Człowiek, stojąc między dwiema potrawami jednakowo oddalonymi i w jednakowy sposób poruszającymi, umarłby wpierw z głodu, niżby posiadając bezwzględną wolność, jedną z nich wziął do ust.
Dante, „Boska komedia”, księga „Raj”
W „Prawach” Platona czytamy: rozważmy każdego z nas, byty żyjące, jako marionetki stworzone przez bogów: tak jakby ich stworzenie było zabawą, lub tak jakby było to dla nich czymś poważnym; ponieważ na ten temat nie wiemy absolutnie nic. Ale wiemy doskonale, że stany, o których mówiłem (wola), są w nas jak sznurki lub nitki wewnętrzne, które nas ciągną... U Freuda nie ma już bogów, ale główna siła życiowa jest neutralnym id i dla świadomości ludzkiej pozostaje ciągle niedostępna, został tylko jeden sznurek, który symbolizuje pępowinę, jak również związek człowieka z realnością. Wola bogów jest nieznana i nieskończona, dlatego niemożliwością jest opisać wszystkie jej konsekwencje dla człowieka. Dlatego również zwrócę uwagę tylko na dwa śmieszne przypadki tej boskiej zabawy:
Bóg zamyślił się albo dłubie w nosie i nie ciągnie za żaden ze sznurków.
Bóg się człowiekiem bawi i ciągnie, z tą samą siłą, za dwa sznurki, zmuszające człowieka do dwóch akcji, które nawzajem się neutralizują.
Bóg złośliwie ciągnie za sznurki powodujące akcje człowieka nieprzynoszące temu ostatniemu najmniejszej korzyści. Ten boski dowcip – np. pasja, która, jak wskazuje etymologia tego słowa, jest dziwnym zjawiskiem pożądania czegoś, co podmiotowi przynosi wyłącznie cierpienie – jest doskonale opisany w większości powieści Balzaka i my zadowolimy się tylko propozycją ich uważnej lektury.Gdy bóg nie ciągnie za żaden ze sznurków, po prostu się nudzimy. A dokładniej, bez pociągnięcia przez boga za sznureczek, lub gdy świat nie proponuje nam żadnej akcji, pozostawieni samym sobie cierpimy. Nie ma dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku, bez namiętności, bez spraw, bez rozrywek, zatrudnieni. Ale bóg nas kocha i dlatego proponuje nam rozrywkę, kiedy pocierpimy, decyduje się w końcu pociągnąć za któryś ze sznurków. Kiedym się jął czasami rozważać krzątanie się ludzi, niebezpieczeństwa i mozoły, na jakie narażają się na dworze, na wojnie, skąd pochodzi tyle zwad, namiętności, zuchwałych, a często niegodziwych przedsięwzięć itd., odkryłem, iż całe nieszczęście ludzi pochodzi z jednej rzeczy, to jest, że nie umieją pozostać w spokoju i w izbie. (...) Ale kiedy wmyślałem się głębiej i znalazłszy przyczyny wszystkich naszych niedoli chciałem z kolei odkryć racje tej przyczyny, pojąłem, że istnieje bardzo oczywista, zasadzająca się na przyrodzonym nieszczęściu naszej słabej i śmiertelnej doli, tak nędznej, iż nic nie zdoła nas pocieszyć, kiedy się nad nią zastanawiamy (Pascal, „Myśli”).Na zakończenie podamy przypadek wyjątkowy kogoś, kto zastanawia się i nie cierpi z tego powodu: geniusz.
Gdy bóg się człowiekiem bawi i ciągnie, z tą samą siłą, za dwa sznurki zmuszające człowieka do dwóch akcji, które nawzajem się neutralizują, umieramy. Tej boski dowcip znany jest od tysiącleci; pierwszym, który na to zwrócił uwagę, był Arystoteles: człowiek bardzo spragniony i głodny, gdy jednakowo jest oddalony od potraw i napojów, musi umrzeć. Później, gdy aby móc karać człowieka, wmówiono mu, że jest wolny. Scholastyk Buridan (ok. 1300-1358) w zdaniu Arystotelesa człowieka zastąpił osłem; u Dantego, a po nim u wielu innych, gdy bóg ciągnie za sznurki zmuszające „ożywiony byt” do dwóch nawzajem neutralizujących się akcji, umiera znowu człowiek. Na podstawie dokumentów możemy wywnioskować, że bóg umila sobie tą zabawą czas od tysiącleci, aby się przekonać, że bawi w to się wszędzie, zainteresujemy się śmiercią młodej Brazylijki…
J.M. Machado de Assis, jąkający się Mulat (1839-1908), należy do najwybitniejszych twórców Ameryki Łacińskiej języka portugalskiego; człowiek o wszechstronnej, wyjątkowej jak na czasy i kontynent, kulturze; jako chłopiec szybko nauczył się francuskiego i jego młodzieńcze przekłady Lamartine’a, Dumasa do dziś służą za przykład. Na nasze szczęście był utalentowanym pisarzem i możemy się delektować tak rzadkimi osiągnięciami jak „Memorias Postumas de Braz Cubas” (1881), „Don Casmurro” (1899), czy „Esau e Jaco” (1904). Oczywiście, jak wiadomo, sama kultura nigdy nie pomogła nikomu napisać czegoś wartościowego, ale – fenomen, którego nie umiem wytłumaczyć – często, właściwie użyta, się przydaje: jako przykład możemy wymienić Szekspira, u którego jest bardzo dużo m.in. Plautusa (pierwsze z brzegu: jesteśmy dla bogów tym, czym muchy są dla okrutnych dzieci, zabijają nas dla zabawy („Król Lear”). Czy to ujmuje coś Szekspirowi? Nic. Czytając powieść „Esau e Jaco”, od czasu do czasu myślimy o cytowanym powyżej zdaniu Arystotelesa, a książeczka zaczyna się od narodzin dwóch braci bliźniaków, którzy, podobnie jak w Biblii, bili się już w brzuchu matki. Podobieństwo fizyczne młodych chłopców nie przeszkadzało im w wyborze skrajnie odmiennych opcji politycznych: Paulo był wielbicielem Robespierre’a, a Pedro czcił wielkim szacunkiem Ludwika XIV, co z kolei nie miało wpływu na wybór przez każdego z nich ukochanej kobiety. Obaj kochali tą samą Florę, ale ta ostatnia nie mogła wybrać: jak była z Pedro, żałowała, że nie jest z Paulo, będąc z Paulo tęskniła za Pedro. Biedną Florę złośliwy bóg zawsze pociągał za sznurek, który, zamiast skłaniać ją do akcji, utwierdzał w miejscu. Konsekwencje tej boskiej zabawy są znane, dziewczyna wariuje i umiera, ale główna zainteresowana jeszcze o tym nie wie, natomiast czytelnik (psychoanalityk) zaczyna się domyślać, gdy czyta opis snu Flory (psychoanalityk zaczyna się domyślać, gdy pacjentka opowiada mu jeden ze swoich koszmarnych snów, którego nie może odczytać): Paulo, mój drogi Paulo! Wnika swoim spojrzeniem w jego oczy i znajduje się w duszy chłopca. To, co tam ujrzała, było tak nowe i promienne, że jej nieszczęsna siatkówka nie może tego dojrzeć. Iskrzące się idee jakby wychodziły z rozniecanego ogniska, uczucia biły się ze sobą w pojedynku, wspomnienia powracały z lekkim żalem, a przede wszystkim z ambicjami, kilka ambicji z ogromnymi skrzydłami, którymi wystarczyłoby pomachać, aby powiał wiatr. (...) Flora odwróciła spojrzenie, Paulo pozostawał w tej samej pozycji, ale ukryty w cieniu przy drzwiach, sylwetka Pedro pojawiała się również piękna, trochę smutna. Flora poczuła się dotknięta tym smutkiem. Wydaje się, że gdyby kochała wyłącznie pierwszego, drugi mógłby płakać krwią, nie zyskując jej sympatii. Ponieważ miłość, według starożytnych i nowoczesnych nimf, jest bezlitosna. Gdy jest litość dla innego – mówią – to znaczy, że prawdziwa miłość jeszcze się nie narodziła, itd. (Cytuję sen Flory, a nie przykłady jej neurotycznego zachowania się w życiu świadomym, ponieważ pasuje mi to do tematu).My wiemy, że Flora zwariuje i wkrótce umrze, spostrzegamy również, że po drodze spotkaliśmy nowy problem: wspomniany przeze mnie psychoanalityk (psychiatra) też jest człowiekiem, więc jego również bogowie ciągną za sznurki. Dlatego w powieści „O alienista” tego samego autora, psychiatra nazywa się Bacamarte („nieużyteczny”, co przypomina nam o genialnym Freudzie, pierwszym, który miał dużo zastrzeżeń, co do zaproponowanego przez siebie tzw. dyspozytywu terapeutycznego. Możemy również , dla zabawy, wyobrazić sobie człowieka, którego bogowie animują, aby zrealizował w realności sensylibijnej doskonałość świata Idei).
Z kronik miasteczka Itaguai dowiadujemy się, że dawno temu żył tam pewien wybitny i słynny lekarz, któremu sam król proponował kierownictwo uniwersytetu w Coimbra lub reprezentacje monarchii w Lizbonie, niestety, lekarz musiał odmówić tych zaszczytów. Nauka jest moim jedynym obowiązkiem – odpowiedział królowi – Itaguai moim universo. Kilka lat później poślubił młodą dziewczynę, Donę Evaristę de Costa e Mascarenhas, co wszystkich dziwiło, ponieważ nie była ona ani piękna, ani sympatyczna, więc Bacamarte, jak przystało na naukowca, tłumaczył: jej organizm jednoczy takie zalety jak doskonałe trawienie, spokojny sen, regularny puls i doskonały wzrok – jest idealną kobietą, aby zapewnić mu liczne potomstwo. Niestety, oczekiwane potomstwo się nie zjawiało i po licznych, drakońskich, nieudanych próbach leczenia żony Bacamarte wrócił do nauki na fool time. Zdrowie duszy jest najgodniejszą z trosk lekarza, zrozumiał szybko i zabrał się do studiów – dzień i noc – patologii mózgu. Nie pamiętam już, gdzie Freud pisał o pewnym szwajcarskim jeziorze: wszyscy wiemy, że istnieje, ponieważ uczyliśmy się o nim w szkole, ale gdy chcemy się przekonać, że istnieje realnie i uświadomić sobie, jakie jest naprawdę, nie mamy innego wyjścia, jak udać się nad to jezioro. I tu jest problem: dla Bacamarte to, o czym czytał w książkach, było takie, jakie powinno być, kiedy wychodził na ulicę, już u pierwszego przechodnia dostrzegał patologie. Zdrowie duszy jest najgodniejszą z trosk lekarza, więc – dzięki swojej sławie – szybko z rady miejskiej otrzymał kredyty i wybudował Casa Verde,w którym po kilku miesiącach trzymał – aby studiować i leczyć – pod kluczem połowę miasteczka. Trzy czwarte miasteczka. Radę miejską wstrząsnął jednak fakt, że alienista zamknął również swoją ukochaną żonę. Dlaczego to zrobił? Kilka dni temu zapytała mnie, który z naszyjników jej bardziej pasuje. Odpowiedziałem, że oba. Wczoraj po kolacji wydawała mi dziwna, więc zapytałem: co ci jest? Chciałam założyć naszyjnik z almadynami, ale ten z szafirami tak mi się podoba. Więc go załóż. A co zrobię z tym z almadynami? (...) Obudziłem się w środku nocy, nie znalazłem jej obok siebie. Wstaję, szukam i odnajduje ją w salonie, przed lustrem, przymierzała jeden po drugim. Stwierdziłem natychmiast demencję, odwiozłem ją do Casa Verde. Rada miejska uchwaliła, że należy wszystkich uwolnić, a doktor ma na nowo przemyśleć swoją teorię, co dla ludzi, którzy troszczą się o zdrowie duszy swoich bliźnich, nie przedstawia najmniejszych trudności. Na czym możemy oprzeć pewność, że niewinni maniacy i inni marzyciele, których zachowanie nie różni się niczym od ogólnie przyjętych norm społecznych, są naprawdę chorzy? Argumentując tą ważną kwestię przed radą miejską licznymi „niepodważalnymi” odkryciami naukowymi, alielista skłonił ją do uchwały: upoważnia się Dr. Bacamarte do przyjęcia w Casa Verde ludzi cieszący się doskonałą równowagą swoich władz umysłowych. I nagle, na podstawie bezstronnych badań, okazało się, że takich ludzi w miasteczku nie ma. Mózgi dobrze funkcjonujące są równie niezrównoważone jak inne, nie mogę – myślał – szczycić się, że im wpoiłem władze umysłowe lub nowe zmysły; te i tamte istnieją, co prawda utajone, ale istnieją. Doszedłszy do tego wniosku, słynny alienista odczuł jednocześnie dwie sensacje ze sobą sprzeczne, przyjemności i przygnębienia. Konstatacja, że długie i cierpliwe poszukiwania, uporczywa praca, tytaniczna walka z ludnością doprowadziły do oczyszczenia Itaguai z umysłowo chorych, sprawiła mu wielką przyjemność. Ale jak ta – dodająca mu otuchy – idea się pojawiła, równie szybko pojawiła się inna, neutralizująca – idea wątpienia – skutek pierwszej. Jak to? Nie naprawiono żadnego mózgu w Itaguai? (...) Simon Bacamarte odkrył, że jest doskonale zrównoważony moralnie i psychicznie, wydało mu się jasne, że posiada bystrość, cierpliwość, wytrwałość, nieustępliwość, autentyczność, siłę moralną, lojalność, te wszystkie cechy, które według nowej teorii charakteryzują demencję. Niewrażliwy na błagania swoich bliskich zamyka się w Casa Verde, aby poddać badaniom samego siebie.(...) Lokalne kroniki donoszą, że umarł po szesnastu miesiącach – w stanie nieróżniącym się niczym od tego, w którym znajdował się w dniu podjęcia decyzji badania własnego przypadku – nie odkrywając niczego.
Geniusz jest człowiekiem, którego bogowie ciągną za sznurki bardzo delikatnie. Jeszcze dokładniej, bogowie stworzyli człowieka, aby nim się bawić, ale warunkiem tej zabawy wiara człowieka w wolny wybór, więc ten ostatni musi trochę myśleć (inaczej by nie było z kogo się śmiać). Proporcja jest znana: 2/3 woli, 1/3 intelektu; dzięki niej akcje człowieka są realizacją woli boskiej, a intelekt pozwala mu na „znalezienie” motywów tych akcji (ja tak chciałem, ponieważ...). Nienasyceni tą zabawą bogowie nieraz odwracają tę proporcję: 1/3 woli, 2/3 intelektu, jak w przypadku geniusza, ale to niczego właściwie nie zmienia i zabawa trwa... Ponieważ relatywnie uwolnione od sznurka spojrzenie geniusza na świat jest obiektywne, ale jego słaba wola nie pozwala mu na skuteczną akcję. Od kiedy istnieje świat i bogowie bawią się ludźmi, nie istniał człowiek, który by posiadał obiektywne dane i wystarczająco silną wolę do zastosowania wyciągniętych z nich wniosków w życiu. Ale w przypadku geniusza nie tylko ofiara boskiej zabawy się wyzwala; geniusz bawi się światem, tak jak bogowie bawią się ludźmi, ani on, ani oni nigdy nie znaleźli ani nie znajdą milszego zajęcia. Bóg, bogowie, geniusz... Na ich tematy, niestety, nie posiadam bliższych informacji, ale jestem głęboko przekonany, że bogowie dość często wysyłają nas na bardzo krótkie wakacje... Do tej dziwnej krainy, w której tylko się śmiejemy, ponieważ nie ma w niej najmniejszego miejsca na jakikolwiek sens.© 2009 Jarosław Sujczyński
verte.art.pl > Myśl > Eseje > Zabawy bogów
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski