego będzie nie ma. (Pauza). Czy ja czegoś źle nie powiedziałam?

Lubię wasze ciasteczki Delicje, serię „M jak miłość”, bo nauczyłam się tam polskiego, bar-sz-cz, i ten słów – nie wiem czy mogę to powiedzieć? – „bzykać”. Bzzz bzz robi Biene Maia! Bzykać! To genialny!    

8.

Trzeci października, święto zjednoczenia Niemiec. Miasto wydaje się dzisiaj trochę bardziej puste, bo wszyscy są na wielkim festynie przy Bramie Brandenburskiej. Można tu zjeść na przykład currywurst (za 2 euro), albo napić się caipirinii (za 3,5 euro). Bogdan wybrał truskawki w ciemnej czekoladzie (3 euro), żonie kupił banana w jasnej (2 euro). Monika wolała grzane wino (2,5 euro). Johanna w ogóle nie przyszła – przyjechała do niej tylko na chwilę koleżanka z Polski. Były razem w muzeum Checkpoint Charlie. Czekolada
w opakowaniu z napisem „Uwaga! opuszczasz strefę amerykańską” kosztowała tam 4 euro, duży kawałek muru berlińskiego umieszczony w plastikowej kuli – 22 euro, mały kawałek zatopiony w zielonym plastikowym kółku, które można nosić jako wisiorek – 15 euro.

© 2009 Anna Wakulik

verte.art.pl > Myśl > Reportaże > Wandschmertz

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administrator Maciej Twardowski