Zbliżyć się do wymiaru, który istnieje w innej rzeczywistości. Wyrazić za pomocą gestów, słowem, ciałem to, co niewyrażalne. Zaspokoić pragnienia widzów i pozostać w ich pamięci na zawsze, a później odejść z klasą i beż żalu. Gdyby mnie ktoś spytał, jaka sztuka jest najtrudniejszą, odpowiedziałbym – sztuka aktora. I gdyby mnie ktoś spytał, jaka sztuka uważana jest za najłatwiejszą, odpowiedziałbym także – sztuka aktora1.
Najpierw aktor był sam na scenie, a tak naprawdę, teatr zaczął się bez niego, Grecy nazywali aktora (wtedy nie znano jeszcze tego pojęcia) hypokrites, od czasownika hypokrinomaj (odpowiadam), czyli ten, co odpowiada chórowi.
Na scenie był tak długo, dopóki Sofokles nie otworzył bram dla drugiego aktorzyny. Samotność nie okazała się jednak taka zła, mozolnymi ruchami, na dwunastocentymetrowej koturnie, z onkosem na głowie sprawiał, że przestrzeń, w której się znajdował, była magiczna. Maska dodawała mu pewności siebie i pozwalała grać więcej niż jedną postać. Ceniony za wszystko, przyciągał tłumy mężczyzn. To on był momentem kulminacyjnym; nie sztuka trzymała w napięciu, tylko aktor. Jakby się przewrócił, bo koturn jednak okazał się za wysoki, to wszyscy zamieraliby z wrażenia, jak dostojnie, jak pięknie, jak elegancko to zrobił, nikt by się nie śmiał. Tak poważna była ta rola. Tak poważny był stosunek między aktorem a widzem. Publiczność wpatrywała się w to dziwnie wyglądające stworzenie sceniczne. Jak był na scenie aktor, to tak, jakby tam był ten Najwyższy i miał do obwieszczenia coś niezwykle istotnego. To nie był wstyd, że wszyscy czuli ten patos, tę powagę, wstyd to była kobieta, dziecko wśród publiczności – to była hańba. Aktor to nie był aktor, to był żongler, to była postać, to było wszystko to, co wyrażała postać, ale to nie było aktorstwo.
Są trzy rodzaje histrionów. Niektórzy przekształcają i przeinaczają swoje ciała nieprzystojnym tańcem i gestem albo rozbierając się nieskromnie, albo wkładając okropne maski. Są także inni, którzy nie mają określonego zajęcia, ale żyją jako włóczęgi, nie posiadając pewnego miejsca zamieszkania. Ci odwiedzają dwory wielmożów i opowiadają haniebne i zelżywe rzeczy o nieobecnych, aby przypodobać się innym. Jest też trzeci rodzaj histrionów. Którzy grają na instrumentach muzycznych dla ucieszenia ludzi, i takich są dwa rodzaje. Jedni odwiedzają karczmy i rozwiązłe zebrania i tam śpiewają piosenki pobudzające ludzi do lubieżności. Ale są i inni, których zowią żonglerami2.
Później naszedł czas na ludzi duchownych, to oni wystawiali, prezentowali Stary i Nowy Testament, gdzie grający role aktor (1437) – proboszcz w Metz, Nicolle, skonałby na drzewie krzyża. Cóż za poświęcenie, cóż za identyfikacja z rolą. Dramat „wiary”, był wielbiony przez lud, a przy okazji, jak jakiś sługa Boży skonał, to wtedy była sztuka.
Diabli byli cali odziani w skóry z wilków, cieląt baranów, uwieńczeni, głowami owiec, rogami byków i wielkimi kogucimi grzebieniami, w pasach z grubej skóry, z których wisiały, czyniąc okropny hałas, dzwonki krów i mułów. Niektórzy mieli w rękach czarne kije pełne szmermeli, inni nieśli długie zapalone drągi, na które za każdym nawrotem rzucali garście smolistego proszku, od czego powstał straszliwy płomień i dym3 .
Komedia Sprawności, tak zwana była przez Allardyce Nicolla komedia dell’arte. Tutaj aktor był całym alfabetem przedstawienia. Piękne był sztuki komedii profesjonalnej, opierały się na tekście improwizowanym według z góry określonego scenariusza. Aktorzy wychodzili na scenę i wystarczyło dziesięć minut, aby weszli w swoją role, którą zresztą grali do końca życia, oczywiście w różnych przedstawieniach, dlatego ta tradycja była tak niezwykła. Różne spektakle, ale ciągle ta sama rola, która zmieniała się pod wpływem miejsca i czasu. Rosła i dojrzewała z nimi, a przede wszystkim była do końca. Ich czas biologiczny był czasem i oznaką dojrzałości postaci.
Włosi jako pierwsi zaprezentowali w Hiszpanii zawodowe zespoły aktorskie. W komedii dell’arte, gdzie w 1575 roku ów zawodowstwo powstało, w Hiszpanii, a później, bo w 1579, powstał pierwszy teatr, Corral de la Cruz (Podwórze pod Krzyżem). Oczywiście, jak sama nazwa wskazuje, teatry to były wówczas duże podwórza ze sceną. Mosgueteros – publiczność ludowa, bo w ten czas panował taki podział – ustawiała się na parterze, w oknach dookoła podwórza zasiadali ci godni widzowie (kawalerowie i osobno damy). W 1581 na scenie pojawiła się aktorka, kobieta. Ani chłopiec, ani kobieta wówczas nie mogli nosić strojów niegodnych, czyli kobieta męskich, a chłopiec żeńskich. Jako że kobiety zwykły być twarde, szły w zaparte i nie pozwoliły, aby płeć piękna została zepchnięta brutalnie ze sceny. Hiszpania dorobiła się teatru w każdym mieście, a aktorzy doczekali się sezonowych umów.
W teatrach publicznych w tej świętobliwej Hiszpanii, aktorki grające rolę niewolnic, grały z obnażona piersią. Ale tym samym dbały o to, aby ich każda zachcianka została spełniona. Och, Hiszpanio, gdzie świętość? Gdzie dobre obyczaje? Gdzie zasady? Jak Molier umarł, to od razu odmówiliście mu godnego chrześcijańskiego pochówku, a jak panny na scenie chodzą z piersią na widoku, to ku uciesze społeczeństwa, ale jak umiera aktor, to wtedy już nic nie ma do pokazania… Tak właśnie rzecz się miała z Molierem, gdy po wystawieniu po raz czwarty spektaklu „Chory z urojenia”, arcybiskup Paryża odmówił mu, z racji wykonywanego za życia zawodu, chrześcijańskiego pogrzebu. Otóż prawo kościelne zabraniało pochówku aktorów na poświęconej ziemi, Ludwik XIV nakazał pochowanie go pięć stóp pod ziemią, gdzie ziemia święta nie sięgała. Podobna sytuacja miała miejsce w Polsce, gdzie na scenie Teatru Narodowego w 1779 roku zmarła Klara Skurczyńska, a za jej sprawą stawił się Stanisław August.
Nie jesteście godni, drodzy aktorzy, nie jesteście godni, aby umierać. Byliście odpowiadającymi, byliście żonglerami. Mężczyźni grali kobiety, dzisiaj byśmy powiedzieli, że są transwestytami, bo ubierają się w kobiece ciuszki. Byliście niewolnikami, cudzołożyliście. Kobiety aktorki wprowadzały reformy, nie zakładając gorsetu. Samą reformą było to, że weszły na scenę, albo że mogły być wśród widowni. Zdjęliście koturny, maski w XVIII, bo kazano wam „powrócić do natury”. Natura, natura, krzyczano. Później zaczęto przychodzić „na aktora”, a nie na konkretną sztukę...
Brak wychowania, nędza i rozpusta. Teatr jest ratunkiem, nigdy wyborem: nikt jeszcze nie stał się aktorem z umiłowania cnoty, z chęci oddania usług krajowi i rodzinie lub przyniesienia pożytku społeczności dla każdej z owych uczciwych przyczyn, które mogłoby pociągnąć prawy umysł, gorące serce, czułą duszę do tak pięknego zawodu 4.
Nie jesteśmy spadkobiercami pokolenia hypokritesów. Nie ma aktorów? Oczywiście, że są, jest ich mnóstwo. Są gorsi od wcześniejszych, bo nie chodzą na koturnach? Bo nie zakładają prawdziwej maski, tylko grają twarzą? Gówno prawda, są gorsi po prostu, bo mniej przeżyli. Żeby być aktorem, nie wystarczy skończyć doskonałych studiów aktorskich, trzeba umieć czuć, odczuwać i reagować uczuciem. Aktorzy XX-wieczni byli niezwykle doświadczeni przez los, na tym polega ta różnica. Współczesność nie funduje już nam jedzenia na kartki, stanu wojennego, zakazanej miłości. Współczesność daje nam brak zrozumienia. Młodzi aktorzy są aktorszczyzną, która ma szanse stać się prawdziwymi aktorami. To od uczuciowości zależy, jakim się aktorem będzie. Nie trzeba nic mówić, żeby zaistnieć w tym zawodzie, ale trzeba umieć wyrażać. Absolutnie nie chodzi o to, by stawać się specjalnie jakimś dewiantem. Aktor musi przezywać coś milion razy bardziej niż śmiertelnik, żeby widz mógł to zobaczyć. Aktorstwo to takie grzebanie w śmieciach, idzie się do śmietnika współczesnych uczuć, potem się je segreguje i przerabia. Dlatego tyle czerpiemy ze spotkań z nimi, oni są nieustannymi uczniami życia i uczuć. Jak mówią, to potrafią robić niezwykłe wrażenie, że się na czymś znają, jak wychodzą na scenę, to zapominają o tym doświadczeniu i po prostu grają. Nie da się po prostu grać, to nie jest aktorstwo. To nie jest, kurwa, żadne aktorstwo. Skurwić się każdy potrafi, tym bardziej aktor. Problem współczesnych aktorów polega na tym, że po prostu się kurwią. Niegdyś mówiło się, że teatry słynęły z nierządu, teraz się po prostu kurwi albo jebie. I jak sam aktor mówi o roli, że ją zjebał, albo że się skurwił na scenie, to jak go odbierać? A jak coś jest dobre, doskonałe, to nie mówi tego, bo wydaje nam się, że te słowa są za słabe dla tego geniuszu.
Teraz wystarczy rozdmuchać wiadomość całemu światu, że jak już się idzie na studia aktorskie, to za pięć lat będzie się gwiazdą! Aktorzy się mniej starają? Gorzej grają? Są brzydsi, gorsi? Jest mniej talentów? Na pewno nie ma mniej talentów, bo do programu „Mam talent” jest chętnych milion uczestników, więc Polacy mają talent. W jakich teatrach się chowacie? To ja chce być rozjebana sztuką, a nie aktor. To potem wy, aktorzy, umieracie w Domu Aktora, bo dźwigaliście na sowich barkach tysiąc uczuć społeczeństwa, byliście głosami milionów, byliście moim głosem. Jak aktor krzyczał, to wszyscy go słyszeli. Jak walczyliście z cenzurą, to wszyscy czekali na sztukę. Schodziliście ze sceny, z dumą kłanialiście się publiczności. Nie ma publiczności? Jesteśmy. Nie ma aktorów? Jesteście. A gdzie jest wasza, nasza sztuka? Sztuko, skurwiłaś się, dałaś dupy na całego. A teraz każesz nam gwałcić się po kolei. Jak niegdyś się wchodziło do teatru, to teatr pachniał tobą. Czuło się magię, wszyscy mieli gęsią skórkę, jak na scenie pojawił się pierwszy aktor i nic nie mówił, a wszyscy go słyszeli. Teatr to jest second-hand – jak tam wchodzę, to czuję, że znowu coś będzie po kimś. Nie skazuje nikogo na stos. Ale wytykam palcem: jesteś całkowicie naga, sztuko. Rozebraliśmy cię do naga, bo każdy chciał mieć coś twojego. Nagość nie jest czymś złym, wręcz przeciwnie nagość, jest piękna. Tylko trzeba wiedzieć, jak stanąć, żeby to piękno wyrazić. A jak chcesz się kurwić, to tak, żeby wszyscy to zrozumieli.
Piękne jest patrzenie, obserwowanie, jak aktor dojrzewa na scenie, to widać, że potrafi czuć. Jakie to trudne – dzisiaj coś czuć! Przecież to wstyd, coś czuć, myślicie, że jeszcze potrafię?
Teraz jest czas dokumentu i reportażu, sztuk dokumentalnych, dlaczego? Myślicie, że jak powiecie ludziom, że coś jest oparte na faktach, to od razu powiedzą, że to było prawdziwe? Nie potraficie przełożyć sztuki na sztukę prawdziwą, to trzeba powiedzieć, że jest to sztuka dokumentalna?
Rozbierz się i uśmiechaj się szeroko, na pewno kiedyś zostaniesz gwiazdą, na pewno kiedyś ktoś cię zauważy...
Śmiej się, głupi parterze, w najpiękniejszym miejscu sztuki 5.
© 2009 Natalia Zielińska
Literatura wykorzystana
1 A. Hausbrandt, Aktorzy, Prasa – Książka – Ruch, Warszawa 1976, s. 5.
2 Ibidem, s. 20.
3 Ibidem, s. 22-23.
4 Ibidem, s. 48.
5 Ibidem, s. 47.
verte.art.pl > Sztuka > Eseje > Aktorzy nie do końca współcześni
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski