Jest powołaniem zarówno filozofów, jak i socjologów ugłośnianie milczeń, uwidacznianie tego, co niedostępne oku, unamacalnianie tego, co się dłoniom wymyka lub czego dłonie dotknąć nie chcą, lub czasu nie mają. Jest ich zadaniem, by nie pozwolić dusić w zarodku żadnej z możliwości, jakie niezbywalna wolność ludzka zawiera, by szanse ludzkie nie pojawiały się na świat martwo urodzone, by nie wygłaszali mów na ich pogrzebach ich oszczercy i bierni świadkowie ich zagłady — zbrojni po zęby nadzorcy i złotouści kapłani historycznej, społecznej, kulturalnej czy jakiejkolwiek innej konieczności.1 Zygmunt Bauman
Piękne to słowa, natchnione misją honorową w treści, a w formie zgoła poetyckie, bo obrosłe metaforą — co w środowiskach uniwersyteckich i akademickich raczej niemile jest widziane. Aż dziw więc bierze, że dopuszcza się myślicieli lekkiego pióra do głosu! Ale Bauman też zaczynał, jak każdy statystyczny naukowiec — pisząc, na początku swej kariery w latach 50., zawile i wielce skomplikowanie — bo tak właśnie zdobywa się uznanie. Wszak, aby zostać dziś prawdziwym, poważanym i adorowanym gryzipiórkiem — nie takim z krwi i kości, lecz, jak się zdaje, półżywym truchłem wspartym na scjentystycznym szkielecie zdania wielokrotnie złożonego — trzeba ci, mój współtowarzyszu niedoli, pisać wielostronicowe elaboraty, najlepiej ze słownikiem wyrazów trudnych i obcych na kolanach. Musisz przestać być człowiekiem, by potem móc człowiekiem stać się znowu — jak Bauman, który to w latach 90. zaczął pisać przystępnie, zgoła literacko, lekko i płynnie, acz nadal szykownie. Poszedł po prostu w esej — najdoskonalszą formę intersubiektywnie sprawdzalną i komunikowalną, w dodatku — moją ulubioną.
Jak twierdzi zatem ów Bauman, w cytacie przytoczonym na wstępie, który to cytat jest jednocześnie punktem wyjścia dla tych rozważań, filozofowie i socjologowie mają stanowić instancję, o ile nie główną, to i tak najważniejszą, sprawującą pieczę nad prawidłowym funkcjonowaniem społeczeństw ludzkich. Ich zadaniem i zarazem podstawową domeną ma być mówienie głośno wszystkiego tego, co pomyśli głowa na temat: jakie są potencjalne możliwości wyjścia ludzkości z wielkiego kryzysu. Nie chcę absolutnie, aby mój wywód przybrał formę pompatyczną, ale same słowa Baumana takież właśnie są. Tymczasem, ja się strasznie obawiam takiego — być może — przerostu formy nad treścią, takiego przeceniania własnej wartości. Może nie tyle własnej wartości, ale już na pewno swoich możliwości. Bo co tak naprawdę zdziała, w czym pomoże kolejne wydawnictwo z zakresu socjologii czy antropologii kultury2, czy jakiś kolejny, choćby najbłyskotliwszy esej, biednemu, szaremu człowiekowi, który nigdy go nie przeczyta, a jeśli nawet jakimś dziwnym zrządzeniem losu do niego dotrze, to i tak niewiele z tej — w jego mniemaniu oczywiście — czczej paplaniny zrozumie? I co z tego, że w dziedzinie humanistyki Polska miewa się wprost doskonale, jeśli jej klasy rządzące najpewniej w ogóle nie zdają sobie sprawy z faktu bytowania na tym naszym ziemskim łez padole kogoś takiego, jak Zygmunt Bauman? Przy takim stanie rzeczy, humaniści pozostają wciąż tylko grupą idealistów, pozbawionych jakichkolwiek możliwości praktycznych, a dla reszty społeczeństwa — w ogóle hermetyczną bandą jurodiwych, natchnionych szaleńców i błędnych rycerzy, snujących zgoła utopijne wizje sami dla siebie. Taka jest moja refleksja po rozważeniu Baumanowskiego, bądź co bądź szczytnego, twierdzenia.
Chciałabym jeszcze dodać, skoro jest ku temu okazja, jaka może się już nigdy więcej nie powtórzyć, że moim skromnym zdaniem socjologię czy też antropologię kultury — jako dziedzinę nauki — można by spokojnie odłożyć, zawiesić jej uprawianie na jakieś pięćdziesiąt lat, a przynajmniej dwadzieścia, ażeby później móc opisać gro wydarzeń, zajść i procesów, jakie się na przestrzeni tych lat dokonały. O tak! Wtedy byłoby czym się zajmować i to całkiem na poważnie — jak wtedy, kiedy np. głos miał A. L. Kroeber, który twierdził, że antropologia może być historią albo niczym. Bo te zjawiska w kulturze, jakie zaszłyby na przestrzeni rzeczonych pięćdziesięciu czy dwudziestu lat, można by na przykład opisać chronologicznie, przyczynowo-skutkowo, co miałoby jakieś podłoże nauk historycznych. A więc stałaby się w jakimś sensie antropologia kultury na powrót „kulturową historią”, a potem — być może — znowuż przeszłaby wszystkie kolejne szczeble rozwoju, ale przynajmniej przebadałaby w ten sposób wszystko na nowo, od podstaw i tym samym nie tkwilibyśmy w martwym punkcie. To à propos antropologii kultury.
Poza tym, jeśli zjawiska społeczne i — co za tym idzie — kulturowe (przy założeniu, że kultura jest pochodną społeczeństwa, a nie odwrotnie, czyli — jak konstatuje Bauman — że to jednak cechy społeczeństwa są przedkulturowe3) również mierzyć będziemy stopniem ich entropii (nieuporządkowania), której to entropii cechą immanentną jest przecież to, że może ona tylko wzrastać lub ewentualnie pozostawać niezmienną, lecz nigdy nie może zmaleć, to wtedy, za te, przyjmijmy już, dwadzieścia lat, skrupulatni i pedantyczni socjologowie kultury, ze swą skłonnością do porządkowania, mieliby niemało do roboty, ba, harowaliby jak woły w pocie czoła i z zakasanymi rękawami, bo w kulturze najpewniej niejedno się jeszcze pomiesza i zwyrodni. No i bardzo dobrze. A tak dziś, póki co, międli się wciąż i wciąż to samo w kółko, opisuje się bez końca te same teorie, tyle że innym słowami, czyni się zatem liczne parafrazy i inne peryfrazy; kolokwialnym słowem: albo rozmienia się dziś te teorie na drobne, albo niepotrzebnie robi z igły widły tak, że wychodzi karykatura. To à propos socjologii kultury.
Myślę też, że za dużo jest samych naukowców (sic!) — bo jeśli zadaniem dzisiejszej antropologii, czyli antropologii postmodernistycznej, jest opis samych tylko procesów, transformacji i zmienności4, to nieuniknionym jest, że wszelkie analizy, interpretacje i wnioski różnych osób będą do siebie nad wyraz podobne, jeśli nie, niemalże kropka w kropkę, bliźniacze! A mianowicie dlatego, że: a) ostatecznie ile w tak króciutkich odstępach czasu może dokonać się zmian w kulturze oraz ruchów, zawirowań i innych przełomów w ludzkiej mentalności (mówię o tych odstępach czasu między chęcią na płodzenie jednej teorii a drugiej przez autorytarne jednostki opiniotwórcze)? Doprawdy niewiele. A zatem wszyscy naukowcy przypuszczać będą atak na te same, bezbronne, ledwo narodzone zjawiska, ze swą chęcią do ich wszechstronnego zbadania. b) Sposób rozumowania wszystkich przedstawicieli gatunku Homo sapiens jest skorelowany z tą samą, schematyczną budową anatomiczną ich mózgów i sposobem ich, tych mózgów, bioelektrycznego działania, w dodatku — jeśli mówimy o kulturze, a tak właśnie jest — działania czy funkcjonowania w obrębie jednego systemu znaków, odniesień i symboli. A więc zgoła niemożliwym jest, aby ludzkie spostrzeżenia nie pokrywały się w jakimś stopniu ze sobą (ujednoliceniu ulega dyskurs naukowy5).
A dla mnie doskonałym źródłem wiedzy są na przykład — w dziedzinie szeroko pojętej antropologii kultury czy etnografii — książki Ryszarda Kapuścińskiego, który nie jest nachalny, nie narzuca nam swoich wydumanych teorii, bo w ogóle ich nie konstruuje. Jak na dawnego korespondenta zagranicznego przystało, ogranicza się Kapuściński do podawania pewnych faktów, tłumaczenia ich i cichego komentowania, lecz nigdy nie zdarzyło się chyba, by ferował ów reporter jakieś zdecydowane wyroki! A zatem naszą sprawą indywidualną jest, co z tą dostarczoną nam wiedzą zrobimy. W ten oto sposób rodzi się nasza własna refleksja, a więc jedyna refleksja, jaka jest w stanie wzbogacić naszą osobowość — przez to właśnie, że stajemy się twórczy, a nie ślepo zawierzający.
Jako aneks do pracy dodaję cytat z książki Tadeusza Konwickiego, naszego „tajnego socjologa”, a mojego jawnego idola. Słowa te (szczególnie ostatni akapit) dowodzą tego, że może jednak istotnie było coś na rzeczy w kontrowersyjnej, jak i tak poniższa, wypowiedzi Zygmunta Baumana.
Drodzy moi bracia, ssaki dwunożne, pół wieku bawię się w tajnego socjologa. Teraz już wiem na pewno, że w każdym społeczeństwie jest zaledwie pięć procent6 osobników normalnych, to znaczy z prawidłowo uzwojonym mózgiem i dostatecznie czułym ekranem wrażliwości. Ci ludzie są uczestnikami czynnymi na przykład życia kulturalnego. Oni chodzą do kina i coś z tej sali kinowej wynoszą poza echem rechotu, czytają książki i czasem o nich myślą, muszą raz na parę miesięcy zajść do teatru czy wpaść na wernisaż malarski. Oni wszyscy rozumieją, co do nich się mówi, zauważają często bliźnich, ale oprócz tego spostrzegają wokół siebie przyrodę, są sposobni do przeprowadzenia pewnych procesów intelektualnych, których wynikiem jest poczucie odpowiedzialności, przyzwoitości i obowiązkowości. Wszystkie te cechy składają się na to, co nazywamy człowieczeństwem.
Pozostałe dziewięćdziesiąt pięć procent to osobnicy uwikłani w żmudny proces ewolucji, proces pełen błędów, niedopatrzeń, usterek i nawet pewnego chaosu. Dlatego sympatyczny jaskiniowiec żyje obok konkwistadora z czasów Kolumba, a dżentelmen z epoki lodowcowej sąsiaduje z łowcą mamutów ery trochę późniejszej albo wcześniejszej.
Zatem owe wspomniane wyżej pięć procent obsługuje w sensie społecznym pozostałych. Oni budują cywilizację i przyśpieszają tak zwany rozwój duchowy. Wystarczy tych pięć procent, żeby budować samoloty, tworzyć teorie matematyczne, pisać książki i wymyślać nowe religie. Owe pięć procent organizuje rygory, które tę resztę, te ofiary głupkowatej ewolucji, w jakim takim ordynku prowadzą ku niewiadomemu przeznaczeniu.7
© 2006 Emilia Walczak
1 Z. Bauman, Ciało i przemoc w obliczu ponowoczesności, Toruń 1995.
2 Różnice między współczesną „antropologią” a „socjologią” kultury nadal nie zostały wyraźnie wyznaczone, wciąż stanowią kwestię sporną i budzą liczne kontrowersje, szczególnie, że dawna antropologia, badająca z początku wyłącznie społeczeństwa pierwotne, przeniosła swój punkt ciężkości w sferę społeczną całej McLuhanowskiej „globalnej wioski” czy Hannerzowskiej „globalnej ekumeny” — w wyniku homogenizacji i uniformizacji świata, a więc niebezpiecznie zbliżyła się ona do socjologii — por. m.in.:
3 Z. Bauman, Kultura i społeczeństwo: związki semantyczne i genetyczne, [w:] Kultura i społeczeństwo, 1966.
4 W. J. Burszta, Kultura i kultury, [w:] Antropologia kultury. Tematy, teorie, interpretacje, Poznań 1998.
5 E. Rewers, Transkulturowość czy glokalność? Dwa dyskursy o kondycji post-ponowoczesnej, [w:] Dylematy wielokulturowości, red. W. Kalaga, Kraków 2004.
6 A. Burgess w „Roku 1985” mówił o „inercji osiemdziesięciu pięciu procent populacji”, a nie o dziewięćdziesięciu pięciu, jak Konwicki (co wynika z prostego rachunku matematycznego). Anglik proponuje zatem bardziej optymistyczną wersję tej, i tak zatrważającej, teorii.
7 T. Konwicki, Zorze wieczorne, Warszawa 1991, s. 254.
verte.art.pl > Myśl > Eseje > Z laickich rozważań nad tym, co nam po socjologii i antropologii kultury
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski