> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№3 wrzesień 2004

Złudzenie jako medium doświadczenia (antykartezjańska próba krytyki wizualności, świadomości i podmiotu) Karol Zamojski

Istnieje techniczność początkowania idealności, dziś jest ona techniką dematerializacji przedstawień i techniką wywłaszczania podmiotu z jego przedstawień — w tym sensie realizuje bunt przeciwko autorytetowi słowa oraz tekstu i staje się instauratorem epilogu epoki logosu. Zatem początkuje się idealność za pomocą dematerializacji technik jej początkowania, gdyż w audiowizualnych maszynach tekstualnych brak jest „przetwarzania w materialną postać naszych myśli” (Nietzsche). Wojciech Chyła

Wobec nieustannej chwiejności złudzenia, jakim jest wszelka racjonalność wypowiedzi, poszukuje się, arbitralnie, wypowiedzi, która zrodzi pytanie o nią samą. Wypowiedzią tą, rzadko w ten sposób problematyzowaną, jest samo życie. Chwile wytchnienia dają miejsce / przestrzeń / czas wyobraźni. Najczęściej w sytuacjach pomiędzy. Tam bowiem, w owym (owych?) pomiędzy, będącym (będących?) przestrzenią mediatyzacji wszelkiego doświadczenia, objawia się wszystko. Owo, jakże ulotne, doświadczenie nieograniczoności, jest pierwszym medium złudzenia. Próba ograniczania, najczęściej formalnego, jako instytuowania moderności, zawsze konstytuuje wiarę w złudzenie.

Oto teraz pytanie o tożsamość podmiotu staje się pytaniem centralnym: czy wobec jednego świata, czy wobec wielu? Doświadczenie, jako przecież docieranie do świata, jest jednością z szeregiem, nieprzeliczalnym, kontekstów i płaszczyzn, czy też szeregiem, nieprzeliczalnym, płaszczyzn i kontekstów bez-zasadnie stopionych w ja? Pytanie to kulminuje w postaci: co jest zasadą jedności ja — tożsamości?

Siebie, jako konkret możemy ujrzeć tylko z perspektywy nieskończoności, a o tym już powiedzieliśmy, że funduje wiarę w złudzenie. Czyżby zatem złudzenie? Odpowiedź? Wówczas pozostaje tylko wątpienie. Również w możliwość narracji. Ale czy ów wykwit restytucji metafizyki zupełnie niweczy wszelką możność wypowiedzi?

Jeśli teraz okaże się, że pierwszą instytucją modernizmu jest akapit, a jego najpełniejsze doświadczenie zbieramy w aspołecznej przestrzeni/marginesie tramwaju, to i tak nikt nie uwierzy. Bo i nie o wiarę tutaj idzie, a o zamanifestowanie ekranowości wszelkiego doświadczenia. Co to znaczy? Cóż, że film jest tylko złudzeniem ruchu.

Tramwaj jako margines, akapit, ekran — mała fenomenologia złudzenia

Bezbrzeżność poruszania się w tramwaju nie jest ograniczona ilością znajdujących się w nim ludzi. Drugi wagon zawsze podwaja niezależność wyprzedzania własnych myśli, a głośna muzyka wydobywająca się z głośników umieszczonych na każdym z niezwykle uchwytnych słupków i każdej z miękko lądujących w zaśrubowaniu ściany poręczy, jakże mało poręcznych, kiedy tramwaj bywa wypełniony po brzegi, tak dalece, że oknem przez które wlatywać powinno tylko powietrze, ale przecież wlatuje rzadko nadzwyczaj, więc kiedy podróżnych, myśliwych metrów za grosze biletu jest tylu, że anektują arterie powietrzne bardzo regularnym, chemicznie określonym i cywilizacyjnie zniekształconym drobinom powietrza, niczym sardynki wylewając się z otwieranej przestrzeni trójwymiarowej, acz nieregularnej, więc kiedy nieporęczność poręczy i niespoczynkowość słupków konstytuuje przeludnienie i gdy muzyka z nich wydobywająca się ku materiałowi przeludnieniowemu, określa rytm drgania serc poszczególnych jego indywiduów, wtedy człowiek zatrzymuje się w niespodziewanie cichej przestrzeni przybywania niecodzienności. Oto margines — możliwość wszystkiego.

Nowy akapit, powstaje zawsze kiedy myśl kończy swoje przybywanie. Przy-bywanie myśli jest zawsze jej przystawaniem do świadomości. Nie chciałbym, aby myśl stała się przestrzenią alienacji świadomości. Ona, przecież zwykła, ale niecodzienna, lokalizacja materii, o którą przewraca się ciało z nagła szarpnięte czyjąś złośliwą nogą, jest tylko ułożeniem tego co nieuchwytne w porządku jeszcze porządniejszym niż to wydaje się możliwe. Schizofreniczne odebranie tożsamości jest wtedy łaską dwu porządków. Każdy chciałby szczęśliwe cierpieć rozdwojenie. Nowy akapit jest zawsze doświadczeniem schizofrenicznym. Nieskończone zastąpione rozpoczętym.

Nowy akapit jest koniecznością dwuznaczności bycia. Chcieć iść jedną drogą, utartym planem zafałszowania, to chcieć nie kończyć i nie rozpoczynać, to chcieć mieć tylko jedną opowieść, to chcieć odstąpić od prawdy/fałszu, to marzyć o wielopłaszczyznowości w ramach jednowymiarowości, to nie liczyć się z oczywistością dwuznaczności. To oczywiście anarchicznie odrzucić konieczność stylistyczno-gramatyczną; konieczność akapitu.

Akapit jest awangardowy. Jeszcze zanim objawi się treścią (a treść jest zawsze taka sama, więc o niej nie mówmy, bo to zupełnie bez sensu, jeśli chcemy snuć dywagacje analityczne na temat tego, co już było, synteza jest również bzdurą, dupą, głupotą) jest już zapowiedzią nowego. Piękna antyapokaliptyczna forma. Forma jest zawsze idealnością zastępowania głupiej treści jej głupim powtórzeniem. Życie po życiu nie przynosi nowości. Czeka nas tylko powtórzenie. Akapit daje nadzieje na mądrość głupiego powtórzenia. Akapit jest awangardowy.

Akapit jest awangardowy. Powtórzenie formy w treści. Akapit jest nowoczesnym i wybiegającym w przyszłość powtórzeniem myśli.

Jeśli myślisz tedy, że siedzenie w tramwaju jest nieawangardowe, bo, i tutaj masz rację, cóż ma tramwaj do akapitu (a piernik do wiatraka?), to zważ, że każdy tramwaj ma swoje miejsca nieobecne. Dyskursy niemożliwe tramwaju są marginesami narracji komunikacji społecznej dwojga znaczeń [zawsze — uwaga odautorska trzeciego stopnia — będziemy uważali za poważne w rozważaniu problemy komunikacji przestrzennej w obrębie zamieszkiwań; na dalszym planie, w funkcji tła, pozostawiając komunikację społeczną w znaczeniu akademickim; a fee]. Kropka. Więc jeśli mamy w tramwaju przestrzenie marginesowe, kresy narracji, miejsca konstytucji absurdu i paradoksu, to tramwaj jest awangardowy. Bo:

Co jest koniecznością i możliwością akapitu?

Margines!

Jeśli zgubimy pojęcie marginesu, jeśli zgubimy sam margines, to akapitu nie ma. Oczywiście powiesz, że akapit jest akapitem tekstu. Oczywiście nie. Akapit, jako przejaw piękna formalnego jest funkcją marginesu. Tekst jest tylko materią na której konstytuuje się akapit. Akapit jest w tym sensie rzeczywiście tylko awangardą tekstu. Z pewnością i to na pewną akapit jest objawieniem. Nigdy nie ma swojego, w pełni słusznego, uzasadnienia. Odwołuje się jedynie do jeszcze bardziej przejrzystego pola nierozumności, do marginesu. Przestrzeń pozamarginalna jest ugruntowaniem marginalności.

Ta nicość jako nie-coś staje się przestrzenią absolutu. Logika wszelkiego symbolu daje wtedy do myślenia.1 Zakorzenienie jej w absolutności me on, świadczy tylko i wyłącznie o tym, że syntaksa formy symbolicznej jest miejscem sacrum. Religią wtedy musi być wiara w rozumność.

Pierwsza forma złudzenia: czas

Wyrwanie każdego przedmiotu, czyli formy uporządkowania wrażeń, z korzeni zmysłowości jest pierwszym nabożeństwem religii rozumności. Dopiero amputacja odniesienia ukazuje zasadniczą niemożność: brak możliwości przetwarzania, jak głosi Nietzsche, w materialną postać naszych myśli.

Problem bowiem tkwi, jako diabeł, a jakże, w szczegółach. Oto pytanie: czy przestrzeń akapitu wyrwana jest tekstowi, czy stanowi naddatek marginesu. Oczywisty powrót do akapitu jest tylko eksploracją złudzenia. W złudzeniu przede wszystkim dajemy się ponieść powtórzeniu jako ponowieniu (kierkegaardowskiemu powtórzeniu bez-pamięci). Powtórzenie jest bowiem, i to nie ulega najmniejszej wątpliwości, możliwe tylko dzięki różnicy. Różnica zaś, to rzecz nie mniej wątpliwa, jest dostępna tylko w powtórzeniu. Czas, a zwłaszcza jego upływ, konstytuują możliwość myślenia. Tak wszakże Derrida terroryzuje świat intelektualny, że inaczej rzeczywiście nie można. Sama zaś niemożność, czy tego chce, czy nie, sugeruje bezpłodność, a więc, w pewnym, aczkolwiek głęboko ukrytym sensie, bezinteresowność; lektury oczywiście.

Zupełnie wyprane z możliwości interpretacyjnych pozostaje tutaj pytanie o przestrzeń zapośredniczenia doświadczenia owe pomiędzy przestrzeni mediowania, w której ma się różnicować świat-omość. Miejsce, gdzie rodzić by się mogło rozumienie. Jeśli wszakże użyliśmy już klucza różnica/powtórzenie, to niechybnie musimy uznać konieczność różniczkowania doświadczenia. I popadamy w świadomość naszego starego znajomego — złudzenia. Oto bowiem różnica jest tylko złudzeniem powtórzenia. Zbyteczne wydaje się dodawać, że samo powtórzenie jest tylko złudzeniem różnicy. A jednak dodaliśmy to. Czy aby wykluczyć złudzenie? Czy aby się w nim utwierdzić? Czy wreszcie, i z nadzieją, aby przekonać, że meta-poziom nic nie poziomicuje, ani horyzontalizuje, ani wertykalizuje, ani wyjaśnia. Jest tylko… złudzeniem.

I znowu akapit.

Jest on oczywiście, jako zapowiedź nowego, fundamentem tekstualno-formalnym naszych złudzeń. Złudzeń, co niewątpliwe albowiem tu powtórzone, pierwszego rzędu. W akapicie tym jednak nie odnajdujemy ostatecznej formy złudliwości. Nie docieramy bowiem do sensu złudzenia. Musimy teraz zmierzać do możliwej metafizyki świata jako woli i złudzenia.

Tramwaj rozblokowuje ograniczenie metra kroku. Nie ruszając nogami, w przestrzeni marginalnej, poza spotkaniem z drugim oddajemy się magii. Nieokreśloność przemierzania i uchwytywania złudzenia ruchu za oknem, kiedy czujemy się jak w kinie, pozwala nam nabywać tożsamość. Jakże złudną, to jej istota, gdy wstępujemy na pierwszy stopień schodów zejściowych, by po chwili, gdy but dosięgnie płyty chodnikowej, lub sandał gdy lato, usłyszawszy dzwonek poganiający nas i trzask drzwi, radykalnie odcinani jesteśmy od mityczności podróży. Odtąd stoimy wobec konieczności kolejnego samousprawiedliwienia, autonarracji, autozłudzenia; o własnych nogach i z krokiem na metr. Logos znów umyka, a słowo go nie tyka.

Druga forma złudzenia: nauka

Czego się można dowiedzieć o człowieku na podstawie faktu, że uprawia naukę?

Zwróćmy uwagę, że wiedza, jakiej tu szukamy, to wiedza innego rodzaju niż ta, jaką można zdobyć o motylu na podstawie faktu, że lata, bądź o słońcu, bo grzeje. Dowiadując się czegoś o motywach skłaniających ludzi do uprawiania nauki — a więc pojęciach dobra i zła ukrytych w pracy naukowca — stawiam się w całkiem innej sytuacji niż zoolog czy astronom. Taka wiedza nie pozostawia mnie obojętnym, nie może być obiektywna (w sensie: obojętna) w stosunku do swego przedmiotu. Wiedza tego rodzaju w ostatecznym rachunku kryje wezwanie do zajęcia stanowiska, do decyzji, co ja uważam za dobre bądź złe — i przez to wezwanie do działania, podobnie jak krzyk: „bomba!” w zatłoczonym tramwaju.2

Nie może się obyć bez tramwaju. Tramwaj bowiem jest najbardziej nowoczesną formą przemieszczania się w mieście. Tramwaj jest magią nowoczesności. To nim najwięcej robotników jeździło do fabryk tuląc w sobie manifesty socjalistyczne. To potem tramwaje stały jako barykady zwycięskich rewolucji. Tramwaje są pojazdami rewolucji i buntu. Jeżdżenie tramwajem, gdzie nabywa się miana bytu masowego, winno być pasją. Zapewne dlatego tramwaj przywodzi o margines.

Najważniejsze jest jednak, że charakterystyczny dzwonek tramwaju obwieszcza wizerunek nowoczesności. Nowoczesności, jako epoki rozpoczętej w XVII wieku, gdy nauka stała się królową światopoglądów.

Rozwój języka nauki, nauki jako sposobu myślenia, a wreszcie życia, prowadzi do absurdu. Konieczną, nieodzowną formą nauki jest instytucja. Instytucja, która zapewnia nie tyle prawidłowy rozwój nauki. Instytucja bowiem ma dbać o prawidłową świadomość człowieka nauki, że mianowicie nic więcej ponad to, co naukowa narracja oferuje nie ma i być nie musi. Nauka, swoista autoutopia, staje się złudzeniem złudzeń.

Koniec filozofii okazuje się tryumfem naukowo-technicznego, sterowalnego urządzenia świata i odpowiedniego dla tak urządzonego świata porządku społecznego. Koniec filozofii to początek ogólnoświatowej cywilizacji, której podstawą jest myśl zachodnio-europejska.3 Oczywiście nie możemy dać się zwieść Heideggerowi w jego dosłowności: koniec nic nie kończy. Koniec jest końcem rozwoju. Nadchodzi czas konsumpcji. Koniec filozofii ma być tylko uświadomieniem sobie złudzenia jakim jest metafizyka obecności fundująca rozwój naukowo-techniczny. I nikomu tutaj nie chodzi o rewolucyjno-anarchistyczny gest niszczenia. Nie, rzecz tylko w uświadamianiu złudzenia. Zapewne po to, by w pozorze postępu popaść w następne. Nauka jest bowiem tylko oszustwem, które zakrywa przed człowiekiem prawdziwą trudność jego życia. Swoista apokaliptyczność każdej chwili, nieustanne odniesienie do końca (w sensie absolutnym) nie owocuje spokojem. Raczej przywodzi o drżenie i niepokój. Nauka pozwala ujrzeć swe życie jako tu i teraz i nie inaczej. To istotnie daje spokój.

Pozostaje pytanie, czy wiedząc już czym jest nauka, wiemy coś więcej, wiemy coś lepiej. W „Woli mocy” Fryderyk Nietzsche napisze: fakt, że oszustwo potrzebne jest do życia, współtworzy ów groźny i problematyczny charakter istnienia.4 My wierzymy Fryderykowi, choć to wielki oszust. Wierzymy, gdyż swym własnym życiem poświadczył świat, o którym ostrzegał: nie próbujcie odmówić światu jego niepokojącego i enigmatycznego charakteru!5 A w każdym razie dał wyraz pewnej postawie, którą przyjąć należy. Rzecz w owym geście anarchii ducha, kiedy wżywamy się w podróż tramwajem w jego funkcji odniesienia do wszelkiej medialności, kiedy różniczkowanie doświadczenia jest pod przemożnym wpływem okna/ekranu — świadomości.

© 2004 Karol Zamojski

1 Do czego wrócić będzie jeszcze koniecznością.

2 Krzysztof Michalski, Heidegger i filozofia współczesna, s. 268.

3 Martin Heidegger, Koniec filozofii i zadanie myślenia, „Teksty” 1976, nr 6.

4 Fryderyk Nietzsche, Wola mocy, s. 853.

5 Tamże, s. 600.

verte.art.pl > Myśl > Eseje > Złudzenie jako medium doświadczenia

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski