> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№36 czerwiec 2007

Z ziemi włoskiej do Polski Emilia Walczak

Właśnie ojciec mój powiedział mi, że dziś podali w wiadomościach, że zmarł „jakiś francuski reżyser”, ale nie pamięta nazwiska. Wymieniłam kilka, ale nie pamięta nadal. No, szkoda. Usiłuję więc znaleźć coś na ten temat w Internecie, ale niestety wszędzie widzę tylko informacje o Dodzie, Wiśni, a także porady, jak szybko schudnąć, by w bikini wyglądać dobrze. Ale ja nie o tym chciałam…

Kilka dni temu wróciłam z Włoch, gdzie nie byłam co prawda specjalnie długo, ale czas, jaki tam spędziłam, pozwolił mi zrozumieć pewne sprawy. Istnieje taka prawidłowość, że zaczynamy rozumieć swój kraj rodzimy dopiero wtedy, gdy spojrzymy nań z dystansu i gdy mamy jakiś punkt odniesienia w postaci sytuacji panującej w innym państwie. Istnieje cała masa książek, uderzających w samo sedno polskości, które pisane były na emigracji.

Włochy tak naprawdę nie różnią się jakoś zasadniczo od Polski, mówię o kwestii wizualnej. Więcej zabytków, zgoda. Ale mają tak samo, jak my, krzywe chodniki, śmieci walające się na ulicach, bazgroły sprayem na murach i dresiarzy. A byłam w północnej części Włoch, czyli tej bogatszej. (Jak wygląda południe?)

Podobieństwo Polski i Włoch dotyczy także prymatu Kościoła, a więc są we Włoszech również całe rzesze bab biegających co chwila na mszę (beretów nie noszą, bo jest zazwyczaj ciepło). Jest pewna ingerencja episkopatu w sprawy społeczne, jest bogobojność, jest pruderia i tym podobne, ale generalnie da się żyć.

Zasadnicza różnica jest na poziomie mentalnym. Ludzie są ciepli, życzliwi, otwarci, skorzy do pomocy. Miałam sytuację, że się zgubiłam, bez pieniędzy i telefonu. To znaczy myślałam, że się zgubiłam, a to po prostu niepotrzebna panika była. W każdym razie, Włosi od razu zainteresowali się biedną Emilką. Jedna dziewczyna chciała mnie nawet wieźć swoim rowerem (!) przez pół Triestu, bym mogła szybko i bezpiecznie dotrzeć do miejsca, gdzie stacjonuję. U nas nie do pomyślenia, takiej bezinteresowności nie uświadczysz w Polsce. Zawsze tylko ten błysk w czyimś oku, spowodowany szybkim szacowaniem, ile można na „pomocy” zarobić.

Szok kulturowy nastąpił jednakże dopiero podczas powrotu autokarem do kraju. Po przekroczeniu granicy czesko-polskiej, radio złapało polski sygnał, dzięki czemu dowiedziałam się, że należy bezzwłocznie zbadać Teletubisia, gdyż nosi torebkę. Toż to pewno gej! Nie wiedziałam, czy śmiać się, czy płakać. Czy wyskoczyć z autobusu i biec z powrotem do Włoch, czy wyjąć żyletki. Skończyło się na wsadzeniu słuchawek głęboko w uszy i puszczeniu dziadowskiej Madonny na cały głos, tak, by zagłuszyć radio. I don’t wanna hear, I don’t wanna know.

Jakoś później dowiedziałam się, że wycofano z kanonu lektur właśnie to, co było w nim najcenniejsze. Nic nie widzę, nic nie słyszę, nic nie mówię. Tylko tyle, co już powiedziałam i nic ponadto. Dziękuję za uwagę. Idę wynieść telewizor i radio pod śmietnik.

© 2007 Emilia Walczak

verte.art.pl > Myśl > Felietony > Z ziemi włoskiej do Polski

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski