> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№11 maj 2005

Czyściec permanentny („Wniebowstąpienie” Macieja Englerta) Emilia Walczak

Po dość długiej przerwie w przenoszeniu jakże trudnej — w mniemaniu ogólnym — prozy Tadeusza Konwickiego do teatru TV, w końcu znalazł się kolejny (po Jerzym Markuszewskim) odważny reżyser — Maciej Englert — i od razu stworzył coś wielkiego, coś, co według mnie z całą pewnością śmiało pretendować może do miana „dzieła”, o ile nawet nie „arcydzieła”. Mowa oczywiście o jego spektaklu pt. „Wniebowstąpienie” z 2004 roku. Widocznie warto było tyle, tj. dziewięć lat czekać, bo ostatni przekład prozy Konwickiego na język teatru TV miał miejsce w 1996 roku („Czytadło”), a premiera telewizyjnego spektaklu Englerta — w styczniu 2005 roku. W 2002 roku natomiast, Englert wystawił „Wniebowstąpienie” na deskach warszawskiego Teatru Współczesnego, co zakończyło się wielkim sukcesem. Była to swoista rezurekcja teatru, wydarzenie sezonu, dające jednocześnie wielkie nadzieje na przyszłość. Niestety nie było mi dane dostąpić zaszczytu ujrzenia tegoż przedstawienia. Ale na szczęście mogłam to uczynić w domu — na małym ekranie odbiornika telewizyjnego.

Reżyser sięgnął po twórczość pisarza z dość wczesnego (właściwie środkowego) okresu twórczości tegoż. Przeniósł bowiem na ekran książkę „Wniebowstąpienie” z 1967 roku, poniewczasie uznaną za jedno z najwybitniejszych osiągnięć Tadeusza Konwickiego, jak również całej polskiej literatury powojennej. Jest to rzecz doprawdy kultowa. Udowodnił tym samym Maciej Englert, iż twórczość pisarza przez wielu kojarzonego wyłącznie z minionym ustrojem, nadal doskonale potrafi się bronić. Bo choć pozornie mowa tu o czasach zaprzeszłych, to książka ma jednak wymiar ponadczasowy. Jej podłoże sentymentalno-egzystencjalne nadaje jej charakter uniwersalny, a główny bohater równie dobrze mógłby być człowiekiem zagubionym w tłumie dzisiejszej XXI-wiecznej rzeczywistości, w kraju o dowolnym ustroju państwowym. Rzecz to bowiem o szukaniu własnej tożsamości i sensu istnienia przez człowieka całkiem przeciętnego, jak my wszyscy tu i teraz.

Oczywiście nie ma sensu, czy też raczej — nie warto oglądać spektaklu bez wcześniejszej lektury „Wniebowstąpienia”, czy przynajmniej „Małej apokalipsy”, która znajduje się nawet w kanonie lektur szkolnych i — chyba — bez znajomości tego kodu, jakim posługuje się mistrz Konwicki. Całe piękno leży bowiem w odnajdywaniu znajomych motywów, w weryfikacji efektowności adaptacji, wiarygodności jej przekazu, w sprawdzaniu zgodności naszych wyobrażeń z wyobrażeniami drugiej osoby. W przeciwnym razie spektakl może pozostać niezrozumiałym, albo po prostu wydać się nudnym. Dlatego też na wstępie omówić należałoby pokrótce treść i przesłanie pierwowzoru — książkowego „Wniebowstąpienia”.

Najprostsza interpretacja tej książki to, mówiąc zwięźle: czyściec — na co wskazywać mógłby chociażby tytuł — przed właściwym „wniebowstąpieniem” musimy jeszcze odpokutować swoje winy, aby potem zostać zbawionym — Misiu, odchodzisz przez czyściec. Jutro zobaczysz Boga, który z pewnością jest zły — czytamy. Ale zbawienia nie będzie, ten czyściec u Konwickiego jest permanentny, jest życiem, życie jest czyśćcem, trwamy w nim i w ciągłej niepewności, ciągłej niewiedzy, niedopowiedzeniu, niespełnieniu, swoistej agonii czy koszmarnym śnie, z którego nie możemy się wybudzić. Nasuwają się nawet pytania: nie żyjemy już?, nie żyjemy jeszcze? Tak wciąż zawieszeni w tej nieważkości bytu, i tak od zawsze, i na zawsze. To poczucie ubezwłasnowolnienia, krępującej wszech niemożności, jakie narzuca nam główny bohater jest środkiem do odkrycia rażącej prawdy o całym społeczeństwie, o naszej „polskiej amnezji” i uśpieniu narodu. Konwicki jest w tej swojej pokracznej metafizyce niezwykle konsekwentny. Kontynuacja motywu owej przerażającej fantasmagorycznej wędrówki nastąpi przecież później w utworach takich jak: „Nic albo nic”, „Rzeka podziemna, podziemne ptaki”, czy chociażby we wcześniej wspomnianej „Małej apokalipsie”. Na względzie trzeba mieć jednak fakt, iż przewrotność Konwickiego daje źródło całej mnogości przeróżnych interpretacji jego twórczości. Brak tu jednoznaczności, informacji podanej wprost. Lecz przystąpmy wreszcie do meritum.

Telewizyjny spektakl „Wniebowstąpienie” zaczyna się ujęciem mężczyzny leżącego nieruchomo wśród mało radosnej, odznaczającej się po prostu „brudem” scenografii. Twarz jego przykryta jest gazetą. Nagle wstaje, wyraźnie wycieńczony, nie bardzo wiedzący gdzie jest i co takiego się stało. Kompletnie zdezorientowany i zaskoczony jest w tym momencie zarówno widz, jak i sam bohater. Na to pojawia się kolejny człowiek, trochę dziwak — mężczyzna służący nieokreśloną pomocą, niejaki Czech Lilek (w tej roli Andrzej Zieliński). Po prostu, ni z tego, ni z owego, czuje on jakąś bliskość z głównym bohaterem. Zbieżność osobowości? A być może oboje nie żyją, są duchami, zjawami? Tak zaczyna się ich wieloznaczna, dziwaczna, fantasmagoryczna wędrówka, mająca niewątpliwie służyć poszukiwaniu własnej tożsamości. Najpierw nasz główny bohater, który z musu przyjmuje jakże symboliczne imię „Charon” (najpewniej cierpi na amnezję, jakiś powypadkowy szok, przez co właściwego swego imienia nie pamięta), wplątany zostaje w napad na bank, następnie zakochuje się w przygodnie poznanej dziewczynie, którą i tak — jak mu się zdaje — już kiedyś kochał… Próbuje też, bez wyraźnego skutku, przypomnieć sobie kim był wcześniej, skąd pochodzi, dokąd zmierza. Dręczą go dziwne wizje, ni to wspomnienia, ni teraźniejsze majaki, ni też fatalne przeczucia co do przyszłości. Pojawia się też znamienny dla twórczości Konwickiego motyw opętańczego tańca à la Wyspiański (jak w filmach: „Salto”, „Jak daleko, stąd, jak blisko” i in.), gdy — co również jest charakterystyczne — wszyscy wykolejeni życiowo ludzie gromadzą się w jednym miejscu, a ich działania stymuluje pita szklankami wódka — jedyne lekarstwo na życie.

Oczywiście niezwykle trudno jest zwizualizować „Wniebowstąpienie”, jednocześnie go nie banalizując, przenieść ten swoisty świat z pogranicza snu i jawy, rzeczywistości i nadrealności na żywy i namacalny świat teatru, gdyż Konwicki w swej prozie konsekwentnie stosuje czasoprzestrzenne przemieszanie. Tymczasem Englert sprostał temu wyzwaniu, jego spektakl to istotnie „Konwicki na ekranie”, to jak gdyby dramat autorstwa samego mistrza. Ta harmonijna adaptacja wymagała jednak nie byle jakich środków technicznych. Tym samym należy je również pokrótce omówić.

Wyraźnie przemawia tu scenografia Marcina Stajewskiego — brud, zniszczenie, destrukcja; obskurne miasto (oczywiście Warszawa) nadgryzione w dodatku przez ząb czasu. Wszędzie wokół straszą odrapane ściany, potłuczone szyby i sterty śmieci. Nieodzowne są też znaki socrealizmu, a więc na przykład charakterystyczne agitujące, czerwono-białe transparenty czy sam Pałac Kultury i Nauki. A wszystko to utrzymane w swoistym duchu Konwickiego. Ta symboliczna przestrzeń polskiej stolicy zamknęła się w jednym miejscu — w scenerii hali fabrycznej w podwarszawskim „Ursusie”.

Obsada aktorska również jest nie byle jaka — 38 osób, niemal cały zespół Teatru Współczesnego, a wszystkie role i epizody rewelacyjnie skonstruowane, niesamowicie sugestywnie odegrane. Główny bohater (Piotr Adamczyk) do złudzenia przypomina młodego Tadeusza Konwickiego — nie bez kozery, wszak wiadomo, że bohater książkowego „Wniebowstąpienia” to niewątpliwe alter ego pisarza. Tak więc Adamczyk, grając Charona, gra również (pośrednio) samego Konwickiego. Grube okulary, mocno sfatygowana marynarka, sylwetka zmizerowanego intelektualisty, rozbiegany wzrok, małomówność, introwertyzm — ta kreacja aktorska zasługuje na szczególne uznanie. Pojawia się tu także znakomita Maja Komorowska, znana również z filmu „Jak daleko stąd, jak blisko” Tadeusza Konwickiego. Gra tutaj Ciotkę Polę, błąkającą się między światem żywych a światem umarłych kobietę; czyni to doskonale. Nie sposób omówić tu wszystkich ról, lecz doprawdy: każda z nich bez wyjątku zasługuje na morze szczerych oklasków. I nikt nie gra tu pierwszych skrzypiec, liczy się zespołowość gry.

Prócz kreacji aktorskich na szczególną uwagę zasługują również technicy. Na ten przykład Jacek Kurowski znakomicie opracował zastosowanie świateł. Operuję się bowiem we „Wniebowstapieniu” światłem w taki sposób, aby widz mógł poczuć nieustanną oscylację między jawą a snem. Poza tym układ świetlno-dźwiękowy był w stanie wyczarować na przykład efekt nadjeżdżającego pociągu i cały szereg innych iście magicznych złudzeń. Na dodatek zdjęcia Michała Englerta podkreślają tu koszmarną atmosferę, napawają niepokojem, dają efekt pewnej klaustrofobiczności. Jeszcze jedna sprawa partykularna — któż inny mógł skomponować muzykę do spektaklu opartego na prozie Tadeusza Konwickiego, jeśli nie Zygmunt Konieczny… Jest to bowiem kompozytor, którego twórczość doskonale wpisuje się w konwencję spektakli, a także filmów powszechnie zwanych „ciężkimi”. Będą to więc w pierwszej kolejności również filmy samego Konwickiego („Jak daleko stąd, jak blisko”, „Dolina Issy”, „Lawa”), także Marczewskiego, A. Kondratiuka, Szulkina, Zmarz-Koczanowicz i Kolskiego. To kolejny dowód potwierdzający doskonałość i perfekcję omawianego tu spektaklu.

To, co udało się zrobić Maciejowi Englertowi, to bezdyskusyjne oddanie ducha twórczości Konwickiego. Jest oniryzm, jest surrealizm, jest socrealistyczny turpizm i daleko idący egzystencjalizm, lecz wszystko to niejako uwspółcześnione, podane w przystępnej formie, współgrające z obecną rzeczywistością, aktualne, żywe i niebywale wciągające. Cieszy fakt, iż aktualni twórcy porywają się na tego typu prozę, że mają takie właśnie, pozornie anachroniczne inspiracje. Wszystko to dowodzi jednego: iż tematyka i charakterystyczna forma, uprawiane przez Tadeusza Konwickiego w zgoła innej rzeczywistości, innym systemie, nie zestarzały się wcale a wcale. Być może nawet spektakl Macieja Englerta, dzięki nieustającej supremacji telewizji nad książką, będzie w stanie otworzyć drogę prozie mistrza, zaszczepić ją świadomości współczesnego pokolenia (?). Mam taką nadzieję, wierzę w to.

„Wniebowstąpienie” to spektakl dla tych, którzy nie boją się zderzenia z tematyką nielekką, niełatwą i nieprzyjemną. Wyzwanie jest nie byle jakie, ale za to efekt katharsis… bardzo mocny! Szczerze polecam, i jako wielbicielka twórczości Tadeusza Konwickiego, i jako entuzjastka tej sztuki okołofilmowej, jaką jest teatr TV.

© 2005 Emilia Walczak

verte.art.pl > Sztuka > Recenzje > Czyściec permanentny

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski