Niedocenieni artyści. Jest ich mnóstwo. Nieodkryci Nikiforzy. Muzycy, którzy nie potrafili się wypromować, wszyscy piąci Beatlesi. Aktorzy grający w prowincjonalnych teatrach z zapadłych dziur (sami w sobie stanowią świetny temat — zobacz: „Gąska” Nikolaja Kolady). Wreszcie rzesza aktorów życia codziennego, tych, którzy wedle wskazówek Oscara Wilde’a, kreują swój żywot na kształt dzieła sztuki. Mają swoich odbiorców, wyznawców, przyjaciół. Nigdy jednak nie zabłysną w blasku fleszy. Szkoda, że Andy Warhol nie żyje, bo zapewne wielu z nich by przygarnął. Wyżuł i wypluł, ale to nie szkodzi. Bo kogo dziś jeszcze kręci etos sławy po śmierci? Męczyć się jak Norwid czy Van Gogh? Bez sensu.
Truman Capote napisał kiedyś, że kobiety są jak muchy — sadowią się zawsze na cukrze albo na gównie. U facetów jest inaczej? Gówno zawsze na wierzch wypłynie. Mnie bawią niektóre te gówienka i wierzę, że higiena kultury każe je w pewnej mierze hołubić. Wyobraźmy sobie tylko, jaka nuda zapanowałaby, gdyby wszyscy słuchali Mahlera i Cage’a, oglądali Bergmana i Lupę, czytali tylko Joyce’a i Musila… Ratunku!!! Sam wtedy, mimo wieloletniego uczucia do Viscontiego i nieprzemijającej miłości do Szekspira, oddałbym trzy obrazy Bacona (których jeszcze nie posiadam) za godzinę spędzoną na Pudelku. Bez wątpienia zły pieniądz wypiera dobry, ale tylko w ten sposób możliwe jest jakiekolwiek wartościowanie.
Nawet jeśli społeczeństwo w swojej masie nastawione jest głównie na konsumpcję, to przecież każdy też coś tam tworzy — obiad, kolację, kolekcję ubrań, menażerię porcelanowych słoni, związki. Co najmniej od Duchampa wszyscy jesteśmy artystami. Ale są tacy, którzy wykuwają swoje życie na kształt dzieła sztuki z większym pietyzmem i bardziej świadomie. To wszelkiego rodzaju narcyzi, esteci, drag queens, co niektórzy barmani, aspiranci, lokalni trendseterzy i błaźni. Ci wszyscy, którzy ubarwiają nasze życie, operując na żywym organizmie ludzkiego czasu. To najwyższa forma sztuki — potrafić scalić ją z życiem. Ważna jest tu świadomość swojej mocy oddziaływania.
Kuba Wojewódzki zaprosił ostatnio do swojego programu w TVN Janinę Parandowską i oboje zastanawiali się, co ona właściwie tam robi… By sprawdzić jej „medialność”, poddał Parandowską testowi na znajomość polskich celebrytów: wiedziała, kim jest Doda (trudno nie wiedzieć), oblała przy Gosi Andrzejewicz (piosenkarka) i Ewie Sonnet (znana z potężnego cyca). Swoją drogą, ciekawe, ile z widzów Wojewódzkiego wiedziało, kim jest ta skądinąd znakomita dziennikarka. Zapewne większość kojarzyła jej parodię z programu Szymona Majewskiego, mało kto zaś czytał jej przenikliwe analizy polityczne w tygodniku „Polityka”.
TVN jest bowiem systemem zamkniętym. Do show Wojewódzkiego czy Majewskiego zaprasza się głównie gwiazdki seriali produkowanych przez tę stację, lub rozmaite postacie tańczące tam z gwiazdami. Tak nakręca się popularność tych, którzy związani są ze stacją kontraktem (po co fundować komuś sławę bezinteresownie, a w najgorszym wypadku komuś, kto przynosi zysk konkurencji?). Czytałem nie tak dawno (bodajże w „Wyborczej”) wywiad z Edwardem Miszczakiem, dyrektorem programowym tej stacji, który opowiadał, jak wiele inwestuje w niektóre z tych gwiazdek, po czym wymaga lojalności. Podobno łatwiej ją zdobyć stosując metodę „od zera do bohatera”, niż kupować ludzi, którzy już coś sobą reprezentują.
Nie da się jednak zbudować dobrej marki promując same miernoty. Wojewódzki i Majewski, którzy biorą w tym czynny udział, sami są przecież bardzo kompetentni, obecni w świecie dziennikarstwa i show-biznesu od lat (nie tylko jako bywalcy koktajli, ale twórcy długiej listy przedsięwzięć) i trudno zarzucić im chodzenie na skróty. Jeżeli w imię interesu stacji muszą porozmawiać z Frytką czy Pudzianem — i to zrobią świetnie. Oczywiście nie trzeba tego oglądać, ale trudno się też gorszyć, że to nie Maja Komorowska i Tadeusz Konwicki. Zresztą kto by wtedy siedział przed telewizorem? Ile promili oglądalności ma dziś TVP Kultura?
Mój telewizor nie odbiera Kultury, szkoda. W dobie panowania estetyki TVN (telewizja publiczna na własne życzenie oddala jej pierwszeństwo, pozbywając się co zdolniejszych dziennikarzy) musimy liczyć się z zalewem upudrowanych beztalenci, przebierających raciczkami na lodzie, i nieudanych seriali (kto widział „39 i pół”?). Tak czy inaczej, w tym środowisku Majewski i Wojewódzki, w swoim gatunku, próbują jednak promować rzeczy dobre, nie mają też oporów przed obśmianiem co większej żenady, no i mawia się, że mieli swój udział w kastracji ponurego eksperymentu dodania liczebnika IV do RP. A tych, którzy, tak jak ja, zawsze jednak zastanowią się dwa razy, zanim nacisną „ON” na pilocie, pocieszę, że telewizja włoska jest jeszcze gorsza i przyznają to nawet Hiszpanie, którzy też nie mają się czym chwalić. Ale pean na cześć BBC napiszę innym razem.
© 2007 Adam Kruk
verte.art.pl > Myśl > Felietony > Wszyscy jesteśmy artystami
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski