Dzieło sztuki musiało nieustannie służyć lub, w najlepszym wypadku, stanowić „wartość” dla ludzkości. Wymagano wręcz od autora, by twórczość jego była świadectwem pełnym odniesień do rzeczywistości. Miała być nacechowana patetycznością, miała emanować, wyrażać, działać na widza. Pojawienie się artysty, który wprowadza „zabieg” pt. „absurd”, wiązało się, i nadal się wiąże, z dodatkową koniecznością uzasadnienia i obrony swojej twórczości. Dlaczego potrzebna jest argumentacja? Czy sztuka nie może samo istnieć? Po prostu być?
Moment, w którym naprzeciw widza staje człowiek, łudząco do niego podobny, daje możliwość kontaktu między aktorem a widzem. Taka sytuacja budzi pozory jedności, a co najmniej bliskości. Chwila ta jednak trwa niezwykle krótko, gdyż uzmysławiamy sobie, jak ten „łudząco podobny” człowiek, przez jakąś tajemniczą operację, staje się nam nieskończenie odległy. Ową bliskość można porównać do uczucia, gdy patrzymy na zmarłą, znajomą nam osobę. Wystąpi tu taki sam paradoks: bliska — daleka jednocześnie. Jednak w teatrze taki układ stwarza pewnego rodzaju barierę między nadawcą — aktorem, a odbiorcą — widzem. Daje to pewną, wręcz niezbędną, możliwość dystansu wobec sztuki. Sztuki, jako tworu scenicznego, który mimo pozornej realności, stanowi jedynie starannie zamaskowaną kreację.
Właśnie takie uczucie tkwiło we mnie podczas Festiwalu Prapremier, który odbył się w Bydgoszczy, na początku października 2004 roku. Teatr absurdu. Teatr, który nie ma puenty, przesłania, ani nawet większego sensu. Jednak tylko pozornie. Treść wyrażona przede wszystkim tańcem, muzyką, dopiero później słowem. Sztuka pt. „Sinobrody — nadzieja dla kobiet”, bo tak brzmi pełna nazwa spektaklu o którym chcę pisać, jest próbą przedstawienia portretu kobiecości. Reżyser — Norbert Rakowski w pełni śmiałości swych poglądów, pokazuje to, co w płci pięknej uważa za… wadliwe. Niezwykle ważną rolę w jego dziele odgrywają światła, cienie oraz barwy. Jaskrawe, pastelowe kolory dodają bajecznego wymiaru.
Scena została ograniczona, zamknięta u góry, widoczne są ściany boczne. Przypomina to ogromne pudło otwarte tylko z jednej strony, tej, którą widzi widz. Powoduje to odbiór sztuki jako akcji zamkniętej, odgrywającej się tylko na pewnym, określonym terytorium.
Na środku sceny, w centralnym jej punkcie stoi wielki, długi, a w dodatku różowy, tapczan, pełen po brzegi kobiet. Siedzą na nim jedna obok drugiej, ubrane w kolorowe sukienki. Buty zdjęte, starannie ustawione przy tapczanie. Właśnie tak zaczyna się spektakl, zapowiadając się jednocześnie jako coś innego, tyle, że jeszcze nie wiadomo co…
W tym przedstawieniu każdy ruch jest wyjątkowy, stanowić może inspirację. To zbiór niesamowitych kadrów, będących uosobieniem absurdu. Połączenie tańca i gry aktorskiej pozwala przeżywać sztukę z innej perspektywy. Jest to taniec niezwykle zmysłowy, etniczny, tworzący nierozerwalną całość ze słowem. Zostało to detalicznie i finezyjnie dopasowane do muzyki, tworząc dość nowatorską sztukę. Dźwięki śrub, tykanie zegara, przesuwanie szafy, czyli zestawienie różnych tonów, odgłosów, utworzyło jedną całość. Całość stanowiącą muzykę. Kosmos. Nie znam słowa, słów, by określić, jak doskonale zostało to wszystko dobrane. To, co teraz robię, jest tylko mozolną tego próbą.
„Sinobrody” odbiega nieco od norm teatralnych mających swoje korzenie jeszcze w starożytności. Greccy artyści jako pierwsi uczynili człowieka w centrum swoich zainteresowań. Rzymianie kontynuowali ten program i sprawili, że sztuka starożytnej Grecji i Rzymu stanowi do dziś jeden z ważniejszych filarów kultury. W sztuce Rakowskiego widać doskonale ślady wpływów antycznych, jednak zaobserwować można pewne różnice i odmienności. Pan Norbert nadał własne reguły swojej sztuce, pozwolił, by sztywny scenariusz zamienił się w nieokreśloną, ale płynną spójność. Akcja jest melodyjna i zwiewna, co doskonale nadają młode kobiety. Tytułowy Sinobrody jest niezwykle kochliwym człowiekiem, który ogromnie pragnie miłości, ale jednocześnie nie potrafi jej przyjąć. Jaki ma sposób na pokonanie tego skrajnie niewygodnego problemu? Jakim widzą go kobiety i jaką rolę odgrywają w jego życiu? Odpowiedź można znaleźć tylko na scenie, śledząc każdy ruch aktorów. Mimo pozornej radości, śmiechu, a nawet ironii, w sztuce dostrzec można wiele powagi, która to powaga zmusza do refleksji!
Po drugiej wojnie światowej teatr wykształcił oryginalne formy ekspresji na scenie. Wystawiane sztuki były cenzurowane przez władze okupacyjne. Wprowadzało to kolosalne ograniczenie i odbierało możliwości tworzenia. Jednak publiczność szybko nauczyła się czytać „między wierszami”. O problemach, szczególnie natury moralnej, można było mówić odwołując się chociażby do mitów greckich. Obecnie cenzura nie stanowi już przeszkody, przynajmniej nie w takim nasileniu, jak w tamtych czasach. Dziś rolą artysty nie jest tworzenie porządku i systemu, ale ich naruszanie i burzenie. Nie konstruowanie, lecz — destrukcja. Nie afirmacja, lecz — opozycja. I myślę, że nie chodzi tu wcale o bunt przeciwko porządkowi w sztuce, tylko o pewien impuls działający postępowo. Taki nieład i paradoks jest bardzo widoczny w spektaklu pana Norberta. W odbiorze jego sztuki widownia podzieliła się na dwie, dość nierówne części. Jedna zdecydowanie negowała, druga, niestety w mniejszości, była zachwycona.
Teatr współczesny, który musi konkurować z telewizją i filmem, stara się przyciągnąć widzów swą nowatorską formą. Nie zawsze spotyka się to z pozytywnym skutkiem, ale z pewnością poszerza horyzonty ludzkiego myślenia. Pozostaje tylko pytanie: kiedy absurd przestaje być sztuką, a zamienia się jedynie w sporą dawkę potocznego kiczu? Na podobne „niebezpieczeństwo” narażone są happeningi, których absurd jest właściwie istotą, które tworzą nowy realizm. Tu, podobnie jak w sztuce Rakowskiego, pojawia się rola duchampowskiego ready-made. Zwykły przedmiot, zwykła czynność zostaje podniesiona do rangi dzieła. Do roli przedmiotu gotowego zostaje sprowadzone nie tylko słowo, gest, dźwięk, ale także aktor. Moim zdaniem jednak warto jest kosztować tego rodzaju sztukę. Wnosi inne spojrzenie, pokazuje nowe kierunki myślenia. A przede wszystkim pozwala wyjść ze sztywnych ram patetyczności i udostępnia to, co przez istotę natury jest nam bliskie. „Sinobrody” — to sztuka, którą warto nacieszyć ucho, oko, ducha…, lub po prostu nacieszyć się sztuką. Myślę, że jak na teatralnej scenie, tak w życiu wszystko ma założony sens… Tyle, że czasem świat wygląda tak, jakby kukiełki zaczęły grać inne role niż wymyślił reżyser — Bóg. Dlatego powstają jakby błędy w sztuce.
© 2005 Magdalena Połowińczak
verte.art.pl > Sztuka > Recenzje > Absurd uzasadniony
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski