> verte ISSN 1689-524X
Krytyczny Magazyn Internetowy

№45 marzec 2008

Teatr to rodzaj infekcji — rozmowa z Ewą Adamus-Szymborską Joanna Pluta

Rozmowa z Ewą Adamus-Szymborską, kierownikiem literackim i asystentem dyrektora Teatru Polskiego im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy, laureatką Medalu Kazimierza Wielkiego w 2007 roku.

Joanna Pluta: Jak zaczęła się pani teatralna pasja?

Ewa Adamus-Szymborska: W ogóle jej nie przejawiałam. Studiowałam filologię polską. Bardzo chciałam uczyć języka polskiego, bo uważam, że jest to najważniejszy przedmiot, a nauczyciel języka polskiego niekiedy kształtuje wrażliwość człowieka na całe życie. Między trzecim a czwartym rokiem wyszłam za mąż i mój mąż, mimo że był prawnikiem, zatrudnił się w Teatrze Polskim. W tym czasie zmieniała się tam dyrekcja. Jak się okazało, potrzebny był też nowy sekretarz literacki i mój były mąż zaproponował mnie. W finale, od 1 września 1975 r. podjęłam zatrudnienie na tym etacie. Moim pierwszym zwierzchnikiem była pani Bożena Winnicka i wszystko, czego wówczas nauczyłam się o teatrze, dowiedziałam się od niej. Jest tak, że jak się raz zawodowo wejdzie do teatru, to albo się odchodzi po krótkim czasie, albo się zostaje na całe życie. Taki jakiś rodzaj infekcji, trudny do wyjaśnienia.

Jak określiłaby pani kondycję teatru w Bydgoszczy kiedyś, a jak to teraz wygląda?

W ostatnich 17 latach zmieniły się warunki życia w Polsce. Mówię tu też o sposobach organizowania instytucji, o pełnej wolności wypowiedzi artystycznej itd. Tamte czasy rodziły potrzebę komunikowania się artystów z publicznością systemem „między wierszami”. I to powodowało, że dzieła niekoniecznie wybitne artystycznie powodowały żywy oddźwięk. Gdy tu przychodziłam, funkcjonowały dwie sceny. Zespół artystyczny liczył ponad 40 osób. Publiczność była organizowana przez władze partyjne, które zalecały robotnikom kontakt z kulturą, w związku z czym trudno porównywać, jaką wartość miały spektakle grane dla zorganizowanej praktycznie w stu procentach widowni, do tej, która z ochotą przychodzi dzisiaj.

Instytucja teatru nie święci teraz triumfów, ale bywanie w takich miejscach jak teatr staje się pewnego rodzaju snobizmem…

Szlachetny snobizm, bo tak należy to traktować, jest cenną cechą tworzącej się klasy średniej. Mówi pani, że teatr nie błyszczy. Cóż, ja się z tym oczywiście nie zgadzam, bo w ostatnich latach coś istotnego zdarzyło się w tym teatrze. Należy tu podkreślić zasługi dyrektora Orzechowskiego, który podjął tytaniczną pracę i zrekonstruował teatr, także zgodnie z obowiązującym od niedawna kodeksem pracy. A poza tym, przychodzi tutaj bardzo różna publiczność, np. ludzie przyzwyczajeni do klasycznych realizacji, którzy raptem muszą się zmierzyć z zupełnie inaczej opowiedzianą historią i nie wychodzą trzaskając drzwiami, tylko oglądają i zastanawiają się, jak przedziwna jest siła teatru, że znaną skądinąd historię opowiada się przy użyciu całkiem innych środków. Myślę, że to snobowanie się na teatr pięknie rozwija Festiwal Prapremier, który, jak się okazało, trafił w Bydgoszczy na bardzo podatny grunt. Okazuje się, że można…

Czyli Festiwal Prapremier. Ale co jeszcze wyróżnia nasz bydgoski teatr na tle innych teatrów w Polsce?

Myślę, że ciekawa jest oferta dyrektora Łysaka. Postanowił bowiem budować repertuar w oparciu o projekty, konstruować ofertę artystyczną dla rzeczywistych widzów i tych, których chcemy pozyskiwać. Tutaj premiera jest jednym z kilku elementów, które składają się razem w zaproszenie do rozmowy. Kończymy drugi projekt. Pierwszy poświęcony był szeroko pojętemu konsumpcjonizmowi, a puentował się w Szekspirze i „Tymonie Ateńczyku”; teraz zajmujemy się ojczyzną i współczesnym patriotyzmem, wystawiając „Powrót Odysa” Wyspiańskiego. Te projekty powodują, że teatr „infekuje” różne miejsca w Bydgoszczy i wciąga je do współpracy. Teatr otwiera wyobraźnię, i to jest wartość sama w sobie, której nie da się przecenić. Myślę, że to bardzo ożywczo wpłynęło na teatralną Bydgoszcz.

Czy jest już pomysł na kolejny projekt?

Tak. Możemy opowiedzieć o tym, oczywiście bardzo skrótowo. Roboczo nazywa się „Smutni nastoletni”. Chodzi o poruszenie ważnej kwestii, często dramatycznego i bolesnego wchodzenia młodych ludzi w dorosłość. Jako główny punkt tego projektu pojawi się dramat Wedekinda „Przebudzenie wiosny”. Mamy wrażenie, że jest to na tyle istotne dla tego, co się współcześnie dzieje, że należy o tym mówić. Powiem jeszcze, że oczywiście odbędzie się szósty już Festiwal Prapremier, na który dyrektor Łysak zaprosił trzy teatry zagraniczne. A ja z końcem roku w ciszy i spokoju pożegnam się z teatrem…

Nie będzie pani żal?

Nie ma ludzi nie do zastąpienia. Każdy dyrektor ma prawo dobierać pracowników z pokoleniowo najbliższej sobie „półki”. Proszę zauważyć, jak wiele się zmieniło w języku teatru, w sposobie pisania dramatów, ile nowych rzeczy filtruje przez siebie ta sztuka. Ja już chyba robię się coraz bardziej bezradna, nie umiem wartościować. Teatr otworzył się na mnóstwo szkół myślenia, bardziej niż kiedykolwiek. Ja już nie rozumiem, trochę mnie to zaskakuje i nie znajduję już w sobie wystarczającego imperatywu, by chcieć to zrozumieć.

Medal Kazimierza Wielkiego jest zatem pięknym zwieńczeniem pani pracy. Jaki ma pani stosunek do tej nagrody?

Gdy okazało się, że mam go otrzymać, byłam bardzo zdziwiona, ponieważ całe swoje życie pracowałam na drugim planie. Sądzę, że Medal Kazimierza Wielkiego został mi wręczony za trzy dziesięciolecia pracy nad pamięcią o ludziach teatru, których już nie ma. Sztuka teatru jest tak zachłanna wobec aktorów, że ogranicza ich znacząco, jeśli idzie o inne obszary życia. Potem się okazuje, że odchodzi jeden, drugi aktor, i bardzo szybko zapominamy, że w ogóle tu byli, że tworzyli ten teatr, kulturę i klimat miasta, pracując tu nierzadko po wiele sezonów. Pieczołowicie prowadzę archiwum artystyczne, a ponieważ w Bydgoszczy teatr jest jeden, ja czuję się troszkę jak strażnik pamięci i myślę, że z tego powodu właśnie jakoś tam zostałam dostrzeżona. To bardzo krzepiące.

Czuje się pani spełniona zawodowo?

Tak. Miałam bardzo ciekawe zawodowe życie, poznałam mnóstwo wspaniałych, ciekawych ludzi. Od każdego troszkę wzięłam. Raptem rozejrzałam się i zobaczyłam, że zrobiłam się tu najstarsza. Ale zawsze z radością będę przychodziła do tego teatru. Ważne, żeby po spektaklu móc nawiązać ze sobą rozmowę, bo po to właśnie jest teatr.

© 2008 Joanna Pluta

verte.art.pl > Sztuka > Wywiady > Teatr to rodzaj infekcji

z Google

© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski