Zamknięta w listopadzie wystawa Yoko Ono „Fly” w Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie rozczarowuje. Nie porusza, nie inspiruje, nie sądzę, aby stanowiła jakąkolwiek artystyczną rewolucję, czym pewnie być by chciała z racji burzliwej przeszłości Ono. „Fly” może się podobać tylko pod jednym warunkiem — widz musi zawiesić oczekiwania wobec sztuki i zacząć współpracować z artystką. Nie idzie tu o porozumienie intelektualne, bo wystawa wartości intelektualnej nie posiada. Chodzi o to, aby publiczność nawiązała z dziełem kontakt fizyczny i spróbowała je zmodyfikować według własnego gustu.
Wystawę otwiera film z 1970 roku, którego tytułem opatrzono całość — „Fly”. Na kilku ekranach widzimy poszczególne części kobiecego ciała, po których wędruje mucha. Praca o silnym feministycznym wydźwięku elektryzuje publiczność, ale nie tworzy spójnej wizji artystycznej z resztą prezentowanych dzieł. „Drzewko życzeń” pamiętam z Waszyngtonu. Latem tego roku Smithsonian Museum of Art, usytuowane pomiędzy Kapitolem, Białym Domem oraz pomnikiem II Wojny Światowej, wystawiło „Drzewko życzeń” przed swoją siedzibą. Drzewo uginało się od małych białych kartek, zapisanych życzeniami zabieganych turystów. I tamto drzewo podobało mi się bardziej, bowiem nie rościło sobie żadnych pretensji do bycia dziełem sztuki. Stanowiło swego rodzaju wytchnienie od obowiązku podziwiania symbolów amerykańskiej władzy. Przyciągało tym wszystkim, czego brak pomnikom wojennym — lekkością, przemijalnością. W Warszawie „Drzewko życzeń” swój czar utraciło, gdyż chce być czymś więcej niż artystyczną igraszką.
„Blue room” to zwykła mała sala pomalowana na biało, na której ścianach Ono wypisała ołówkiem krótkie zdania. Celem owych zdań, jak np. Ten pokój porusza się z szybkością chmur, jest zapewne gra z wyobraźnią widza, ma zmusić go, jak powiedziała w wywiadzie z Andrzejem Burgońskim kurator wystawy Kaja Pawełek, do myślenia o świecie i rzeczywistości wokół w trochę inny sposób. Sposób to naciągany i, przede wszystkim, naiwny. Zdania nie stanowią dla umysłu widza żadnej prowokacji myślowej, pozostawiają go obojętnym. Wydaje się, że Yoko Ono się wypaliła, jakby nie miała pomysłu na to, w jakiej formie chce zwracać się do widza i co właściwie chce mu powiedzieć. W słowach zapisanych na ścianie można odnaleźć szlachetną naiwność i pewien idealizm znany z „Imagine”, ale brak im świeżości charakteryzujących protest song Lennona.
„Beautiful mommy” to praca istniejąca wyłącznie dzięki aktywności publiczności. Kilka zdjęć z podpisem Beautiful mommy, przedstawiających nagie części ciała kobiety, to chyba najsłabsza część całej wystawy. To, co może mnie do niej przekonać, to ściany, na których widzowie, poruszeni hasłem wywoławczym zaproponowanym przez Ono: piękna mamusia, zapisali własne doświadczenie kontaktu z matką. Niektóre wyznania są bardzo krótkie — kocham moją mamę, moja mama jest najlepsza, inne nieśmieszne — moja teściowa ściągała na teście ciążowym; są też zapiski bolesne — moja mama mnie stworzyła, potem odeszła. Nigdy nie miałam matki. I ta interakcja przebiegająca pomiędzy pracą Japonki a polską widownią jest wartością „Beautiful mommy”, jak i największym dokonaniem Ono. Udało jej się bowiem skłonić widzów do podzielenia się osobistymi doświadczeniami pod wpływem przygotowanych przez nią zdjęć. Wyzwoliła emocje, dzięki którym praca w ogóle miała szansę zaistnieć.
Hasłem przewodnim wystawy jest zdanie I love you. W prostych przesłaniach nie ma nic złego, o ile umożliwiają dalszą interpretację. Niestety, nie jest to przypadek I love you. Trudno odnieść się do wyznania Yoko Ono w krytyczny sposób, gdyż artystka umieszcza swoją sztukę poza przestrzenią dyskusji.
© 2008 Natalia Pamuła
verte.art.pl > Sztuka > Recenzje > Zaproszenie do współpracy z Yoko Ono
© 2004-2009 Pracownia Kultury Współczesnej
Opracował Karol Zamojski, zaprojektował Tomasz Kojder. HTML CSS RSS
Administracja Maciej Twardowski