Wydaje się, że twórca „Wilka” był najlepszym kandydatem na ekranizację dramatu Tony’ego Kushnera „Anioły w Ameryce”. Film Mike’a Nicholsa wzbudził w dobie sztuki tzw. nurtu gejowskiego uzasadnione emocje. Może więc warto przy tej okazji przypomnieć skromną premierę „Aniołów” z roku 1994?
Przekład dramatu Kushnera pani Gil-Gilewskiej ukazał się w majowym numerze „Dialogu” wraz ze skąpą informacją zawartą w przypisie, że prezentowana tu sztuka jest jedynie pierwszą częścią dzieła tego amerykańskiego dramatopisarza. Z tego właśnie prozaicznego powodu nie udało mi się pamiętnego dla mnie roku 1994 przeczytać i zachwycić się drugą częścią rzeczonego utworu — „Periestroyką”.
Pozbawione zakończenia „Nowe tysiąclecie nadchodzi” (część pierwsza sztuki) uderzyło mnie oszczędną (w stosunku do „Periestroyki”) dawką soteriologii i angelologii. A przecież pierwsze zasygnalizowanie motywu apokaliptycznego pojawia się już w tytule części pierwszej „Aniołów”. Ów tytuł zapowiada zdarzenia, które nieubłaganie dotknąć muszą wszystkich bohaterów dramatu. A jest to światek składający się z najróżniejszych person. Łączy zaś nieomal wszystkich jedno — orientacja seksualna. W tej galerii portretów mamy więc prawnika Roya M. Cohna i Louisa Ironsona. Obaj są homoseksualistami. Łączy ich też wyznanie mojżeszowe. Ponadto homoseksualistami są też Prior Walter, Belize, a nawet mormon — Joseph Porter Pitt.
W tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym moja wyobraźnia nie była sterowana obrazami (całkiem zresztą przyzwoitymi) zdjęciowca filmu Nicholasa — znanego choćby z kilku ekranizacji komiksów z Batmanem w roli głównej czy „Raportu Pelikana” — Stephena Goldblatta. Niemniej na swój sposób potrafiłem chyba przeżyć płynące ku mnie (z szarych kartek „Dialogu”) przesłanie sztuki Kushnera.
Utwór rozpoczyna scena pogrzebu babci Louisa. Odchodzi do wieczności kolejna przedstawicielka pokolenia emigracji. W swoim przemówieniu sędziwy rabin (także emigrant z Litwy) podkreśla przemijanie tego pokolenia, a wraz z nim wartości, jakie sobą reprezentowało. Stary duchowny jest zrozpaczony zastaną rzeczywistością — przemianami, jakie dokonują się w Ameryce. Kładzie nacisk na europejskie korzenie gminy żydowskiej, aby w ten sposób zaatakować duchową miałkość ziemi amerykańskiej. Mówi o niej, jako o tyglu, w którym nic się nie zmieszało. Jednocześnie sam nie potrafi sprostać wyzwaniom, jakie nakłada na niego bycie rabinem. Przygnieciony wiekiem czy niespełnionym życiem, nie potrafi odnaleźć się w sytuacji. Być prorokiem swego boga. Nie umie udzielić odpowiedzi, służyć radą młodym wiernym swojej gminy.
Ameryka już od pierwszych kart dramatu jawi się jako kraj o kulturze hamburgera. Nawet wyimaginowany pan Bajer zwraca uwagę Harper Pitt na ów brak korzeni. Na taką glinę pada ziarno pragnienia metafizyki. Jest ono udziałem Harper, osoby niespełnionej i samotnej w swym nieszczęściu. Żona dobrze zapowiadającego się prawnika — Joego — ucieka od swych lęków w świat środków psychotropowych. To pod ich wpływem jest w stanie przenieść się w upragnione oddalenie od realności. Wydaje się jej, że choć dookoła wszystko rozsypuje się w gruzy, [to jednak] aniołowie stróże tworzą kulistą sieć, błękitno-zieloną sferę wylęgu, dzięki której właśnie żyje ona — Harper. Żona mecenasa Pitta i niejaki Prior Walter spotykają się w marzeniu sennym, w którym doznają „progu objawienia”. Oboje są chorzy. Harper dostrzega jednak w śmiertelnie chorym na AIDS Walterze zdrową cząstkę. Tym samym daje mu nadzieję i niejako zapowiada pojawienie się anioła. Prior Walter bynajmniej nie jest obdarzony cechami, jakie moglibyśmy przypisać dostępującej zwiastowania anielskiego Marii. Trawią go dwie choroby. AIDS — choroba jego środowiska, i brak (w sensie biblijnym) życia duchowego — w jakiejś mierze choroba wieku. Ta druga — w obliczu nadchodzących wydarzeń — wydaje się być nawet istotniejszą. Pomimo tego Prior potrafi właściwie ocenić sytuację. Wie, że głos, jaki słyszał, nie był kolejną halucynacją. Niemniej, Prior Walter nie tylko nie jest gotowy na jakikolwiek kontakt z zaświatami, ale przede wszystkim nie ma na to ochoty. On już doświadczył ostatnio jednego „pocałunku anioła”, jak nazywa swego mięsaka znamionującego AIDS. Wie, że nie wygra ze swoim aniołem śmierci. Może więc posłaniec źle wybrał?
Mecenas Pitt, wykształcony prawnik, zdaje się bardziej wierzyć w siebie i swój kraj. Wychowany w sztywnych zasadach Kościoła Świętych w Dniach Ostatnich (wyznania stricte amerykańskiego), wierzy w „świętą pozycję” Ameryki. Pamiętajmy, że „Ksiega Mormona” (zgodnie z legendą ofiarowana prorokowi Josephowi Smithowi przez arcykapłana Melchizedeka), jedyny w swoim rodzaju apokryf objawienia boskiego Nefitem — amerykańskim potomkom Izraela, wywyższyła duchowość tego kontynentu.
Bohaterowie dramatu Kushnera zostali obdarzeni takimi cechami, aby reprezentowali prawdziwą mieszankę kulturową. Prior jest Anglosasem wywodzącym się ze starego rodu arystokratycznego. Jego kochanek — Louis — jest Żydem. Reprezentuje poglądy humanistyczne i tak też oczekuje, że będzie patrzył na niego Bóg. Zdaje sobie wprawdzie sprawę z tego, że Jahweh bywa bardzo jednoznaczny w swoich ocenach, tym bardziej boi się etykietki, która określi go jednoznacznie do zbawienia lub potępienia. Przepełnia go głęboki krytycyzm wobec Stanów Zjednoczonych. Nie ma w tym kraju aniołów, nie ma przyszłości duchowej. Dowiadując się o chorobie swojego kochanka, Louis nie widzi siebie w roli siostry miłosierdzia. Wyrzuca sobie jednak własną znieczulicę, czując się naznaczonym „piętnem Kaina”.
Natomiast Joe Pitt jest kryptohomoseksualistą, którego we własnej żonie pociąga wyłącznie jej… słabość. To zakompleksiony chłopiec, wychowywany ojcowskim wojskowym pasem. Jego życie jest nieustanną walką świadomego swej orientacji seksualnej człowieka z przeznaczeniem, z Bogiem. Dramat jego ma swoje źródło w nieumiejętności zaufania Bogu (którego tak podobno kocha?). Żyje w klatce lęku przed sobą i powinnościami względem swojego kościoła.
Tony Kushner maluje społeczność Ameryki smutnymi barwami. Bohaterowie pierwszej części jego dramatu umierają lub są bliscy śmierci. Sytuacja ta zdaje się być konsekwencją ich życia. Jednak do tego świata cieni Opatrzność przemyca promienie ciepłego światła. Do schorowanego Priora przychodzi posłaniec (to ostatnia scena pierwszej części utworu). Towarzyszą temu liczne zmiany światła, zgrzyty i tumany kurzu. Potęga tego show zdaje się być porównywalna do tego, jaki zobaczymy z nadejściem Mesjasza (Izajasz 9,1). Bóg, będący samym Światłem, zabłyśnie przed narodem kroczącym w ciemnościach! Sam (nawiedzony przez posłańca) Prior czuje się jak w filmie Spielberga…
Bóg Kushnera na szczęście nie dzieli ludzi podług orientacji seksualnej. Co więcej, czyni Waltera prorokiem, orędownikiem prawdy. Amerykański Bóg przychodzi do wszystkich! To pentekostalna myśl, daleka od sztucznej pobożności „świętych w dniach ostatnich” czy bezradnych duchowo rabinów. Im bardziej Prior jest zwyczajnym „ktosiem”, tym lepiej nadaje się na proroka. Czy to nowy plan zbawienia według objawienia Kushnera? Boża furtka dla tych, którym kościoły i kardynalskie eminencje odmówiły człowieczeństwa?
Tony Kushner nie jest oryginalny w puencie dramatu. Jakże jednak zgrabnie łączy protestanckie odczytanie Biblii z romantyczną wizją dziejów Ameryki. A przy tym nie straszy upadkiem komety w Jaworznie-Szczakowej, czy Wielkim Ojcem Redemptosarmatą Smardzykiem, jak to czyni Jędrzej Polak w swej debiutanckiej powieści „Życie jest gejem”…
© 2008 Maciej Dęboróg-Bylczyński
verte.art.pl > Sztuka > Recenzje > Inwazja aniołów Anno Domini 1994
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski