Człowiek bowiem już tak ma, że budując nowe, usuwa stare.
Nieustanne pragnienie nowości i wewnętrzna potrzeba dążenia do ulepszania zastanej rzeczywistości uniemożliwiają mu pozostanie biernym i popychają do nieustannego, ale twórczego działania. Rezultaty jego myśli twórczej można podziwiać przemierzając uliczki współczesnej przestrzeni wielkomiejskiej. Na skutek „nowej mody”, która powraca z natrętną uporczywością, co kilka lat, usiłując zainteresować nowymi wzorcami, modelami, liniami i kształtami, miejsce starych i pięknych, lecz zaniedbanych budowli zastępują nowe, ale chłodne szklane domy.
Posiadamy niezwykłą zdolność niszczenia przeszłości, zacierania jej śladów, pozwalając umknąć ciekawym wątkom czy motywom, niewiele pozostawiając przyszłym pokoleniom. Owe zdolności do niszczenia są równoważone innymi – zdolnościami do wytwarzania, aby porządek i harmonia tego świata nie zostały zachwiane, a szala nie została przechylona w żadną ze stron. Jako przykład może służyć chociażby gotyk, który burzył romańskie katedry, jednak na ich miejsce stawiał nowe, zgodne z jego wizją i koncepcją.
Człowiek powinien wracać do swojej przeszłości, aby nie dać umknąć temu, co piękne i wartościowe. Wykorzystując przeszłość dla dosłownego budowania przyszłości, nie możemy pozwolić zasłonić jej swoistego uroku tylko nowoczesnym technologiom, a coraz częściej musimy dać możliwość oddychania historii w nowej szacie, która tylko odnowiona i wypielęgnowana nabiera nowego kształtu i zachwyca oko przechodnia. Taka sytuacja ma miejsce właśnie w dzisiejszej Galerii Szyb Wilson. To właśnie tu, w dawnej kopalni Giesche, potem Wieczorek, dziś sztuka stara się przeniknąć w postindustrialną rzeczywistość.
W ten „poprzemysłowy”, ale już inny niż kiedyś pejzaż wkracza nagle obraz Mariana Solisza, owoc obcowania z wielkim miastem i jego często zadziwiającą architekturą, która niejednokrotnie człowieka przerasta, a częstokroć przeraża.
Zawikłana miejska przestrzeń to wytwór ludzkiej działalności, która góruje nad swoim twórcą, proponując mu dialog i skłaniając do kontemplacji i ciszy, a coraz częściej prowadzi go także do refleksji. Miasto wymyka się z rąk swojemu twórcy, żyje własnym życiem niczym niezależny i samodzielnie funkcjonujący organizm, zachwycając pięknem i różnorodnością, ale też zadziwiając swoim zagmatwaniem i zawiłością.
Prawdziwe nagromadzenie ścieżek i uliczek przypomina labirynt i staje się niemożliwą do wyrażenia słowami boleścią świata, w którym tylko jedna z dróg prowadzi ku zamierzonemu celowi, stąd być może fakt, iż żadna z budowli nie posiada trwałej podstawy, rodząc poczucie niepewności. Tak też człowiek postrzega miasto, jako przestrzeń wszechogarniającej niepewności, która ma swoją tajemnicę.
Miejska przestrzeń pozwala jedynie na pewne płytkie obcowanie z nią, stąd też próżno szukać na obrazach Mariana Solisza ludzkich postaci, gdyż to nie one stanowią przedmiot kontemplacji i medytacji, choć bez wątpienia w przestrzeni tej funkcjonują. Ważna staje się próba ogarnięcia i uporządkowania chaotycznych fragmentów planu miasta w jakąś całość, która oswoiłaby miejską dżunglę.
Niewątpliwie jednak istnieją – tacy jak chociażby Marian Solisz, artysta, którego prace możemy dziś w galerii oglądać – potrafiący osiągnąć pewien stan szczęśliwości umysłu czy ducha, który niewytłumaczony ból świata i przerażenia potrafi uchwycić i wyrazić, w sposób piękny i specyficzny – mową obrazu. To właśnie dzięki jego obrazom, kontemplując i przeżywając poznanie wielkomiejskiej architektury, powracamy do myśli o rozszerzającej się i pochłaniającej kolejne nowe obszary nowożytnej miejskiej pustyni, która to coraz bardziej pochłania człowieka, czyniąc z niego ofiarę współczesnej industrializacji. Świat-pustynia dominuje, gdyż wszystko sprzysięgło się, by pustynia była wszędzie, jednak człowiek, organizując swoje życie, tworzy oswojone oazy pozwalające mu przetrwać i przekształcić pustynne krajobrazy w ludzki świat. Człowiek zatem istnieje w tych obrazach na drugim planie – domyślnym, jako element indywidualnej kontemplacji twórczości Mariana Solisza. Tworzy i dba o swoje oazy bezpieczeństwa, bo każda ucieczka stałaby się powolnym jej umieraniem i zasypywaniem oazy, na skutek ciągłego zaśmiecenia jej pustynnym piaskiem, a do tego nie może dopuścić chcąc żyć i funkcjonować we współczesnym świecie-pustyni.
Wielkomiejska nowożytna pustynia została dziś, dzięki artyście i jego obrazom, wzbogacona o kolejną, bardzo ważną oswojoną oazę sztuki, która pomaga nam, użytkownikom miejskiej przestrzeni, funkcjonować i przetrwać. Oaza sztuki Mariana Solisza stanowi jeden z wielu istotnych elementów świata-pustyni, jedną z wielu powstających ludzkich oaz – i za to możemy dziś artyście gorąco podziękować.
© 2009 Johann Bros
* CYTATY POCHODZĄ Z:
Hannah Arendt, Polityka jako obietnica
Matthieu Galey, Rozmowy z Marguerite Yourcenar
**Porównania miasta do organizmu i labiryntu jako pierwsza w kontekście malarstwa Mariana Solisza użyła autorka tekstów o pracach artysty Izabela Ochman.
verte.art.pl > Sztuka > Sylwetki > Rzut. Mapa. Plama – malarstwo Mariana Solisza
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski